Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiklina i koszyki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiklina i koszyki. Pokaż wszystkie posty

środa, 21 kwietnia 2010

Droga aprowizacyjna

*



Wiele razy pisałam o tym, że samochód w Bieszczadach to artykuł pierwszej potrzeby, funkcjonowanie bez auta przy prowadzeniu kuchni dla wielu osób jest niemożliwe.
Ot i życie pozwala mi sprawdzić prawdziwość tej tezy - od pewnego czasu auta nie mam. Dygam zatem z zakupami, z siatami i tobołami. Na nogach.
Moja szczecińska przyjaciółka powiedziała mi kiedyś, że jestem jak kot: zawsze spadam na cztery łapy. Wtedy trudno było mi się z nią zgodzić ale dzisiaj pomyślałam, że wiele prawdy w tym się zawiera. Obecna sytuacja wymuszająca noszenie wszystkiego sobą, z pewnością sprawi, że rączki wyciągną mi się do kostek. Jak będę miała trochę szczęścia - to nawet dalej, ręce będę ciągać za sobą po podłożu. Zdobędę dzięki temu nowe zajęcie; otworzy się możliwość kariery cyrkowej. Będę się pokazywać razem z kobietą z brodą!
Drugim plusem biegania na nóżkach jest możliwość podziwiania tego co zazwyczaj mijałam jadąc autem. Wczoraj wzięłam ze sobą aparat i pstrykałam po drodze mijane atrakcje.
Jak wychodzę z domu to mam widok na pierwsze kwiatki, te na zdjęciu dostałam w zeszłym roku od Elizy z bloga Utkane z marzeń. Popatrz Elizka jak kwitną! Jeszcze raz dziękuję!



Zakwitły też pierwiosnki!


Kilka przydomowych widoczków:






Wychodzę na drogę odprowadzana wzrokiem przez kozy. Jak widać nadal się nie rozwiązały. Zaczynam podejrzewać, że z tą ciążą to ściema.


Pierwsze, nieśmiałe pączki modrzewia:


A tutaj, po drodze mijam Maćka, który przenosi dla sąsiadów bojkowską chatkę. Machamy do siebie i idę dalej.


Przydrożne kwiatki:


Na grecko - katolickim cmentarzu rozkwita powoli pierwiosnkowy dywan:


Kilka kroków i dywan z kaczeńców:


Wierzby puszczają już nieśmiało listki. W tle nasz potok. Dzisiaj przy nim zawarłam znajomość z rudym kotkiem, który głośno utyskiwał na rzeczywistość. Udało mi się go uciszyć puszką, którą targałam dla Buby.


To częsty widok w naszej wsi:


Przyleciał już pierwszy bocian! Z namaszczeniem porządkuje gniazdo i czeka na drugą połowę. Mam nadzieję, że się doczeka.


Dalej już jest sklep. Nie będę pokazywać bo każdy w swym życiu już sklep jakiś widział.

W domu produkuję przemysłowe ilości wianków z rdestu. Mam go tyle, że mogłabym wysyłać potrzebującym.
Ponieważ nie ma jeszcze świeżego badziewia, wianki dekoruję czym tam wymyślę. Temu dałam kwiatki zerżnięte od Llooki:




Inny również jajowaty wianek. Okrągłe też robię ale nie robiłam im zdjęć bo wyglądają banalnie.


Rozczochrany wianek ozdobiłam sercem otrzymanym od Elle:


We wszystkim dzielnie pomagają mi domowe zwierzątka:


Z ostatniej chwili: Maciek powiedział, że Mańce przesunął się brzuch (cokolwiek to znaczy), zatem chyba będzie jakieś koźlątko. Chyba, żeby nie było...


