Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przetwory. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przetwory. Pokaż wszystkie posty

środa, 3 kwietnia 2013

Pasztet

Obiecałam kilku osobom, że podam przepis na warzywny pasztet. Najwygodniej będzie tutaj.
Pasztety "w moim życiu" zaczęły się od... no dobrze jako ludzka pani aby nikogo nie zamęczyć,  cofnę się tylko o półtora roku. Bo wtedy właśnie rzuciłam palenie a na mnie rzuciły się kilogramy. W dużych ilościach! Przez rok narzuciło się ich kilkanaście, gdyby nie szmateksy to latałabym z gołym (za to wielkim ) tyłkiem bo wyrosłam ze wszystkiego. No coś trzeba było z tym zrobić.
 Kiedy się na coś uprę to nie ma litości a tym razem się uparłam, że te kilogramy narzucone zrzucę.
Zaczęłam pić soki owocowo-warzywne, które sobie produkowałam na sokowirówce. Jednak sprzęt ów mam byle jaki i także samo byle jak wyciskający, mało soku, dużo wilgotnej warzywnej pulpy.
Trochę mi było tej pulpy żal wyrzucać i tak wymyśliłam, że można z niej robić pasztety!
Pomysł sam w sobie okazał się genialny ponieważ baza pasztetu jest już gotowa, do niej dokładam co tam mam w lodówce: brokuły, kalafiory, marchewkę, seler, pory, jajka, pieczarki lub inne grzyby, paprykę, cebulę. Niekoniecznie wszystko na raz. Oczywiście niektóre z powyższych podgotowane do stanu aldente. Gotuję również soczewicę, która się fajnie przeciera, mieszam to wszystko co mam, dodaję dwa, trzy surowe jajka, tartą bułkę - pół szklanki, czosnek, podlaską przyprawę do pasztetów (jak ktoś nie ma, to dobre będzie, to co się lubi), sól, pieprz, gałkę muszkatałową. Jak ktoś lubi na pikantnie - nie ma przeszkód. Ja lubię wyraziste smaki, przypraw nie żałuję. To wszystko wkładam do formy typu "keksówka", przykrywam folią i na 40 minut wkładam do rozgrzanego, do 180C piekarnika.
Pasztet pyszny jest na ciepło jako danie obiadowe i na zimno. Lubię go z tartym chrzanem, z żurawiną na przykład, z surówkami, sałatą, popijając sokiem.
A dodatkowym bonusem jest 7 kilogramów, które powędrowały do bardziej ich potrzebującej osoby.
Soki robię z marchewki, selera, buraków, jabłek... co kto lubi.





Jak jesteśmy w kuchennych tematach to chcę pokazać moje ukochane zdjęcie, znalezione gdzieś w internetowych odmętach, bez podania adresu autora tegoż (tłumaczę brak bo nie znoszę złodziejstwa zdjęć w sieci). Oto ono:
Dziś od rana mieliśmy Armagedon.
Zacząć należy od tego, że mam genetyczny defekt, polegający na niemożności utrzymania porządku w domowej dokumentacji. Owa niemożność podlega pod kategorię "Absolut". Z wiekiem mi się pogłębia. Mam granitową pewność, że konieczność posiadania, przechowywania, okazywania i dostarczania różnego rodzaju dokumentów, jest współczesnym rodzajem niewolnictwa i gnębieni jesteśmy przez rządy i urzędy jak chłop feudalny w średniowieczu!  Maciek wraz z przyjaciółmi od pół roku z okładem planuje off-road'ową wyprawę do kraju ościennego, gdzie - by wjechać, potrzebuje paszportu. Maciuś jest jeszcze bardziej dotknięty powyżej omówioną genetyczną skazą, ponieważ mimo, że wyjazd jest za dwa tygodnie do dziś nie pomyślał nawet o tym aby sprawdzić, czy ma ważny paszport. Pomyślałam o tym przez kompletny przypadek ja. No i się zaczęło szukanie paszportu! Po godzinie oboje siedzieliśmy na podłodze w stertach! papierów i płakaliśmy ze śmiechu. Paszport znalazł się po kolejnej godzinie, okazało się, że już stracił ważność. Kilka telefonów i byliśmy w posiadaniu wiedzy, że wyrobienie nowego paszportu to minimum dwa tygodnie oczekiwania pod warunkiem, że wniosek złożony zostanie w Rzeszowie (dla tych,ktorzy myślą, że Rzeszów jest stolicą Bieszczadów: do miasta tego pięknego mamy ponad 3 godziny w jedną stronę, naszym autem). Pojechał Maciek sprawy załatwiać a ja zostawiając górę dokumentów na środku pokoju uciekłam z psami na spacer: 

Od kilku dni można czytać, oglądać, podziwiać! kolejny numer internetowego czasopisma naszej blogowej koleżanki Green Canoe. Z Asią znamy się od czterech już lat, spotkałyśmy się również w świecie realnym w naszej chacie, w Bieszczadach, polubiłyśmy się i przegadałyśmy przez telefon już setki godzin. Myślę, że to nie było nasze ostatnie spotkanie (prawda Asiu?).  W tym numerze jest także o nas: Jagodzie i Maćku. Zapraszam!


