wtorek, 8 grudnia 2009

Przedświąteczny fengszuj

*



Uwielbiam czystość, porządek i ład! Głęboko wierzę, że są one absolutną podstawą we wszystkich dziedzinach życia. W każdym państwie, na świecie, we własnym domu.
Każdy podręcznik Feng Shui zaczyna się od słów, które brzmią mniej więcej tak: uporządkuj przestrzeń wokół siebie. Potem zaczyna dziać się dobrze.
Co jednak zrobić, jak się mieszka pod jednym dachem non stop z kilkunastoma osobami, po których się sprząta, pierze, dla których się gotuje i robi zakupy? Jeśli ciągle po domu pałętają się zwierzaki i w dodatku, jak się ma manię zbierania gratów (widzę siebie jak na stare lata grzebię po śmietnikach zbierając nadgryzione rzeczy do dziecięcego wózka...). Poza tym jeszcze, jak się zbiera wyposażenie całego domu (bojkowska chata w remoncie) a wszystko to ze względu na gości upychane jest poza ich oczami - czyli po prostu w naszym mieszkaniu. Każdy milimetr u nas zawalony jest stertami rzeczy niezbędnych - ale jeszcze nie teraz, tylko - za pół roku może. Potykamy się o kartony, meble, mebelki, ze ścian czyha na nas to co się dało zawiesić. Z szafy się wysypuje, w szafkach trudno coś znaleźć bo przyłożone zostało kolejnymi warstwami czegoś następnego. Z braku czasu, to co się przestało używać, odkłada się tam gdzie jest jeszcze ślad miejsca.
Przez ostatni tydzień idę jak burza przez cały dom. Zaczęłam od strychu, który stał się bezużyteczny bo włożony jakiś miesiąc temu kolejny karton dopchnął całą strychową przestrzeń i nie było już miejsca na postawienie nogi aby na strych ów wejść. Powyciągałam zatem wszystko. W internecie zakupiłam specjalne pudełka (kartony się rozpadają), porobiłam naklejki na pudełka, posortowałam wszystko, poukładałam, pownosiłam pudła na strych. Uff...
Potem wzięłam się za pokoje. Kiedy się sprząta po wyjeżdżających gościach a tego samego dnia przyjeżdżają następni - to siłą rzeczy nie da rady wypucować wszystkiego. Teraz jest czas na pranie kap, dywanów, dywaników, zasłon i firanek, szorowanie wszystkich szparek szczoteczką do zębów, doprowadzenie podłóg do stanu nowości (piękne modrzewiowe deski w pokojach zostawiliśmy nielakierowane).
Samo sortowanie materiałów i przygotowanie zestawów do patchworków zajęło mi trzy dni: prucie, pranie, prasowanie.
Jutro Maciek wywiezie do ludzi kolejny worek rzeczy, z którymi - z bólem - postanowiłam się rozstać.
Robię więc fengszuja!

Jakiś czas temu zaproponowano mi uczestnictwo w akcji rozdawania wyrobów pewnej firmy czytelnikom bloga, oczywiście kusząc mnie prezentem. Nie podoba mi się pomysł wykorzystywania blogów do takich marketingowych działań. A widzę, że stało się to pewną tendencją. Wskaźniki sprzedaży tej czy innej firmy to sprawa jedna a blog to druga. Dla mnie się nie łączą. Nie powinny. Nie chcę brać udziału w tego typu akcjach. Piszę o życiu w Bieszczadach.
Ponieważ pozbawiłam czytelników firmowych prezentów, mam w zamian fengszujowe. Znalazłam w kartonowych przepastnościach świąteczny obrusik i kuchenną zawieszkę. Stare, używane. Ale może spodobają się komuś? Jeśli ktoś chce dostać jedną z tych rzeczy - proszę zostawić komentarz ze wskazaniem o którą chodzi. Jeśli chętnych będzie więcej - wylosuję do kogo powędrują. Na zamówienia czekam do 14 grudnia - tak aby mogły dotrzeć jeszcze przed świętami.

