wtorek, 1 grudnia 2009

Pochwała głupoty

*




Kiedy sześć lat temu przyjechaliśmy z Maćkiem w Bieszczady szukać ziemi do kupienia, mieliśmy ze sobą kamerę. Kręciliśmy wszystko co nam się spodobało, również nasze pierwsze wrażenia z Lutowisk. Potem jeszcze, mieszkając już tutaj, dokręcałam postępy w budowie domu i jakieś scenki z codziennego życia w bojkowskiej chacie. Nazbierało się tego na pół godziny filmu, o którym zupełnie zapomnieliśmy.
Kilka dni temu obejrzeliśmy go.
Dziwnie mi się patrzyło, na tę ciągle popiskującą i podskakującą z nadmiaru emocji, rozczochraną kobietę. Pomijam z zażenowanym milczeniem, to o czym wtedy do kamery bredziłam.
Nie miałam wówczas zielonego pojęcia na co się rzucam. Jeden radosny entuzjazm!
Dziś wiem, że wszystko o czym zza kamery ględziłam, nie mając żadnych realnych podstaw do - choćby wiary w sukces - spełniło się. Z nawiązką.
Patrzyłam na siebie samą sprzed kilku lat, jak biegam po łące i bredzę: tu będzie To, tam będzie Tamto...
Jakbym nie wiedziała wtedy, że to nie jest takie proste.
Oglądałam ten film i dotarło do mnie, że to co nam się udało, to udało się z głupoty i niewiedzy!
W naszych marzeniach nie włączyliśmy cenzury, nie dopuściliśmy strachu. Wyłączyliśmy wyobraźnię - co może się nie udać, nie pójść po naszej myśli. Żyliśmy tylko tym, co było do zrobienia teraz. Dzisiaj. I te kolejne "dzisiaj" składają się na miesiące i lata pracy, która przyniosła efekty.
Gdybym wtedy zamiast piszczeć z zachwytu zastanowiła się choć przez chwilę na ile to jest realne - odpuściłabym sobie i zrezygnowałabym.
Nie pamiętam, w której książce to przeczytałam. W posłowiu autor pisał, ze właśnie siedzi nad ukończoną książką a w kuchni jak co wieczór, jego żona zmywa naczynia. Zmywa je tak od trzydziestu lat. Każdego wieczora. Przez ten czas, gdyby zebrać te wszystkie gary i talerze to utworzyłyby wielką górę może wysokości Mount Blanc, może wyższą. I gdyby jego żona w dniu ślubu tę górę do umycia zobaczyła przed sobą to pewnie by za niego nie wyszła.
Dobrze jest czasem za bardzo nie wybiegać w przyszłość, nie piętrzyć tych naczyń w swej wyobraźni!
Na szczęście nie zrobiliśmy tego. Na szczęście zakasaliśmy rękawy i każdego dnia żyliśmy jakby był pierwszym i ostatnim naszym dniem. Dzięki temu czuliśmy i nadal czujemy smak bycia Tu i Teraz.

Nie ja jedna mam takie przekonanie. Oto kolejny cytat:

"Jak sprawić, aby coś w życiu wyszło?
oto, na czym polega sekret: przede wszystkim na głębokim pragnieniu aby tak się stało;
następnie potrzeba wiary i przekonania, że tak może być; potem trzeba zachować w swojej świadomości tę jasną, określoną wizję i obserwować, jak realizuje się ona krok po kroku, bez cienia wątpliwości i braku wiary."
Eileen Caddy


Przy remoncie bojkowskiej chaty Maciek pracuje bez pośpiechu, z radością.
Dziś pokażę jak zmienia się boisko czyli część chaty która była łącznikiem między częścią "ludzką" a "zwierzęcą" domu. Tutaj wjeżdżano wozem i ładowano na górę siano.
My zrobiliśmy tutaj klatkę schodową oraz kącik wypoczynkowy z kominkiem i wyjściem na zewnątrz przez duże oszklone drzwi. Dwie ściany wewnętrzne, postanowiliśmy zrobić tak, aby podkreślić wcześniejszą odrębność. Będą zatem wyglądać jak "elewacja" starego domu. Z "japkami" i - nawet - z okienkiem.

Na dole boiska stanął kominek:



Jest jeszcze niewykończony. Przy kominku będzie można posiedzieć.



Widok na kominek ze schodów:


Wysoka czapa kominka przechodzi na pięterko. Będzie na niej półka.



Sufit będzie widać z dołu.



Oto schody. W rzeczywistości wyglądają bardzo pięknie. Maciek zrobił je ze starych, bardzo grubych desek.





Buba na schodach. Piesek też buduje.



Pod schodami.