To wszystko. Żegnam się ciepło i życzę smacznych pasztetów!!!

piątek, 18 lutego 2011

Jak nie zostałam kobietą roku


Ktoś kto pisze bloga automatycznie wystawia się  na "pokaz". Szkoły polskie nie kładą należytego nacisku na czytanie ze zrozumieniem zatem każdy blogujący spotkał się pewnie z opaczną interpretacją własnych słów. I sensie negatywnym i pozytywnym również. Osobiście przywykłam do różnych reakcji na moją osobę: byłam już aniołem bieszczadzkim i wróżką, byłam też wredotą gardzącą ludźmi ze wsi i miast.
Otrzymywałam też przeróżne propozycje: pracy, współpracy, pilotowania różnych przedsięwzięć, reklamy produktów, usług i osób, ratowania potencjalnych samobójców, odpowiadałam na pytania dotyczące tylu dziedzin, ze gdybym się na nich naprawdę znała to Leonardo da Vinci mógłby u mnie terminować. Myślałam, że nic już mnie zdziwić nie zdoła. A jednakowoż!
Kilka dni temu miły Pan w rozmowie telefonicznej poinformował mnie, że zostałam zgłoszona do corocznego  plebiscytu "Przedsiębiorcza Kobieta Podkarpacia". Przysłano mi mailem informacje o zasadach konkursu i ankietę dla uczestniczki. Czyli sprawa jest poważna.
Wody sodowej nie pijam zatem nie miała szans mi do głowy uderzyć, jednak - przyznam, że przez chwilę krótką rozważałam możliwość takiego uczestnictwa w kontekście "co by to i komu dobrego dało?"
Pomyślałam, że dla bieszczadzkich Pań może byłoby ważne, że jedna z nich brana jest pod uwagę w takich poważnych imprezach. Odrzuciłam jednak szybko ten pomysł bo przede wszystkim, to się w tym, po prostu nie widzę. I koniec, kropka, szlus.
Nie będę się pchała ( a dokładniej nie dam się pchnąć ) ja, kobieta kuchenna, na co dzień polerująca ręcznie powierzchnie płaskie i toalety, pomiędzy szefowe firm w gustownych wdziankach.
Jak na ironię, kiedy przed laty mieszkając w Szczecinie traciłam zdrowie po kilkanaście godzin na dobę pracując dla dobra ogólnego, wyciągając z tarapatów nie jedną instytucję, obficie zasilając budżet miasta - nikt mi takich zaszczytów nie proponował. A teraz gdy zajmuję się głównie realizacją własnych marzeń - taka propozycja spada na mnie znienacka i już niepotrzebnie.
Ewidentny to dowód na teorię, że jak się zbytnio nie nadymać to wszystko samo przychodzi.
Osobie (osobom?) wierzącym w siłę mej przedsiębiorczości za tę wiarę dziękuję. Czuję się zaszczycona nominacją ale nie skorzystam.Proszę mnie dobrze zrozumieć - naprawdę nie pasuję do plebiscytu.
Przy tej okazji zapoznałam się z przysłaną ankietą i znalazłam w niej  pytania o największe sukcesy i marzenia czyli przeszłość i przyszłość.
Przeszłości nie postrzegam w kryteriach sukcesów lecz jako zbiór doświadczeń i tyle mnie one obchodzą ile z nich mogę zrobić użytku. Wielkim moim sukcesem jest to, że żyć się nauczyłam teraźniejszością. Wspominając i marząc mam swoje miejsce tutaj i teraz.
A największym sukcesem jest to, że otoczona jestem ludźmi  wspaniałymi, nietuzinkowymi, mądrymi i dowcipnymi.Wyłącznie! To lepsze od najważniejszych tytułów i plebiscytów. Marzenia to dla mnie stan fizjologiczny, taki jak oddychanie, zawsze jednak realizuję je - może zatem powinnam nazywać je planami?
Otrząsając z siebie pokusę wizerunku kobiety sukcesu pozostanę w sielsko - kuchennych klimatach i podam dziś łatwy przepis na słodkości z ulubioną przeze mnie warzywną zawartością.
Oto przepis na konfiturę z cebuli. A co!
Składniki:
1/2 kg cebuli
2 łyżki koncentratu pomidorowego
2 goździki
imbir
10 dkg cukru
szczypta soli
15 dkg rodzynek
2 łyżki octu winnego
Cebulę kroimy w plastry, podsmażamy na małym ogniu mieszając. dodajemy koncentrat pomidorowy, zmiażdżone goździki, imbir, cukier, sól, ocet winny, mieszamy. Dodajemy namoczone rodzynki, smażymy 15 min pod przykryciem. Do słoików!