*

środa, 10 lutego 2010

Przesądy, wiara i przepis na świecznik

*





Przesądna byłam zawsze. Pluję przez ramię, pukam w niemalowane, pilnuję aby nie mówić o nikim źle. Korzystam z każdej okazji by poprawić sobie w życiu. W Padwie zapaliłam oczywiście świeczki świętemu Antoniemu, w Mongolii na stepie przy kurhanie spełniającym życzenia, położyłam trzy kamyki i trzy razy go obiegałam. I święty i kurhan sprawili się dobrze! Zadałam im zadania wydawać by się mogło niewykonalne a jednak im się udało!!!
Mieszkam w miejscu gdzie przesądy miały wielką moc. Bojkowie wierzyli w Upirze, chasydzi zamieszkujący te ziemie: w Dybuki. Od Lutowisk, na wschód - zaczynała się "ziemia obiecana" chasydów. Było ich na Podolu i polskiej Ukrainie - sześć milionów!
"Kraina cadyków, tańczących mistyków, magicznego Drohobycza Brunona Szulca - barwny świat cudotwórców i filozofów w obszytych futrem kapeluszach. Synkretyczny, kabalistyczno-ludowy folklor".
Marek Motak


W Dybuki i Upirze jakoś nie wierzę ale mam głęboką wiarę w genius loci.
Jest tu coś dobrego, przyjaznego co wibruje w powietrzu. Opiekuje się. Czuję to ja, czują to wszyscy nas odwiedzający. Sprawy się same układają, "sam się rozgryza orzech"..
Ludzie uśmiechają się częściej i chętnie.
Opowiem dziś historię, która mnie bardzo wzruszyła.
Kiedy z Lutowisk, przed laty wywieziono wszystkich, następnego dnia do wyludnionej wsi zaczęli przybywać nowi ludzie.
W pustych domach na stołach znajdowali świeżo upieczone prawosławne chlebki - na powitanie.
Zastanawiam się ileż miłosierdzia i dobroci w sercu musiały mieć te kobiety aby w tych strasznych chwilach gdy wypędzano je z domów, z ich ziemi - miały jeszcze chęć piec te chleby by tych co w ich domach zamieszkają - przywitać!

Wierzę głęboko, że to jest dobre miejsce!


Postanowiłam dziś zrobić coś rączkami. Świecznik tarasowy mianowicie.
Przepis na świecznik jest następujący:
Trzeba zabrać ze sobą sekator i Bubę. Z domu trzeba wyjść. Na świat.
Ja na zimę nie narzekam. Pięknie jest! W Bieszczadach i tak mamy zimę do maja, przyzwyczaiłam się.












Na spacerze znajdujemy krzak łozy. Tniemy kilka gałązek. Dzięki temu wiosną odrosną następne.



Snujemy się po drodze, Buba się cieszy, ja wymyślam.

Wracamy przed oczami mając widoki.










Z łozy robimy konstrukcję świecznika.

Bez litości tniemy zarastający na tarasie rdest.






Oplatamy konstrukcję rdestem i do środka wkładamy słoik.

Przy świetle dziennym:






I w całej świecącej okazałości:





Zrobię jeszcze kilka świeczników na taras.



Pragnę mocno podziękować wszystkim głosującym na mnie w konkursie Blok Roku. Chata Magoda znalazła się na 12 miejscu. Na prawie sześć tysięcy startujących blogów to niebywały wynik! Tym bardziej, że w głosowaniu brali udział wyłącznie czytelnicy bloga. Nie prowadziłam żadnej poza blogowej agitacji. Dziękuję Wam kochani!!!!!


*

piątek, 4 grudnia 2009

Kulturalnie

*




Pomyślałam sobie, że obraz bieszczadzkiego życia nigdy nie będzie pełny jeśli nie napiszę o wspaniałych, twórczych, mieszkających tu ludziach.
Na początek nieco muzyki. Zespół Tołhaje. Przed przeprowadzką w Bieszczady trafiłam w internecie na jakiś fragment ich utworu, słuchałam tego na okrągło! Potem, jako bieszczadzka kobieta już - poznałam członków zespołu osobiście, byłam na ich koncercie, mam ich płytę. Cieszę się serdeczną życzliwością Janusza Demkowicza, który wraz żoną Magdą, bardzo nam na początku naszej agroturystycznej drogi pomogli.
Młodzi, zdolni i do tego Wspaniali Ludzie!
Kliknijcie na obrazek poniżej i posłuchajcie. Oczywiście o ile czegoś nie pokręciłam. Muzykę wstawiam pierwszy raz.




