sobota, 16 kwietnia 2011

Świątecznie

Zawsze marzyłam o domu. Takim prawdziwym, z ogrodem, tarasem, salonem i jadalnią. Przez ponad połowę swego życia mieszkałam w blokowych klitkach i każdą wolną chwilę spędzałam na spacerach po szczecińskich dzielnicach Pogodno i Głębokie, z zachwytem gapiąc się na piękne poniemieckie wille, otoczone dużymi, pełnymi zieleni i starych drzew ogrodami. Jak głodny pies śliniłam się przed najpiękniejszymi z nich, wyobrażając sobie jak szczęśliwi muszą być ludzie, którym dane jest życie w tych domach. Łaziłam i gapiłam się tak lata całe, znałam wszystkie te domy, w myślach chodziłam po nich, urządzałam, siedziałam przed nimi w wiklinowych fotelach i popijałam herbatę przy zachodzącym słońcu. Mijały lata, na spacery te chodziłam już z synem i ... chodziłabym tak dalej, pewnie i z wnukami, gdybym wreszcie do marzeń nie dorzuciła działania.
Mieszkając w domu piękniejszym niż te z dawnych marzeń, mam za sobą długie lata pracy, ciężkiej nie da się ukryć. Lecz praca, która daje efekty jest radością.

Od sześciu lat nie miałam świąt. Był to czas jeszcze bardziej intensywnej pracy niż na co dzień. Przygotowywałam długimi godzinami kolejne, świąteczne potrawy i tylko z kuchni mogłam popatrzeć na świętujących, wypoczywających ludzi. Nadchodzące święta postanowiliśmy spędzić sami. Pocieszyć się chwilę domem, prywatnością, wyspać się do woli. Będziemy ze sobą, będzie czas by pogadać, pośmiać się, pomilczeć, posłuchać jak trawa rośnie, omówić bez pośpiechu szykującą się w naszym życiu zmianę, podzwonić po najbliższych i powiedzieć im o tym... Ponieważ rodzina, przyjaciele, serdeczni znajomi, nasi ukochani goście to grubo ponad setka ludzi, zanosi się na to, że ucho mi uschnie. Po tylu latach intensywnej pracy bez wytchnienia, potrzebujemy - by złapać równowagę, tych kilku dni przerwy.

Zanim się zaszyję w ciepełku domowym, pragnę wszystkim zaglądającym tutaj życzyć radości z pracy, wymarzonych jej efektów i miłości!












poniedziałek, 11 kwietnia 2011

Potęga miłości

Widzicie tę chudzinkę na zdjęciu powyżej?
Oto bezimienny biedulek, który od kilku dni rozkrwawia moje serce.
To najwierniejszy z wielbicieli naszej Bezy. Waga niepełny kilogram.
 Od kilku dni przez Bieszczady przetaczają się bezlitosne żywioły. Porywiste wiatry, gradobicia, temperatura spadła poniżej zera a ta psia drobinka, czwartą dobę koczuje pod kuchennymi drzwiami, dygocząc z zimna (trzęsie nim bez przerwy od pyszczka po ogonek), i zagląda tęsknie do środka w nadziei ujrzenia swej bogdanki. W kuchni spędzam dużo czasu - i patrzę na tę dygoczącą psią biedę, na ogrom poświęcenia i miłości w tak nikczemnej postaci. Z trudem sobie radzę z tym. Położyłam mu nawet kocyk by nie leżał na kamieniach bo ziąb straszliwy, płakać mi się nad nim chce! Wczoraj pojechałam z pieskami do sklepu i mało mnie ten lilipuci Romeo nie wpędził w zawał bo biegł obok samochodu, chudymi łapkami przebierając z wysiłkiem by nadążyć, cały czas wpatrując się w szybę, za którą widział Bezowy pyszczek. Drżałam by nie wpadł pod jakiś samochód. Pod sklepem rozpytywałam ludzi czyj on, ktoś obiecał, ze psinkę do domu odprowadzi, cóż z tego - kilka minut po powrocie do domu zobaczyłam, zakochanego biedulka z powrotem pod drzwiami. Trząsł się jeszcze bardziej!
Ogromu tragedii dopełnia fakt, że jego miłość jest nieodwzajemniona. Beza ma go w nosie.
Serce mi się ściska, nerwowa się staję, bo za kuchenną szybą, upapraną małym noskiem widzę pełne miłości i nadziei, psie oczy. Kiedykolwiek spojrzę w tę stronę on tam jest!
Krótkie chwile szczęścia to spacery naszych panienek. Roztelepany z emocji, biega jakby był uwiązany na gumce - za obiektem swych potężnych, wulkanicznych uczuć.
Ta psia odrobina potęgą swego umartwienia w imię niespełnionej miłości, budzi we mnie szacunek. Jednak jeśli nie przejdzie mu szybko to się wykończę!