Dziś wypuściliśmy w celu pobiegania nasze kozy. Maluchy mają organiczną potrzebę ruchu, niestety na zewnątrz była zima. Kiedy tylko nieco się ociepliło - a czekaliśmy na to z niecierpliwością, otworzyliśmy wrota koziarni. Co to się działo!!!! Pokazuję zdjęcia naszej chudoby wraz z zachwyconymi psami. Zachwyconego Maćka pokażę też.







Na koniec przedstawię naszą "izbę pamięci" w bojkowskiej chacie. Przed laty mieszkał w niej szewc, znaleźliśmy pozostałe po warsztacie - maszynę do szycia butów i drewniane kopyta. Ostatnio wyeksponowaliśmy te znaleziska w kąciku pod schodami:







Życzę wszystkim miłego dnia!

poniedziałek, 26 października 2009

Wakacje

*




Pół godziny po pożegnaniu ostatnich "świątecznych" gości, zapakowaliśmy się do auta i pojechaliśmy na wakacje.
Od ponad tygodnia wędrujemy po Polsce ... od jednych gości - do następnych. Mieszkamy właśnie w kolejnym domu, udostępnionym nam przez tych, którzy przyjechali do nas kiedyś jako goście a stali się naszymi przyjaciółmi. Przez cały czas byliśmy podejmowani jak książęca para w podróży, karmieni pysznościami i hołubieni - w czterech domach.
Dziwny to może patent na wypoczynek ale nam się podoba.
Bubie też się podoba bo spotkała kilka fajnych piesków i jednego kociaka.

Buba w środku:












Do kompletu brakuje zdjęć psa Kofika, ale zwierz ten porusza się zbyt szybko - sfotografowanie go jest technicznie niemożliwe.



To trochę jak podróż w poszukiwaniu straconego czasu.
W dniu naszego wyjazdu Bieszczady wyglądały tak:










A obecnie mamy powtórkę z jesieni. Daleko od Bieszczadów.











Trochę obrazków z otoczenia gościnnego domu:









Zima w październiku sprawiła, że zmarniały dynie w moim ogródku. Dzięki Izie, która czekała na nas z trzydziestoma kilogramami dyni, dzisiaj przetwarzałam.
Pewnie mam coś z głową ale do domu przywiozę słoiczki dyniowych konfitur.








Obliczyłam, że pracowałam bez przerwy przez 244 dni. Pod koniec tego maratonu, przysięgałam sobie, że na wakacjach będę leżała i czytała oraz spała przez tydzień.
I otóż, okazało się, że nie da rady. Po godzinie leżenia chybabym się rozpukła. Z hukiem!




Oprócz przecudownych okoliczności przyrody, pławienia się w ludzkiej i nieludzkiej (psy i kot) życzliwości, zafundowałam sobie kawałek nieba: WIZYTĘ W CZACZU!!!
Co to jest Czacz? To wieś w Wielkopolsce, w której w stu (!) halach, handluje się starociami, gratami i wszelakimi skarbami.
Ja tam byłam!



Hale z cudami w Czaczu:




Ponieważ miałam do dyspozycji tylko jedno terenowe auto z przyczepą, musiałam się ograniczać. Ale i tak udało mi się wykupić chyba większość przedmiotów z wikliny i terakoty.
Kupiłam nawet słomianą świnię - to moja wersja - większość towarzystwa twierdzi, że to krowoświń.



Wiklinowy fotel pokochała Buba.




Krzeseł i foteli kupiłam aż 9. Wszystkie do bojkowskiej chaty. Poza tym kosze, kosze giganty, talerze, miski, ramki, doniczki, świeczniki, szafeczki i dziesiątki innych bardzo potrzebnych przedmiotów. Wszystko za grosze!





Jeszcze tam wrócę!



To nasze pierwsze wakacje od przyjazdu w Bieszczady.
Kiedyś telepałam się po szerokim świecie - ze szczególnym parciem na tereny górzyste. Głodna byłam wrażeń, odmienności, poznawania innych kultur, ludzi, widoków i zabytków. Teraz zaszyliśmy się tam gdzie łąk bezkres, brzozy, jeziora i odludzie.
Na koniec zagadka:
Kto zgadnie w jakim rejonie Polski robiłam jesienne zdjęcia do tego posta - dostanie słoiczek dyniowej konfitury. Wygra ten, kto określi to miejsce najbardziej precyzyjnie. Jeśli nie zgadnie nikt - zwycięzcę wylosuję spośród wszystkich uczestników. Konkurs będzie trwał do 3 listopada.




Za cudowne chwile dziękujemy Eli, Ewie, Izie, dwóm Tomkom i Jackowi!


*

Filmowo:


Chata bojkowska

Chata bojkowska

Chata Magoda

Chata Magoda

Widoki z tarasu:

Widoki z tarasu:



Okolice domu

Okolice domu