sobota, 14 listopada 2009

Mercedes do czosnku

*



Kilka dni temu przyszła do mnie paczka z Florydy. Zawierała kartkę z bardzo miłymi słowami i... wyciskacz do czosnku! Jakiś czas temu marudziłam na blogu, że trudno o dobry wyciskacz, że się łamią i w ogóle nie wyciskają. Pani Kinga mieszkająca tysiące kilometrów od Bieszczadów - przysłała mi cudo! Maciek sprawdził. Ponieważ gołymi rękami łupie orzechy - jego test na wyciskacze zazwyczaj trwa krótko. Temu nie dał rady! Powiedział, że to Mercedes wśród wyciskaczy.
Pani Kingo! Ja nie wiem co powiedzieć a u mnie to zdarza się nieczęsto. Fakt, że tak daleko, nieznana mi osoba pomyślała o tym by sprawić mi wielką radość, jest taki optymistyczny, wzrusza, pozwala na świat popatrzeć jak na miejsce przyjazne. Dziękuję z całego serca! Napisała Pani, że czyta mojego bloga, że tęskni Pani do Bieszczadów - dzisiaj postanowiłam wydać na Pani cześć obiad z wyciskaczem w roli głównej. Szkoda, że jesteśmy tak daleko, zatem tylko wirtualnie - proszę się częstować!



Podam dziś przepis na kotleciki z piersi kurczaka. Z czosnkiem.
pierś kurczaka (zamiast kurczaka może być ryba)
cukinia
marchew
pieczarki
cebula
majonez
jajko
mąka
czosnek
zioła wg uznania
vegeta

Filety kroimy w drobną kostkę, posypujemy vegetą i odstawiamy do zimnego na 2 godziny. Trzemy na tarce marchew i cukinię. Pokrojone w drobną kostkę pieczarki i cebulę przesmażamy. Wszystkie składniki mieszamy. Musi być bardzo gęste. U mnie wygląda tak:



Następnie smażymy jak placki ziemniaczane, nakładamy łyżką na rozgrzany olej i smażymy z dwóch stron.




Ja podałam dzisiaj z pure ziemniaczano - marchewkowo - ziołowym i z kiszonymi ogórkami.
Polecam również wersję rybną.
Wyciskacz sprawuje się wspaniale!




Popsuł mi się aparat. Niedawno porobiłam sporo fajnych ujęć bieszczadzkiej jesieni i coś się zacięło, zazgrzytało, odmówiło współpracy. Jak się naprawiło to jesiennych zdjęć nie było! Proszę jak ja rymuję.
Pokażę zatem tylko kilka zrobionych wcześniej zdjęć.

Widok z tarasu we mgłach rano:



Mgły wczorajsze.



A dzisiaj po dniach deszczowych wyszło słońce!



Dom w promieniach słońca:









Bloga piszę od dziesięciu miesięcy, licznik odwiedzin dawno przekroczył sto tysięcy. Nie mieści mi się to w głowie. Czosnkowy prezent, który przejechał tak długą drogę dał mi do myślenia. Kim są osoby zaglądające tutaj? Może ktoś, kto wpadał tu milcząco zechce się dzisiaj ze mną przywitać? Zapraszam!
Pani Kingo proszę o kontakt mailowy. Będzie mi miło napisać do Pani.

*

niedziela, 8 listopada 2009

Szmaty do chaty

*




Remont bojkowskiej chaty idzie szybko do przodu. Za miesiąc, może dwa będę mogła rozpocząć urządzanie kolejnych pomieszczeń. Nie ukrywam, że jest to właśnie to co lubię w życiu najbardziej! Często przez gości chaty Magoda pytana byłam, czy zatrudnialiśmy kogoś do aranżacji wnętrz. Pomysł to dla mnie egzotyczny bo odebrałabym sobie największą frajdę. Bojkowską zamierzam aranżować również osobiście.
Wyposażenie i detale będą wyłącznie wiejskie, proste. Klimat, przytulność tworzyć będą prawie wyłącznie tkaniny.
Nasze wakacje oprócz koniecznego wypoczynku, były jednocześnie wyprawą w celu zdobycia niezbędnych a niemożliwych do upolowania w Bieszczadach i przez internet, wnętrzarskich detali. Latami śniło mi się po nocach, że wchodzę do mojego ukochanego sklepu ze lnem i wybieram... Niestety sklep znajduje się w Szczecinie, zatem wizyta w nim nie była taka prosta. Pierwsze kroki po przyjeździe do Szczecina skierowałam właśnie tam. Nakupiłam tyle, że obsługa sklepu zaczęła mnie wypytywać - kim jestem? Dostałam nawet rabat!
Teraz znów pozostały mi tylko senne marzenia. Do następnego razu.
Chcę pokazać maleńką część zakupów. Bardzo dużo tego było. Z każdą kolejną, targaną przeze mnie wypchaną torbą Maciek reagował coraz bardziej nerwowo: znowu jakieś szmaty??? Gdzie my to pomieścimy w aucie??!!
Uparłam się i pomieściliśmy, tylko od czasu do czasu jakiś tobół spadał biednej Bubie na głowę. Zwłaszcza przy hamowaniu. Przepraszałam Bubę, ona przepraszała nas (tak ma), Maciek zaciskał mocniej szczęki i milczał. Dowiozłam do domu tak z dziesięć procent tego co chciałam... dobre i to.
Wczoraj i dzisiaj pogoda nie sprzyja wycieczkom. Skupiłam się zatem na domowych zajęciach. Powyciągałam część (część tylko!) zdobyczy i obfotografowałam.