Cały post dzisiejszy będzie o ludziach, których znam i lubię.
W najbliższej Lutowiskom wsi Czarna jest galeria Barak prowadzona przez Różę i Krzysztofa. Sami są artystami, robią przepiękną ceramikę, organizują warsztaty ceramiczne z których często korzystają nasi goście. Zawsze z tych zajęć wracają uchachani, zadowoleni i z własnymi wyrobami! Ja też pod okiem Krzysztofa wykonałam sobie ceramiczną rybę.
Tak na marginesie Krzysztof tak jak my, przyjechał w Bieszczady ze Szczecina.

Oprócz własnych prac, w galerii Róża i Krzysztof prezentują twórczość najciekawszych bieszczadzkich artystów.
Moimi ulubionymi są Katarzyna Szulc-Rozmysłowicz, której akwarele pokazane są na stronie galerii, ( Kasię kochamy wraz z Maćkiem za całokształt!) i Tomasz Żyto-Żmijewski .

Kolejną postacią, którą chcę pokazać jest Zdzisław Pękalski. Ten cudowny wariat od wielu lat sprawia, że Bieszczady są dzięki niemu barwniejsze. Z pasją maluje na starych deskach, drzwiach i drewnianych misach wizerunki świętych. To, że jego święci czasem mają rogi wynika z wyjątkowej osobowości twórcy. Poniżej kilka zdjęć i link do autorskiej strony.



Pękalski stworzył w Hoczwi muzeum, w którym jest też oprowadzającym. Kiedyś pojechałam tam z synem, byliśmy jedynymi gośćmi, mimo to otrzymaliśmy ponad godzinny spektakl w wykonaniu autora, złożony z opowieści, anegdot, straszenia, dęcia w rogi i wszystkiego co tylko można sobie wyobrazić. Byliśmy pod wielkim wrażeniem jego niespożytej energii i wyobraźni.











W Bandrowie Narodowym mieszka Irena Trojnar, od której uczyłam się pleść koszyki. Z wikliny, słomy, brzozowych witek potrafi wypleść wszystko! Cerkiewki małe i duże, konie, owce i koguty, wozy i oczywiście koszyki. Niezwykle twórcza i pracowita osoba a do tego zawsze uśmiechnięta i życzliwa!

Nasza była sołtyska z Lutowisk - Jadwiga Sauter robi takie frywolitkowe cuda zwane Bieszczadzkimi Łapaczami Snów:




Tutaj można znaleźć namiary na wielu bieszczadzkich artystów.

Bieszczady doczekały się wreszcie ciekawego czasopisma.



W ostatnim numerze tego miesięcznika jest artykuł o mamie mojej bieszczadzkiej przyjaciółki - artystce Hannie Juraszyńskiej oraz o Lutowiskach! Do lektury tego świetnie wydawanego pisma serdecznie zachęcam, jest dostępne w sieci Empiku.
To kropla w morzu naszej lokalnej twórczości. Wiele osób pisze ikony (bo ikony się pisze - nie maluje), haftuje, rzeźbi, maluje, pisze książki i fotografuje. Wzięłam się jednak na poważnie za porządki i czasu na szerszą prezentację brak. Skupiłam się jedynie na tych, których znam towarzysko i lubię.
Pozdrawiam serdecznie i znikam!

A! Zapomniałabym! Na ekrany kin wszedł film pochodzącego z Podkarpacia, Wojciecha Smarzowskiego "Dom zły", fabuła dotyczy historii rozgrywającej się w Lutowiskach! Ponieważ do najbliższego kina mamy 60 kilometrów w jedną stronę a nigdy nie wiadomo, czy projekcja filmu się odbędzie (niezbędna minimalna ilość widzów) to pewnie poczekam na DVD. A może już ktoś ten film widział? Po niesamowitym Weselu spodziewam się filmowej uczty.