Oto zdjęcia obrusa, stan bardzo dobry:









Haftowana kuchenna makatka. U góry jest postrzępiony brzeg, ale można ją podłożyć. Ja tylko zaprasowałam. Jest bardzo piękna, niestety w kuchni nie mam już miejsca na ścianie by ją powiesić.










Mamy z Maćkiem problem! Cap powędrował do tego kogoś trzeciego co jest już teraz jego wyłącznym właścicielem a my się zastanawiamy: czy nasze kozy w tej ciąży są czy nie. Wymyśliłam, że może zrobić test ciążowy ale w Lutowiskach jest jedna apteka, więc jak pójdę po ten test, to się zacznie gadanie. A pewnie jeszcze większe jak by poszedł Maciek! A z drugiej strony - nie wiemy czy taki ludzki test działa u kóz? Może ktoś wie? Do weterynarza nie zadzwonimy z pytaniem bo chcemy zachować resztki szacunku. Już i tak od dawna dziwnie na nas patrzy. Dokładnie od czasu jak chciałam kąpać kozy.
Bardzo proszę się z nas nie śmiać!
Sprawa jest na tyle ważna, że jak w tej ciąży nie są to trzeba by zrobić "powtórkę". A lada moment w Bieszczadach spadnie śnieg i transport capa nie będzie możliwy - obecnie przebywa w takim miejscu gdzie nie dojeżdża samochód.

Miejscowi mówią, że "śmierdzi śniegiem". Kot bury wyhodował sobie zwały zimowego tłuszczu i wygląda jak własna karykatura. Jak się patrzy na niego z tyłu to tylko wielki tyłek widać - znaczy - zima będzie ostra!


Bury z nadwagą:



Na koniec kilka obrazków z wczorajszego spaceru:




















*

piątek, 4 grudnia 2009

Kulturalnie

*




Pomyślałam sobie, że obraz bieszczadzkiego życia nigdy nie będzie pełny jeśli nie napiszę o wspaniałych, twórczych, mieszkających tu ludziach.
Na początek nieco muzyki. Zespół Tołhaje. Przed przeprowadzką w Bieszczady trafiłam w internecie na jakiś fragment ich utworu, słuchałam tego na okrągło! Potem, jako bieszczadzka kobieta już - poznałam członków zespołu osobiście, byłam na ich koncercie, mam ich płytę. Cieszę się serdeczną życzliwością Janusza Demkowicza, który wraz żoną Magdą, bardzo nam na początku naszej agroturystycznej drogi pomogli.
Młodzi, zdolni i do tego Wspaniali Ludzie!
Kliknijcie na obrazek poniżej i posłuchajcie. Oczywiście o ile czegoś nie pokręciłam. Muzykę wstawiam pierwszy raz.




Cały post dzisiejszy będzie o ludziach, których znam i lubię.
W najbliższej Lutowiskom wsi Czarna jest galeria Barak prowadzona przez Różę i Krzysztofa. Sami są artystami, robią przepiękną ceramikę, organizują warsztaty ceramiczne z których często korzystają nasi goście. Zawsze z tych zajęć wracają uchachani, zadowoleni i z własnymi wyrobami! Ja też pod okiem Krzysztofa wykonałam sobie ceramiczną rybę.
Tak na marginesie Krzysztof tak jak my, przyjechał w Bieszczady ze Szczecina.

Oprócz własnych prac, w galerii Róża i Krzysztof prezentują twórczość najciekawszych bieszczadzkich artystów.
Moimi ulubionymi są Katarzyna Szulc-Rozmysłowicz, której akwarele pokazane są na stronie galerii, ( Kasię kochamy wraz z Maćkiem za całokształt!) i Tomasz Żyto-Żmijewski .

Kolejną postacią, którą chcę pokazać jest Zdzisław Pękalski. Ten cudowny wariat od wielu lat sprawia, że Bieszczady są dzięki niemu barwniejsze. Z pasją maluje na starych deskach, drzwiach i drewnianych misach wizerunki świętych. To, że jego święci czasem mają rogi wynika z wyjątkowej osobowości twórcy. Poniżej kilka zdjęć i link do autorskiej strony.



