czwartek, 3 września 2009

To co najważniejsze.

*






Przeżyłam taki wieczór: siedzieliśmy z Maćkiem na plaży a przed nami huczało, przelewającymi się falami Morze Północne. Wymyślaliśmy nasze nowe życie. Postanowiliśmy wyjechać z miasta, zamieszkać w górach. Trzeba było tylko wymyślić: z czego będziemy żyli. Ten temat zrodził pytanie - ile tak naprawdę potrzebujemy? Co jest naprawdę ważne?
Okazało się, że niewiele!
Nasze podstawowe potrzeby są fundamentem egzystencji. Reszta to zachcianki - często komplikujące życie.
Potrzebujemy butów i ubrań, ale nie muszą one być modne, markowe, drogie. Potrzebujemy jedzenia ale możemy jeść prosto, sami siać i zbierać - truskawki w grudniu nie są konieczne do życia (przykład taki). Nie zjemy więcej niż jeden obiad dziennie - na ten punkt Maciek zgodził się z żalem. Potrzebujemy samochodu ale to nie musi być najnowszy i wypasiony model. Kosmetyki mogę mieć krajowe, tanie - kupno kremu za kilkaset złotych wydaje mi się czynnością nieetyczną. Wyposażenie domu cieszy mnie bardziej jeśli coś wyszperam i rączkami własnymi odnowię - o śmietnikowych inklinacjach i pasjach już na blogu z niejakim wstydem pisałam.
Okazało się, że jeśli odrzucimy to co nam się wydawało, że powinniśmy mieć - pozostaje naprawdę niewiele.
I to niewiele wystarcza.
Wiedziemy życie skromne, szczęścia nie zakłóca mi imperatyw posiadania super butów, super torebki, super sprzętu. Nie boleję, że nie mam tysiąca "niezbędnych" gadżetów czy markowego kremu do łokci za średnią krajową.
Zresztą - co ja bym z tym wszystkim miała robić w Bieszczadach?
Po latach spędzonych na bieszczadzkiej wsi wiemy, że jedynymi luksusami są: sprawne auto z napędem na cztery koła i drewno na zimę. Luksusami - bo są to rzeczy kosztowne.
Snuję te wspomnienia bo ostatnio nabyliśmy i jedno, i drugie. Po miesiącach oczekiwania, dziesiątkach telefonów i godzinach rozmów - Pan Drewno zaczął zwozić nam to co jest tu podstawą bytu - drewno na zimę.
Bez niego można się tylko spakować i wyjechać. Bez opału nie przeżyje nikt.
Radość nasza wielką jest.
Odbyłam kilka sesji zdjęciowych z drewnem w temacie głównym i w tle.
Zapraszam:






















Drewno jest piękne samo w sobie. Poleciałam z aparatem po detalach bojkowskiej chaty bo mnie to zachwyca.



















A teraz samochód. Z bólem w sercu, jakbym miała rozstać się z osobą ukochaną, musiałam się zdecydować na wymianę auta. Moje śliczne, pokraczne i wymarzone subaru wymaga dokładnego liftingu. W Bieszczadach to niemożliwe. Warsztatów brak, te które są ... spuśćmy zasłonę milczenia.
Musimy sprzedać za psi pieniądz komuś, komu do warsztatów bliżej a będzie miał radość jeszcze długie lata.
Szukanie auta dla mnie to za każdym razem sprawdzian uczuć Maćkowych. No bo który facet podejmie się takiego zadania, mając następujące warunki: samochód ma być zielony! Ma być wyższy ode mnie (tak już mam), nie może być francuski, nie może być włoski (tak już mam), ma mieć napęd na cztery koła i ma być wygodny dla Buby. Oczywiście ma być tani.
Pamiętam jak kupując subaru Maciek tygodniami siedział w internecie i każdą rozmowę ze sprzedawcą zaczynał od pytania: przepraszam, proszę się nie śmiać ale jakiego koloru jest auto?
To wielkie upokorzenie dla każdego mężczyzny, wiem i doceniam, że jednak to robił.
Tym razem postanowiłam się zlitować i odpuściłam zielony. Byle nie niebieski! No czerwony i biały, czarny i granat, żółty i pomarańcz też odpadały.
Acha! i musiało mieć podnoszone siedzenie bo ja niska jestem i w większości aut widzę tylko dolny brzeg szyby... Z zewnątrz widać zazwyczaj czubek mojej głowy. Trudno się tak prowadzi...
Maciek jest wielki, zatem się uparł i znalazł.
Ponieważ Buba nie odpuści nigdy i MUSI jechać ze mną gdziekolwiek się autem wybieram, dostała pokrowiec na tylne siedzenie. Z falbanką. Bo Piesek brudzi. Strasznie. Oczywiście jeździ z przodu a pokrowiec, czysty - jest powodem kpin Maćka. Konkretnie falbanka ta.
Po raz kolejny udowodniłam, że blondynka i technika nie są kompatybilne. Pojechałam nowym autkiem na wycieczkę i kiedy chciałam do domu wracać okazało się, że kluczyk nie przekręca się w stacyjce. Jeszcze spokojnie wyciągnęłam telefon - wiadomo Maciek zaradzi wszystkiemu, a tu kiszka - nie ma zasięgu. Posiedziałam tak w nieczynnym autku chwilę - ale pora już była późna i czas obiad dla gości gotować, a ja w tym aucie.
Poszłam pieszo w poszukiwaniu zasięgu. Na szczęście znalazł się ktoś, kto pomógł, podwiózł do auta z powrotem, lekko skręcił kierownicę i kluczyk się przekręcił. Blokada była. Podobno małe dzieci to wiedzą. Oczywisty dowód na to, że nie jestem już małym dzieckiem.





