Wczoraj przed śniadaniem rozmawiałam z jednym z gości o naszych pieskach, że łagodne, spokojne, przyjazne - zastanawialiśmy się nad tym skąd się niektórym bierze decyzja zakupu "ostrego" psa. Wtedy gość powiedział słowa, które powaliły mnie prostotą: człowiek wyraża siebie tym jakiego ma psa. Idąc dalej tym tokiem wyrażamy siebie na wiele sposobów: przez to jak i gdzie żyjemy, w co się ubieramy...
Przez dwa i pół roku wyrażałam siebie również za pomocą tego bloga, był moim dziennikiem, miejscem formułowania myśli i poglądów, pokojem spotkań z ludźmi z dalekiego czasem świata. Różne to były spotkania, najczęściej miłe, inspirujące, wiele się dzięki nim nauczyłam, dowiedziałam. Byłam też obiektem ataków, nienawiści w czystej bo bezinteresownej postaci. Będąc kobietą zwyczajną, nie brałam do siebie ani nadmiernych zachwytów ani szyderstw i złośliwości. Lubiłam zasiąść do komputera i średnio raz w tygodniu napisać o tym co mnie otaczało, jak rozumiałam i odbierałam rzeczywistość. Przez te trzydzieści miesięcy mądrzyłam się, zachwycałam, chwaliłam, wątpiłam. Dziś nie jestem już tą samą osobą, która bloga pisać zaczęła. Nie mam już tej potrzeby głośnego dzielenia się radością czy smutkiem. Umiem i - wolę, przeżywać je w ciszy, wewnątrz, bez widzów.
Bardzo szanuję osoby, które tu zaglądając wielokrotnie dawały mi dowody sympatii, dlatego szczerze muszę powiedzieć, że nie wiem czy jeszcze bloga pisać będę, może tak, może nie. Nie żegnam się bo na prawdę dziś tego nie wiem. Z pewnością jednak zrobię przerwę, sama nie umiem przewidzieć jak długą.
Nie kończę z pisaniem, od czasu do czasu będę pracowała dla Werandy Country, dostałam i przyjęłam też propozycję od pewnego czasopisma gdzie - już pod pseudonimem będę publikować jakieś teksty. Tym razem nie o sobie lecz o innych.
Blog, to co się w moim życiu w związku z nim zadziewało, był niezwykłym doświadczeniem. Pasjonującą podróżą przez wirtualną przestrzeń, źródłem wielu radości i wzruszeń, namacalnym dowodem istnienia dobra w świecie realnym. Poznałam "zaocznie" dziesiątki fantastycznych osób, kilkanaście z nich miałam zaszczyt poznać osobiście i uściskać.
Dziękuję Wam kochani za tę pulsującą energię, dobre myśli i słowa, za to, że zawsze mogłam na czytelników bloga liczyć w sprawach błahych i tych naprawdę ważnych.
W naszym bieszczadzkim życiu czeka nas jeszcze dużo nowych wyzwań - najbliższe to budowa domu - właściwie domku - dla nas. Po latach mieszkania w pokoiku za kuchnią, marzenie o własnym, tylko naszym dachu nad głową ma szanse się ziścić. Kolejna drewniana chata, uratowana od śmierci zwieziona jest już na naszą działkę. Wyrównaliśmy teren pod jej budowę, załatwiamy niezbędne dokumenty. W przyszłym roku ruszamy do kolejnego boju...
Bieszczady, przygarnęły nas, parę mieszczuchów, z życzliwą pobłażliwością. Cierpliwie uczyły jak żyć w tym nowym dla nas świecie. Pokazały nam jak cieszyć się chwilą, słońcem, wiatrem i deszczem. Jak radzić sobie z problemami i własną, ludzką niedoskonałością. Nadały sens naszej pracy.
Jeśli udało mi się na tym blogu pokazać choć fragmenty tych lekcji, jeśli ktokolwiek znajdzie tu coś dla siebie, to setki godzin spędzone przy komputerze nie były tylko sztuką dla sztuki...
poniedziałek, 1 sierpnia 2011
czwartek, 14 lipca 2011
I co tu wybrać?