Pękalski stworzył w Hoczwi muzeum, w którym jest też oprowadzającym. Kiedyś pojechałam tam z synem, byliśmy jedynymi gośćmi, mimo to otrzymaliśmy ponad godzinny spektakl w wykonaniu autora, złożony z opowieści, anegdot, straszenia, dęcia w rogi i wszystkiego co tylko można sobie wyobrazić. Byliśmy pod wielkim wrażeniem jego niespożytej energii i wyobraźni.











W Bandrowie Narodowym mieszka Irena Trojnar, od której uczyłam się pleść koszyki. Z wikliny, słomy, brzozowych witek potrafi wypleść wszystko! Cerkiewki małe i duże, konie, owce i koguty, wozy i oczywiście koszyki. Niezwykle twórcza i pracowita osoba a do tego zawsze uśmiechnięta i życzliwa!

Nasza była sołtyska z Lutowisk - Jadwiga Sauter robi takie frywolitkowe cuda zwane Bieszczadzkimi Łapaczami Snów:




Tutaj można znaleźć namiary na wielu bieszczadzkich artystów.

Bieszczady doczekały się wreszcie ciekawego czasopisma.



W ostatnim numerze tego miesięcznika jest artykuł o mamie mojej bieszczadzkiej przyjaciółki - artystce Hannie Juraszyńskiej oraz o Lutowiskach! Do lektury tego świetnie wydawanego pisma serdecznie zachęcam, jest dostępne w sieci Empiku.
To kropla w morzu naszej lokalnej twórczości. Wiele osób pisze ikony (bo ikony się pisze - nie maluje), haftuje, rzeźbi, maluje, pisze książki i fotografuje. Wzięłam się jednak na poważnie za porządki i czasu na szerszą prezentację brak. Skupiłam się jedynie na tych, których znam towarzysko i lubię.
Pozdrawiam serdecznie i znikam!

A! Zapomniałabym! Na ekrany kin wszedł film pochodzącego z Podkarpacia, Wojciecha Smarzowskiego "Dom zły", fabuła dotyczy historii rozgrywającej się w Lutowiskach! Ponieważ do najbliższego kina mamy 60 kilometrów w jedną stronę a nigdy nie wiadomo, czy projekcja filmu się odbędzie (niezbędna minimalna ilość widzów) to pewnie poczekam na DVD. A może już ktoś ten film widział? Po niesamowitym Weselu spodziewam się filmowej uczty.


*

wtorek, 1 grudnia 2009

Pochwała głupoty

*




Kiedy sześć lat temu przyjechaliśmy z Maćkiem w Bieszczady szukać ziemi do kupienia, mieliśmy ze sobą kamerę. Kręciliśmy wszystko co nam się spodobało, również nasze pierwsze wrażenia z Lutowisk. Potem jeszcze, mieszkając już tutaj, dokręcałam postępy w budowie domu i jakieś scenki z codziennego życia w bojkowskiej chacie. Nazbierało się tego na pół godziny filmu, o którym zupełnie zapomnieliśmy.
Kilka dni temu obejrzeliśmy go.
Dziwnie mi się patrzyło, na tę ciągle popiskującą i podskakującą z nadmiaru emocji, rozczochraną kobietę. Pomijam z zażenowanym milczeniem, to o czym wtedy do kamery bredziłam.
Nie miałam wówczas zielonego pojęcia na co się rzucam. Jeden radosny entuzjazm!
Dziś wiem, że wszystko o czym zza kamery ględziłam, nie mając żadnych realnych podstaw do - choćby wiary w sukces - spełniło się. Z nawiązką.
Patrzyłam na siebie samą sprzed kilku lat, jak biegam po łące i bredzę: tu będzie To, tam będzie Tamto...
Jakbym nie wiedziała wtedy, że to nie jest takie proste.
Oglądałam ten film i dotarło do mnie, że to co nam się udało, to udało się z głupoty i niewiedzy!
W naszych marzeniach nie włączyliśmy cenzury, nie dopuściliśmy strachu. Wyłączyliśmy wyobraźnię - co może się nie udać, nie pójść po naszej myśli. Żyliśmy tylko tym, co było do zrobienia teraz. Dzisiaj. I te kolejne "dzisiaj" składają się na miesiące i lata pracy, która przyniosła efekty.
Gdybym wtedy zamiast piszczeć z zachwytu zastanowiła się choć przez chwilę na ile to jest realne - odpuściłabym sobie i zrezygnowałabym.
Nie pamiętam, w której książce to przeczytałam. W posłowiu autor pisał, ze właśnie siedzi nad ukończoną książką a w kuchni jak co wieczór, jego żona zmywa naczynia. Zmywa je tak od trzydziestu lat. Każdego wieczora. Przez ten czas, gdyby zebrać te wszystkie gary i talerze to utworzyłyby wielką górę może wysokości Mount Blanc, może wyższą. I gdyby jego żona w dniu ślubu tę górę do umycia zobaczyła przed sobą to pewnie by za niego nie wyszła.
Dobrze jest czasem za bardzo nie wybiegać w przyszłość, nie piętrzyć tych naczyń w swej wyobraźni!
Na szczęście nie zrobiliśmy tego. Na szczęście zakasaliśmy rękawy i każdego dnia żyliśmy jakby był pierwszym i ostatnim naszym dniem. Dzięki temu czuliśmy i nadal czujemy smak bycia Tu i Teraz.