*

poniedziałek, 26 października 2009

Wakacje

*




Pół godziny po pożegnaniu ostatnich "świątecznych" gości, zapakowaliśmy się do auta i pojechaliśmy na wakacje.
Od ponad tygodnia wędrujemy po Polsce ... od jednych gości - do następnych. Mieszkamy właśnie w kolejnym domu, udostępnionym nam przez tych, którzy przyjechali do nas kiedyś jako goście a stali się naszymi przyjaciółmi. Przez cały czas byliśmy podejmowani jak książęca para w podróży, karmieni pysznościami i hołubieni - w czterech domach.
Dziwny to może patent na wypoczynek ale nam się podoba.
Bubie też się podoba bo spotkała kilka fajnych piesków i jednego kociaka.

Buba w środku:












Do kompletu brakuje zdjęć psa Kofika, ale zwierz ten porusza się zbyt szybko - sfotografowanie go jest technicznie niemożliwe.



To trochę jak podróż w poszukiwaniu straconego czasu.
W dniu naszego wyjazdu Bieszczady wyglądały tak:










A obecnie mamy powtórkę z jesieni. Daleko od Bieszczadów.











Trochę obrazków z otoczenia gościnnego domu:









Zima w październiku sprawiła, że zmarniały dynie w moim ogródku. Dzięki Izie, która czekała na nas z trzydziestoma kilogramami dyni, dzisiaj przetwarzałam.
Pewnie mam coś z głową ale do domu przywiozę słoiczki dyniowych konfitur.








Obliczyłam, że pracowałam bez przerwy przez 244 dni. Pod koniec tego maratonu, przysięgałam sobie, że na wakacjach będę leżała i czytała oraz spała przez tydzień.
I otóż, okazało się, że nie da rady. Po godzinie leżenia chybabym się rozpukła. Z hukiem!




Oprócz przecudownych okoliczności przyrody, pławienia się w ludzkiej i nieludzkiej (psy i kot) życzliwości, zafundowałam sobie kawałek nieba: WIZYTĘ W CZACZU!!!
Co to jest Czacz? To wieś w Wielkopolsce, w której w stu (!) halach, handluje się starociami, gratami i wszelakimi skarbami.
Ja tam byłam!



Hale z cudami w Czaczu:




Ponieważ miałam do dyspozycji tylko jedno terenowe auto z przyczepą, musiałam się ograniczać. Ale i tak udało mi się wykupić chyba większość przedmiotów z wikliny i terakoty.
Kupiłam nawet słomianą świnię - to moja wersja - większość towarzystwa twierdzi, że to krowoświń.



Wiklinowy fotel pokochała Buba.




Krzeseł i foteli kupiłam aż 9. Wszystkie do bojkowskiej chaty. Poza tym kosze, kosze giganty, talerze, miski, ramki, doniczki, świeczniki, szafeczki i dziesiątki innych bardzo potrzebnych przedmiotów. Wszystko za grosze!





Jeszcze tam wrócę!



To nasze pierwsze wakacje od przyjazdu w Bieszczady.
Kiedyś telepałam się po szerokim świecie - ze szczególnym parciem na tereny górzyste. Głodna byłam wrażeń, odmienności, poznawania innych kultur, ludzi, widoków i zabytków. Teraz zaszyliśmy się tam gdzie łąk bezkres, brzozy, jeziora i odludzie.
Na koniec zagadka:
Kto zgadnie w jakim rejonie Polski robiłam jesienne zdjęcia do tego posta - dostanie słoiczek dyniowej konfitury. Wygra ten, kto określi to miejsce najbardziej precyzyjnie. Jeśli nie zgadnie nikt - zwycięzcę wylosuję spośród wszystkich uczestników. Konkurs będzie trwał do 3 listopada.




Za cudowne chwile dziękujemy Eli, Ewie, Izie, dwóm Tomkom i Jackowi!


*

Filmowo:


Chata bojkowska

Chata bojkowska

Chata Magoda

Chata Magoda

Widoki z tarasu:

Widoki z tarasu:



Okolice domu

Okolice domu