W zeszłym roku myślałam, że nie da rady robić więcej, doba się nie nadmucha. Cóż... naiwność! W tym roku dowaliłam sobie jeszcze więcej obowiązków i daję radę! Tylko na bloga czasu już nie znajduję. Żałuję bardzo, bo traktuję go jak dziennik pokładowy: dzięki systematycznym wpisom zawsze mogę sprawdzić czy o tej porze roku już mi coś kwitło, kiedy rodziły się kozy, znam wszelkie szczegóły i chronologię. Blog stał się naszą pamięcią i pamiątką. Trudno, to co robię poza blogiem jest na tyle dla mnie ciekawe, że nie zrezygnuję.
Mam ze sobą duży problem - z własnej nieprzymuszonej woli biorę sobie na głowę wszystko co wydaje mi się fajne. Jestem obowiązkowa, zatem nie odpuszczam niczego, tylko staram się jak najlepiej wypełniać... Wolę mam silną - zazwyczaj daję radę. Jednak gdy patrzę na swoje życie to widzę niekończące się pasmo wyzwań i mozolnych realizacji. Niekończące się. Przeklinam chwilę w której na coś tam się zdecydowałam, bo ledwo ciągnę, i tylko gdy zakończy się jedno natychmiast pakuję się drugie.
Tak jest z wyprawą na Kilimandżaro. Mam tyle zajęć, że porządne przygotowanie do wyprawy nie wchodzi w rachubę. Umiem krytycznie patrzeć na siebie i widzę wyraźnie, że będzie ciężko. Lat mi nie ubywa. Przez blisko pół roku "trenuję" z doskoku, nieskutecznie bo niesystematycznie. Kondycji nie mam wcale, co mogłam stwierdzić ostatnio - zaczęłam biegać. Dysząc jak ryba wyrzucona na brzeg, dorabiałam się przez ostatnie tygodnie potężnych zakwasów. Psy biegają ze mną, Buba patrzy na mnie z niepokojem i nie odstępuje nawet na krok, w każdej chwili gotowa do wykonania profesjonalnej reanimacji.
Wygląda na to, że na Górę wejdę, jak zwykle uruchamiając najgłębsze pokłady wewnętrznej mocy.
Będę się jak zawsze: zmuszać, poganiać, zaciskać zęby, wściekać na siebie. Dojść dojdę. Ale ile to mnie będzie kosztować wysiłku!
Wyjścia już nie mam, wpłaciłam pierwszą ratę na wyprawę. Bezzwrotną. Jechać zatem muszę. Chcę!
Nie będę o tym myśleć na razie.
"Człowiek, który nie wierzy w siebie, gotów uwierzyć we wszystko."
A tyle jeszcze rzeczy, których dotąd nie spróbowałam... Mówiłam, że to się nie kończy?
Byliśmy nie dawno w sanockim skansenie. Odbywa się tam rekonstrukcja dachu siedemnastowiecznej, drewnianej synagogi z Gwoźdźca. Więcej informacji o synagodze tutaj .
Projekt ten realizują cieśle, którzy zjechali z całego świata (nawet z Japonii), posługują się wyłącznie ręcznymi narzędziami (zero maszyn), tradycyjnymi metodami, wszystko jak przed wieloma laty. Nie mogliśmy opuścić takiej okazji!
Maciek zawarł wiele znajomości, rozmawiał, oglądał i - przysięgam! - świecił od środka z radości. To niespotykana okazja by na własne oczy zobaczyć pracę najlepszych, uczyć się od nich, poznawać nieznane dotychczas narzędzia.
Makieta:
Ciosanie bali jak przed wiekami:
Fragmenty konstrukcji:
Ręcznie ciosane kołki. Drzyjcie wampiry!
Cięcie zamków (to łączenia w drewnianych konstrukcjach) odbywa się za pomocą japońskich pił:
To narzędzie zachwyciło Maćka:
A to spodobało się mnie:
Synagoga zostanie przewieziona do Warszawy i stanie w Muzeum Historii Żydów Polskich. więcej tutaj
Na koniec fotki rynku galicyjskiego w skansenie - niedługo będzie gotowy!!!
Pragnę się pochwalić, że dostałam właśnie ostatnią partię Tosiowych, patchworkowych narzut, do kolejnego pokoju. Teraz, w pokoju mieszkają goście, nie mogę zatem wejść i porobić zdjęć w docelowym otoczeniu, nie wytrzymałam jednakowoż i wytargałam narzuty na taras - tyz piknie. Tosiu, dziękuję! Powtórzę po raz tysięczny: jesteś Wielka!