Nie ja jedna mam takie przekonanie. Oto kolejny cytat:

"Jak sprawić, aby coś w życiu wyszło?
oto, na czym polega sekret: przede wszystkim na głębokim pragnieniu aby tak się stało;
następnie potrzeba wiary i przekonania, że tak może być; potem trzeba zachować w swojej świadomości tę jasną, określoną wizję i obserwować, jak realizuje się ona krok po kroku, bez cienia wątpliwości i braku wiary."
Eileen Caddy


Przy remoncie bojkowskiej chaty Maciek pracuje bez pośpiechu, z radością.
Dziś pokażę jak zmienia się boisko czyli część chaty która była łącznikiem między częścią "ludzką" a "zwierzęcą" domu. Tutaj wjeżdżano wozem i ładowano na górę siano.
My zrobiliśmy tutaj klatkę schodową oraz kącik wypoczynkowy z kominkiem i wyjściem na zewnątrz przez duże oszklone drzwi. Dwie ściany wewnętrzne, postanowiliśmy zrobić tak, aby podkreślić wcześniejszą odrębność. Będą zatem wyglądać jak "elewacja" starego domu. Z "japkami" i - nawet - z okienkiem.

Na dole boiska stanął kominek:



Jest jeszcze niewykończony. Przy kominku będzie można posiedzieć.



Widok na kominek ze schodów:


Wysoka czapa kominka przechodzi na pięterko. Będzie na niej półka.



Sufit będzie widać z dołu.



Oto schody. W rzeczywistości wyglądają bardzo pięknie. Maciek zrobił je ze starych, bardzo grubych desek.





Buba na schodach. Piesek też buduje.



Pod schodami.



Wejście na pięterko. Do jednego z pokojów wejście będzie prowadziło przez kładkę.



Oto wejście do tego pokoju i poręcz zrobiona przez Maćka. Widać również fragment "elewacji".





Jeszcze raz poręcz:



Fragment "elewacji", która jest ścianą jednego z pokojów. Okienko dostanie jeszcze szybkę, szprosy, firankę a od strony pokoju będą okienniczki.





Panienek z okienka. Filuterny.


I zamyślony.


Ściana do pokoju po drugiej stronie drzwi.



Widok od strony pokoju. Wejście do niego będzie po schodkach. Kładka nie jest jeszcze gotowa zatem piesek nie ryzykuje, czeka aż wrócimy. Jednak kontakt wzrokowy trzeba mieć!





Nieco detali:















Pokażę jeszcze kilka przedmiotów, które znajdą swoje miejsce w chacie. Stary świecznik:



Czajnik:





I wielkiej piękności lampa z dorożki:







Pierwsze zdjęcie na górze przedstawia kozę Mańkę brzemienną.


*

Filmowo:


Chata bojkowska

Chata bojkowska

Chata Magoda

Chata Magoda

Widoki z tarasu:

Widoki z tarasu:



Okolice domu

Okolice domu