Bury jak kiedyś Niuniuś, towarzyszy mi przy wszystkich czynnościach domowych.















Dostałam od rodziców takie cudo:



Właściwie to są trzy części - każda z innej parafii. Stwierdziłam jednak, że wspaniale wyglądają jako jedna całość.











Jeden z pokojów w bojkowskiej chacie będzie "Ptasi". Mam już trochę dekoracji do niego, szmacianych, drewnianych i glinianych ptaszków. Do kolekcji doszły następne:







Z tych uroczych sówek zrobię wieszak na papier toaletowy w "ptasim" pokoju.



Kupiłam sześć przepięknych szydełkowych kap na łóżka. Za grosze!
Kiedy wszyscy stali w kolejce po cierpliwość - ja się zagapiłam. Nie dysponuję więc tą cechą. Musiałam zobaczyć jak wyglądają na łóżkach i wyszło mi, że wspaniale. Z dwóch największych zrobię jeszcze firanki. Z jednej kombinuję... niewielki baldachim?
















W tym samym ukochanym sklepie wypatrzyłam takie piękne zasłonki. Zawisną w kuchennym oknie. Próba generalna wykazała, że biały haft przepięknie prezentuje się na tle okna.












Kończę i gonię przeglądać następne zdobycze!




*

czwartek, 5 listopada 2009

Okna

*



Za chwilę przyjeżdżają goście, dom trzeba było przygotować. Zatem wyzdrowiałam.
Jeśli chodzi o choroby to mam własną teorię.
Kiedyś chorowita byłam bardzo, tak bardziej nawet na okrągło. Przyszedł jednak dzień, że mnie to zmęczyło. Postanowiłam zatem, że JESTEM ZDROWA i od tamtego czasu, a minęło już lat kilkanaście - zdrowa jestem!
Upewnia mnie to w przekonaniu, że wszelkie choroby biorą się z głowy.
Nie pozwalam sobie na chorowanie i mam spokój.
Przed przyjazdem w Bieszczady zerwałam sobie ścięgna w ramieniu - tak powiedział lekarz. Powiedział też, że sprawa jest poważna i bez specjalnej rehabilitacji i leczenia nie mam szans na "ruchomość" ręki. Faktycznie ruszać nią nie mogłam wcale. A ja za tydzień w te Bieszczady. No to pojechałam i z jedną czynną rączką od razu wzięłam się do roboty. Nie miałam głowy do rozczulania się nad sobą. Po kilku miesiącach zapomniałam, która to była ręka ponieważ nie czułam bólu w żadnej i obie były "ruchome"!
Nieco wcześniej zrobiłam sobie coś w nogę i włożono mi ją w gips: od stopy do połowy uda. Jakoś dotarłam do domu a wieczorem zadzwoniła przyjaciółka (Tereniu pozdrawiam Cię!) i powiedziała, że następnego dnia zaczyna się kurs tańca flamenco i my musimy się go nauczyć. Zajęcia będą przez dwa tygodnie, codziennie.
Teresa - mówię - ja mam nogę w gipsie!
- No to co? A ja mam złamany obojczyk i nie pękam - mówi ona.
No to ściągnęłam gips i poszłyśmy na ten kurs. Doszła jeszcze do nas Lucyna ale ona była dla odmiany zdrowa i normalna.
Jak powszechnie wiadomo, we flamenco głównie się tupie energicznie i równie energicznie macha rączkami. No to tupałyśmy i machałyśmy! "Tańczyłyśmy " przed ogromnymi lustrami, do dziś mam to w oczach!
Reszta kursantek wyła ze śmiechu.
Kurs zaliczyłyśmy. Olle!
I jak dwa lata temu gościliśmy pewnego Szkota i Lucynę właśnie, to takie flamenco w trójkę wycięliśmy, że Bieszczady długo lepszego nie zobaczą.
Powoli staję się specjalistką od cytatów, to sobie zacytuję:
"Zawsze zdarza się to, w co naprawdę wierzysz; to wiara sprawia, że coś się wydarza. "
Frank Lloyd Wright

Ale ja nie o zdrowiu przecież chciałam!
W bojkowskiej chacie mamy już okna!



Poniżej widok od środka. W tym pokoju będzie pod oknem wielka ławka.





Poniżej - drugi pokój. Mój ulubiony. Ma sześćdziesiąt metrów kwadratowych! Z okna jest widok na góry.



Schody "się robią".




Na koniec chciałam napisać o straszliwym położeniu kotów zamieszkujących stocznie w Szczecinie i Gdyni. Ponieważ kilka godzin wcześniej napisała o tym Ori - proszę zajrzyjcie tutaj . Jeśli każdy zrobi cokolwiek, razem zrobimy dużo!

*

Filmowo:


Chata bojkowska

Chata bojkowska

Chata Magoda

Chata Magoda

Widoki z tarasu:

Widoki z tarasu:



Okolice domu

Okolice domu