Narzuta jedna:
Druga:
I obie razem:
Kilka dni temu mieliśmy suche burze - to zjawisko często się u nas zdarza. Nie udało mi się zrobić zdjęcia przeszywającego niebo pioruna - a latały we wszystkie strony skubane - w dół, z prawa w lewo i z lewa na prawo, jednak światło i kolory nieba były tak niesamowite, wręcz nierealne, że mimo mizernej jakości fotek pokazuję:
Maciek od kilku tygodni stawia drewniany dom dla naszej znajomej, nie ma go zatem po całych dniach, wieczorami z doskoku obrabia drewno na zimę z czynną pomocą niezastąpionych pracownic:
A to robią pieski gdy nie pracują, odpoczywają:
Pozują - kolejna fotka z cyklu "oczy szeroko zamknięte":
I uśmiechają się:
Dzisiaj ukazała się książka "Miastowi. Slow food i aronia losu", Anna Kamińska rozmawia w niej z byłymi miastowymi, między innymi z nami. Wywiad z autorką książki odbył się jakieś dwa lata temu, potem na amen zapomnieliśmy o sprawie, a tu - proszę: nawet w Merlinie książkę mają, a tam widzę na okładce - moje zdjęcie!. Co jest w środku - nie wiemy, nie pamiętamy nawet co przed laty gadaliśmy do miłej pani. Zamówiłam sobie, jak przyślą to się dowiem.
Za dwa tygodnie ukaże się kolejny numer Werandy Country z materiałem o naszej bojkowskiej chacie. Zdjęcia zrobił Michał Mrowiec, stylizowała i tekst napisała Green Canoe. W tym samym numerze polecam również artykuł o łemkowskiej biżuterii - krywulkach, zdjęcia są autorstwa Karoliny Migurskiej, tekst - mój.
Tyle jeszcze różnych fajnych rzeczy się dzieje, trwają i odchodzą. Nie mam czasu by o nich napisać. Może zimą jak wrócę z Kilimandżaro? O ile nie wymyślę sobie czegoś kolejnego...
Jeszcze słówko do Smoczycy - popatrz kochana - róża od Ciebie już kwitnie!!!!
Co ja się dziś uszarpałam z bloggerem! Jest coraz gorzej, czy ktoś nad tym panuje?
Pozdrawiam wszystkich serdecznie i wakacyjnie!
Mam ze sobą duży problem - z własnej nieprzymuszonej woli biorę sobie na głowę wszystko co wydaje mi się fajne. Jestem obowiązkowa, zatem nie odpuszczam niczego, tylko staram się jak najlepiej wypełniać... Wolę mam silną - zazwyczaj daję radę. Jednak gdy patrzę na swoje życie to widzę niekończące się pasmo wyzwań i mozolnych realizacji. Niekończące się. Przeklinam chwilę w której na coś tam się zdecydowałam, bo ledwo ciągnę, i tylko gdy zakończy się jedno natychmiast pakuję się drugie.
Tak jest z wyprawą na Kilimandżaro. Mam tyle zajęć, że porządne przygotowanie do wyprawy nie wchodzi w rachubę. Umiem krytycznie patrzeć na siebie i widzę wyraźnie, że będzie ciężko. Lat mi nie ubywa. Przez blisko pół roku "trenuję" z doskoku, nieskutecznie bo niesystematycznie. Kondycji nie mam wcale, co mogłam stwierdzić ostatnio - zaczęłam biegać. Dysząc jak ryba wyrzucona na brzeg, dorabiałam się przez ostatnie tygodnie potężnych zakwasów. Psy biegają ze mną, Buba patrzy na mnie z niepokojem i nie odstępuje nawet na krok, w każdej chwili gotowa do wykonania profesjonalnej reanimacji.
Wygląda na to, że na Górę wejdę, jak zwykle uruchamiając najgłębsze pokłady wewnętrznej mocy.
Będę się jak zawsze: zmuszać, poganiać, zaciskać zęby, wściekać na siebie. Dojść dojdę. Ale ile to mnie będzie kosztować wysiłku!
Wyjścia już nie mam, wpłaciłam pierwszą ratę na wyprawę. Bezzwrotną. Jechać zatem muszę. Chcę!
Nie będę o tym myśleć na razie.
"Człowiek, który nie wierzy w siebie, gotów uwierzyć we wszystko."
Władysław Grzeszczyk
Ma to oczywiście swoje dobre strony - przeżyłam, widziałam, nauczyłam się i zrobiłam więcej niż kilka innych osób razem przez całe życie.A tyle jeszcze rzeczy, których dotąd nie spróbowałam... Mówiłam, że to się nie kończy?