Autko ukryte za hortensjami.


Motylek na hortensjach


Hortensje bez autka i motylka.




Nieużywane przez Bubę tylne siedzenie. Z falbanką.


A Buba tutaj.



Zapachowy woreczek do auta uszyty pracowicie metodą pathworkową przez Świętą Kobietę.



Mając zapewnione podstawowe potrzeby, śmiało patrzymy w przyszłość. My się zimy nie boimy!


*

sobota, 29 sierpnia 2009

Rozczarowania, zachwyty i kozy wredne!

*



Wiele rzeczy na tym świecie jest przereklamowanych.
Pamiętam jak stałam we Florencji przed posągiem Dawida. Ściśnięta w tłumie, trwałam w miejscu a w myślach kołatało mi się jedno pytanie: i to już wszystko??!!
Nie wiem, czego się spodziewałam, widziałam wcześniej dziesiątki zdjęć rzeźby, czytałam na jej temat. Podświadomie oczekiwałam, że mnie porazi, grom spadnie z nieba, oślepnę, oniemieję. Żadna z tych rzeczy się nie wydarzyła. Niestety.
A Mona Lisa? Biegłam do niej długimi korytarzami Luwru i kiedy Ją zobaczyłam - nie wiedziałam co począć ze sobą. Taka mała? Niepozorna. Nie czułam nic.
Na szczęście rozczarowanie zrekompensowały mi wazy greckie.
Tak!
Setki, może tysiące, w ogromnych salach, ustawione w wielu rzędach, od podłogi po sufit, jedna obok drugiej. Każda inna! Nie wyobrażałam sobie takiej różnorodności, kolorystyki, form, PIĘKNA! W kolejnej sali zapełnionej kolejnymi setkami waz, puściły mi nerwy, czułam, że więcej nie udźwignę - poryczałam się! Ze szczęścia, z zachwytu.
A propos Luwru - świetną historię opowiedział mi kiedyś Jan Banucha, wielki polski scenograf teatralny i malarz. Stojąc przed portretem Giocondy, usłyszał wesołe popiskiwanie, chichoty i głośny śmiech - zbliżające się do niego. Oto grupa kilkudziesięciu amerykańskich staruszek, wszystkie ponad siedemdziesiątkę - z siwiutkimi głowami całymi w loczkach, ślizgając się w muzealnych kapciach po gładkich posadzkach, przefrunęły jak stado hałaśliwych ptasząt obok, nie bacząc na obrazy mistrzów na ścianach.
Bawiły się jak rozbrykane dziewczynki, może lepiej niż reszta napuszonych koneserów sztuki.
O wizycie w muzeum Muncha w Oslo powiem tylko tyle, że do końca życia wystarczy mi w zupełności obywanie się reprodukcjami jego obrazów.
To tylko rozczarowania z dziedziny sztuki. A ile jest takich miejsc!
Jest jednak coś co z pewnością dla mnie, przereklamowane nie jest.
To jesień w górach!
Już czekam na to szaleństwo kolorów, barwne gobeliny lasów na stokach, złote drzewa chylące się wzdłóż dróg.
Wypatruję pierwszych oznak jesieni. Wciąż pełnia lata, ciepło, słonecznie.
Jednak ... znalazłam!

Winorośl przed wejściem do domu:







Sumak


Na naszej wierzbie nie rosną gruszki ale zaplęgła się na niej jarzębina.













