*

Uwielbiam czystość, porządek i ład! Głęboko wierzę, że są one absolutną podstawą we wszystkich dziedzinach życia. W każdym państwie, na świecie, we własnym domu.
Każdy podręcznik Feng Shui zaczyna się od słów, które brzmią mniej więcej tak: uporządkuj przestrzeń wokół siebie. Potem zaczyna dziać się dobrze.
Co jednak zrobić, jak się mieszka pod jednym dachem non stop z kilkunastoma osobami, po których się sprząta, pierze, dla których się gotuje i robi zakupy? Jeśli ciągle po domu pałętają się zwierzaki i w dodatku, jak się ma manię zbierania gratów (widzę siebie jak na stare lata grzebię po śmietnikach zbierając nadgryzione rzeczy do dziecięcego wózka...). Poza tym jeszcze, jak się zbiera wyposażenie całego domu (bojkowska chata w remoncie) a wszystko to ze względu na gości upychane jest poza ich oczami - czyli po prostu w naszym mieszkaniu. Każdy milimetr u nas zawalony jest stertami rzeczy niezbędnych - ale jeszcze nie teraz, tylko - za pół roku może. Potykamy się o kartony, meble, mebelki, ze ścian czyha na nas to co się dało zawiesić. Z szafy się wysypuje, w szafkach trudno coś znaleźć bo przyłożone zostało kolejnymi warstwami czegoś następnego. Z braku czasu, to co się przestało używać, odkłada się tam gdzie jest jeszcze ślad miejsca.
Przez ostatni tydzień idę jak burza przez cały dom. Zaczęłam od strychu, który stał się bezużyteczny bo włożony jakiś miesiąc temu kolejny karton dopchnął całą strychową przestrzeń i nie było już miejsca na postawienie nogi aby na strych ów wejść. Powyciągałam zatem wszystko. W internecie zakupiłam specjalne pudełka (kartony się rozpadają), porobiłam naklejki na pudełka, posortowałam wszystko, poukładałam, pownosiłam pudła na strych. Uff...
Potem wzięłam się za pokoje. Kiedy się sprząta po wyjeżdżających gościach a tego samego dnia przyjeżdżają następni - to siłą rzeczy nie da rady wypucować wszystkiego. Teraz jest czas na pranie kap, dywanów, dywaników, zasłon i firanek, szorowanie wszystkich szparek szczoteczką do zębów, doprowadzenie podłóg do stanu nowości (piękne modrzewiowe deski w pokojach zostawiliśmy nielakierowane).
Samo sortowanie materiałów i przygotowanie zestawów do patchworków zajęło mi trzy dni: prucie, pranie, prasowanie.
Jutro Maciek wywiezie do ludzi kolejny worek rzeczy, z którymi - z bólem - postanowiłam się rozstać.
Robię więc fengszuja!
Jakiś czas temu zaproponowano mi uczestnictwo w akcji rozdawania wyrobów pewnej firmy czytelnikom bloga, oczywiście kusząc mnie prezentem. Nie podoba mi się pomysł wykorzystywania blogów do takich marketingowych działań. A widzę, że stało się to pewną tendencją. Wskaźniki sprzedaży tej czy innej firmy to sprawa jedna a blog to druga. Dla mnie się nie łączą. Nie powinny. Nie chcę brać udziału w tego typu akcjach. Piszę o życiu w Bieszczadach.
Ponieważ pozbawiłam czytelników firmowych prezentów, mam w zamian fengszujowe. Znalazłam w kartonowych przepastnościach świąteczny obrusik i kuchenną zawieszkę. Stare, używane. Ale może spodobają się komuś? Jeśli ktoś chce dostać jedną z tych rzeczy - proszę zostawić komentarz ze wskazaniem o którą chodzi. Jeśli chętnych będzie więcej - wylosuję do kogo powędrują. Na zamówienia czekam do 14 grudnia - tak aby mogły dotrzeć jeszcze przed świętami.
Oto zdjęcia obrusa, stan bardzo dobry:




Haftowana kuchenna makatka. U góry jest postrzępiony brzeg, ale można ją podłożyć. Ja tylko zaprasowałam. Jest bardzo piękna, niestety w kuchni nie mam już miejsca na ścianie by ją powiesić.




Mamy z Maćkiem problem! Cap powędrował do tego kogoś trzeciego co jest już teraz jego wyłącznym właścicielem a my się zastanawiamy: czy nasze kozy w tej ciąży są czy nie. Wymyśliłam, że może zrobić test ciążowy ale w Lutowiskach jest jedna apteka, więc jak pójdę po ten test, to się zacznie gadanie. A pewnie jeszcze większe jak by poszedł Maciek! A z drugiej strony - nie wiemy czy taki ludzki test działa u kóz? Może ktoś wie? Do weterynarza nie zadzwonimy z pytaniem bo chcemy zachować resztki szacunku. Już i tak od dawna dziwnie na nas patrzy. Dokładnie od czasu jak chciałam kąpać kozy.
Bardzo proszę się z nas nie śmiać!
Sprawa jest na tyle ważna, że jak w tej ciąży nie są to trzeba by zrobić "powtórkę". A lada moment w Bieszczadach spadnie śnieg i transport capa nie będzie możliwy - obecnie przebywa w takim miejscu gdzie nie dojeżdża samochód.
Miejscowi mówią, że "śmierdzi śniegiem". Kot bury wyhodował sobie zwały zimowego tłuszczu i wygląda jak własna karykatura. Jak się patrzy na niego z tyłu to tylko wielki tyłek widać - znaczy - zima będzie ostra!
Bury z nadwagą:





















