Byliśmy nie dawno w sanockim skansenie. Odbywa się tam rekonstrukcja dachu siedemnastowiecznej, drewnianej synagogi z Gwoźdźca. Więcej informacji o synagodze tutaj .
Projekt ten realizują cieśle, którzy zjechali z całego świata (nawet z Japonii), posługują się wyłącznie ręcznymi narzędziami (zero maszyn), tradycyjnymi metodami, wszystko jak przed wieloma laty. Nie mogliśmy opuścić takiej okazji!
Maciek zawarł wiele znajomości, rozmawiał, oglądał i - przysięgam! - świecił od środka z radości. To niespotykana okazja by na własne oczy zobaczyć pracę najlepszych, uczyć się od nich, poznawać nieznane dotychczas narzędzia.
Makieta:
Ciosanie bali jak przed wiekami:
Fragmenty konstrukcji:
Ręcznie ciosane kołki. Drzyjcie wampiry!
Cięcie zamków (to łączenia w drewnianych konstrukcjach) odbywa się za pomocą japońskich pił:
To narzędzie zachwyciło Maćka:
A to spodobało się mnie:
Synagoga zostanie przewieziona do Warszawy i stanie w Muzeum Historii Żydów Polskich. więcej tutaj
Na koniec fotki rynku galicyjskiego w skansenie - niedługo będzie gotowy!!!
Pragnę się pochwalić, że dostałam właśnie ostatnią partię Tosiowych, patchworkowych narzut, do kolejnego pokoju. Teraz, w pokoju mieszkają goście, nie mogę zatem wejść i porobić zdjęć w docelowym otoczeniu, nie wytrzymałam jednakowoż i wytargałam narzuty na taras - tyz piknie. Tosiu, dziękuję! Powtórzę po raz tysięczny: jesteś Wielka!
Narzuta jedna:
Druga:
I obie razem:
Kilka dni temu mieliśmy suche burze - to zjawisko często się u nas zdarza. Nie udało mi się zrobić zdjęcia przeszywającego niebo pioruna - a latały we wszystkie strony skubane - w dół, z prawa w lewo i z lewa na prawo, jednak światło i kolory nieba były tak niesamowite, wręcz nierealne, że mimo mizernej jakości fotek pokazuję:
Maciek od kilku tygodni stawia drewniany dom dla naszej znajomej, nie ma go zatem po całych dniach, wieczorami z doskoku obrabia drewno na zimę z czynną pomocą niezastąpionych pracownic:
A to robią pieski gdy nie pracują, odpoczywają:
Pozują - kolejna fotka z cyklu "oczy szeroko zamknięte":
I uśmiechają się:
Dzisiaj ukazała się książka "Miastowi. Slow food i aronia losu", Anna Kamińska rozmawia w niej z byłymi miastowymi, między innymi z nami. Wywiad z autorką książki odbył się jakieś dwa lata temu, potem na amen zapomnieliśmy o sprawie, a tu - proszę: nawet w Merlinie książkę mają, a tam widzę na okładce - moje zdjęcie!. Co jest w środku - nie wiemy, nie pamiętamy nawet co przed laty gadaliśmy do miłej pani. Zamówiłam sobie, jak przyślą to się dowiem.
Za dwa tygodnie ukaże się kolejny numer Werandy Country z materiałem o naszej bojkowskiej chacie. Zdjęcia zrobił Michał Mrowiec, stylizowała i tekst napisała Green Canoe. W tym samym numerze polecam również artykuł o łemkowskiej biżuterii - krywulkach, zdjęcia są autorstwa Karoliny Migurskiej, tekst - mój.
Tyle jeszcze różnych fajnych rzeczy się dzieje, trwają i odchodzą. Nie mam czasu by o nich napisać. Może zimą jak wrócę z Kilimandżaro? O ile nie wymyślę sobie czegoś kolejnego...
Jeszcze słówko do Smoczycy - popatrz kochana - róża od Ciebie już kwitnie!!!!
Co ja się dziś uszarpałam z bloggerem! Jest coraz gorzej, czy ktoś nad tym panuje?
Pozdrawiam wszystkich serdecznie i wakacyjnie!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Filmowo:
Chata bojkowska
Chata Magoda
Widoki z tarasu:
Okolice domu





