Wejście na pięterko. Do jednego z pokojów wejście będzie prowadziło przez kładkę.



Oto wejście do tego pokoju i poręcz zrobiona przez Maćka. Widać również fragment "elewacji".





Jeszcze raz poręcz:



Fragment "elewacji", która jest ścianą jednego z pokojów. Okienko dostanie jeszcze szybkę, szprosy, firankę a od strony pokoju będą okienniczki.





Panienek z okienka. Filuterny.


I zamyślony.


Ściana do pokoju po drugiej stronie drzwi.



Widok od strony pokoju. Wejście do niego będzie po schodkach. Kładka nie jest jeszcze gotowa zatem piesek nie ryzykuje, czeka aż wrócimy. Jednak kontakt wzrokowy trzeba mieć!





Nieco detali:















Pokażę jeszcze kilka przedmiotów, które znajdą swoje miejsce w chacie. Stary świecznik:



Czajnik:





I wielkiej piękności lampa z dorożki:







Pierwsze zdjęcie na górze przedstawia kozę Mańkę brzemienną.


*

poniedziałek, 23 listopada 2009

Zmierzch. Fotograficznie

*

Dostałam zgodę na pokazanie zdjęć ze świątecznej sesji do Mojego Mieszkania. Pokazuję zatem jedno z nich na banerku. Autorem zdjęcia jest Kalbar, stylizacja (oraz tekst w MM) jest dziełem Bereniki Ziemkiewicz.
Wykonanie jednego ujęcia zabiera około dwóch godzin: przygotowanie planu, oświetlenie, kadrowanie. W przypadku tego zdjęcia, chcieliśmy aby pojawiła się Buba. Był to wielki sprawdzian posłuszeństwa pieska. Powiedziałam żeby usiadła - to usiadła, ale za nic na świecie nie chciała odwrócić się w stronę aparatu: cały czas patrzyła mi prosto w oczy. A czas leci, a to coś blikuje i zmienić trzeba ustawienie jakiejś blendy, a to ktoś wejdzie w kadr, a to coś jeszcze trzeba przesunąć. Mijają minuty a Buba patrzy mi prosto w oczy. I ja tam widzę pytanie: długo jeszcze???
Efekty zbiorowej pracy będzie można zobaczyć już za kilka dni - czasopismo ma się ukazać 27 listopada.



Od kilku miesięcy mam aparat. Nie spodziewałam się wcześniej, że robienie zdjęć będzie sprawiać mi taką frajdę. Dzisiaj chcę pokazać jak wygląda okolica domu o zmierzchu. To piękna, ulotna pora dnia.
Koniec listopada w mieście to czas szary i brzydki. W Bieszczadach nawet teraz jest ładnie. W poprzednim poście pisałam o urzekającej kolorystyce. Wczoraj na spacerze zrobiłam trochę zdjęć, które - mam nadzieję - udowodnią, że mam się czym zachwycać.


























Fotografując ciągle się wściekam bo mając coś przed oczami , chciałabym uchwycić to na zdjęciu i nie udaje mi się. Naprawdę. Bez kokieterii. Aparat byle jaki, często robię błędy. Pokażę teraz zdjęcie na którym przez przypadek udało mi się złapać to coś. Każdy pewnie wyrzuciłby je do kosza bo jest nieostre ale dla mnie ono właśnie jest najlepsze! To fotograficzny impresjonizm w najczystszej postaci. Jedynym ostrym punktem jest czarny nos szczęśliwej, pędzącej przed siebie Buby. Wokół niej rozmyte, kolorystyczne plamy. Taki obraz niosę w sobie wracając do domu.
Pomyślicie, że mi odbiło. Trudno.



Wczoraj również robiłam zdjęcia koniom huculskim sąsiada.












Hucuły to łagodne, bardzo przyjazne ludziom, małe koniki. Zdecydowanie wolałabym mieć hucuła niż kozy. Poniżej: mama i ciotka nie mają obecnie głowy do pilnowania dziecka. No to kozie dziecko pcha nam się do domu!




Zasypałam postami bloga ostatnio! Teraz będzie trochę przerwy bo robota czeka. Muszę rączkami wykonać całą masę robótek do bojkowskiej chaty. Czekają patchworki ( trzymajcie kciuki - to pierwsze w moim życiu), zasłony, obrusy, narzuty - to tylko szycie. Czekają meble i graty na oczyszczenie i doprowadzenie do użytku, czekają okienne ramy by stać się lustrami...




*

Filmowo:


Chata bojkowska

Chata bojkowska

Chata Magoda

Chata Magoda

Widoki z tarasu:

Widoki z tarasu:



Okolice domu

Okolice domu