Stara, zdziczała jabłonka przed chatą bojkowską:




W oczekiwaniu na jesień uszyłam w rączkach ciepłe, pikowane siedzisko, pokrowce na poduszki i obrus na taras. W rączkach bo maszyna odmówiła mi współpracy i rozstałyśmy się ozięble. Może ktoś zna taką maszynę do szycia dla technicznych idiotów? Będę wdzięczna za podpowiedź.









Po słonecznym poranku i popołudniu, wieczorem ruszyła ulewa. Kozy - stworzenia złośliwe i wredne - właśnie ten moment wybrały na ucieczkę ze swego pastwiska. Ponieważ potrafią one ekspresowo poczyniać nieodwracalne szkody w ogródku i ozdobnej roślinności, musiałyśmy wraz ze Świętą Kobietą zagonić je z powrotem. Lało jak z wiadra, my tak jak stałyśmy wybiegłyśmy z domu. Ja boso, w przekrzywionym, łopoczącym na wietrze, czerwonym fartuszku z napisem"Dodaj serce do jedzenia", Święta Kobieta uczesana dziś w warkoczyki, wyglądająca jak przerośnięta Pippi Landstrum. Z kijaszkiem. W strugach deszczu, ślizgając się na błocie goniłyśmy za kozimi potworami po całej posiadłości ( ponad hektar) w te i nazad. Aktualnie nienawidzę kóz! I nie pokażę żadnego ich zdjęcia.

Z przyjemnością zaś, pokażę na koniec - kwitnący rozchodnik, uratowany przed kozimi bestiami:




*

poniedziałek, 24 sierpnia 2009

Koniec "sezonu" i japki

*



Od dwóch dni kiedy przyjeżdżam do sklepu zastaję kojącą ciszę. Nikt nie kłębi się przy półkach w poszukiwaniu fant, koli i czipsów. W Lutowiskach odtrąbiono koniec sezonu. Nie ma tłoku, kolejki do kasy, zakupy robię błyskawicznie w miłej, swojskiej atmosferze. Tak będzie przez kolejne dziesięć miesięcy. Turyści wrócili do domu. Oczywiście nasza Chata nadal pełna gości - na chwilę wytchnienia mogę liczyć dopiero w listopadzie. Planujemy wyjechać wtedy na kilka dni "urlopu" w ciche, odludne, ma się rozumieć, miejsce.
Tego lata Bieszczady przeżyły istne oblężenie. Takich tłumów jeszcze nie oglądały.
Pisałam już wiele razy, że Bieszczady nie dla każdego stanowić mogą "atrakcję". W tym roku wielu ludzi trafiło tu chyba przez pomyłkę. Kilka razy tego lata przypominała mi się opowieść, którą za Benedyktem Peczko zacytuję:
"Pewien gołąb nieustannie zmieniał gniazda. Silny odór, jaki wkrótce czuć było w całym gnieździe, stawał się dlań nie do zniesienia. Opowiedział o tym staremu, mądremu gołębiowi. Ptak pokiwał głową ze zrozumieniem i powiedział:
- Zmieniając ciągle gniazda, w istocie niczego nie zmieniasz. Ten przykry zapach, o którym mówisz, nie pochodzi od gniazda, lecz od ciebie."
A w temacie sklep i gołąb - to dziś po zakupy do sklepu wkroczył za mną, piękny gołąb właśnie i latał pod sufitem, przysiadając na półkach i regałach.



Remont bojkowskiej chaty w toku. Staramy się odtworzyć jej wygląd zgodnie z tradycją. Chaty na tym terenie miały zawsze pewien element ozdobny, który na własne potrzeby nazwaliśmy "lilijką" ponieważ nie znamy fachowej nazwy. Kiedy powstawały owe lilijki na naszej chacie, odwiedziła nas zaprzyjaźniona holenderka, o której ekscesach słowotwórczych spokojnie mogłabym napisać książkę. Jakie piękne japki! zawołała. Nowa nazwa przyjęła się.
Pokażę zatem japki na naszej chacie i nowe japki, które Maciek zaczął montować na bojkowskiej.











Japki na bojkowskiej:




Na koniec Bury pilnujący suszącego się prania.






Bury to kot dziwny. Jego historia godna jest opisania ale jak wiele innych spraw obecnie - odkładam to na potem, kiedy będę miała czas dla siebie.

*

Filmowo:


Chata bojkowska

Chata bojkowska

Chata Magoda

Chata Magoda

Widoki z tarasu:

Widoki z tarasu:



Okolice domu

Okolice domu