 Beza łamaczka psich serc:


Na osłodę dramatyzmu tego posta - gang Gamoni:


Pozdrawiam serdecznie!

wtorek, 5 kwietnia 2011

:)))))

Dziś się będę chwalić. Uprzedzam z góry, bo jak ktoś tego nie lubi to ma szansę - przerwie czytanie.
Na początek - Maciek!
Kiedyś pisałam, jak wymyślaliśmy bieszczadzkie życie - zapytałam wtedy Maćka: a dom wybudujesz? Odpowiedział: wybuduję!  Przyjęłam do wiadomości i przestałam się tym kłopotać - przecież obiecał... Dla Maćka kłopoty zaczęły się dopiero w tym momencie no bo domu nigdy nie stawiał, zwłaszcza drewnianego. W ogóle o drewnie wiedział tyle co nic.Obłożył się literaturą, szperał w internecie, czytał czasopismo Murator. Z tego właśnie Muratora nauczył się najwięcej, dom postawił, potem wyremontował własnymi rączkami bojkowską chatę. Samo to jest powodem do wielkiej dumy! Ale to nie wszystko. Miesiąc temu odwiedziła nas ekipa z Muratora właśnie, by zrobić artykuł o naszych chatach!!!! Role się odmieniły - to Maciek robił za fachowca, który dzieli się swoją wiedzą.
Dotychczas we  wszelkich fotograficznych sesjach do czasopism wykonywanych u nas, głównym tematem była aranżacja domowej przestrzeni, dizajny i pizdrygałki czyli to co z upodobaniem wykonuję ja. Tym razem to Maciek był głównym bohaterem i jak uwielbiam się wtrącać do wszystkiego, za twarz się chwytałam by nie gadać, z boku się trzymałam. Pękałam z dumy! A Maciek opowiadał o swojej pracy, dzielił się swymi pomysłami, z roli ucznia przeskoczył na Mistrza!
Efekt tego spotkania znajdzie się w najnowszym wydaniu Muratora za dwa tygodnie będzie w kioskach!
Maciek to zdolny, pracowity facet. Jak dodam, że skromny jest, zawsze uśmiechnięty, obdarzony nieludzką cierpliwością, spokojem i poczuciem humoru to wyjdzie, że chwalić mam się czym! I wytrzymuje ze mną bez skargi już dziesięć lat...

Pozostając w temacie medialnym - jakiś czas temu dostałam propozycję współpracy z kolejnym ulubionym pismem: Werandą Country. Nieco mnie to zaskoczyło bo nigdy nie myślałam o takiej pracy, ale po namyśle przystałam na to. Na początek przygotuję stylizacje i napiszę teksty o dwóch pięknych, wiejskich domach, które do sesji zaproponowałam. Propozycje zostały przyjęte, zatem - zaczynam! Kciuki się przydadzą bym nie dała plamy...

U Kakachny wygrałam piękny, przepiękny wielkanocny wianek! No to się chwalę. Tak bardzo wianek mi się podoba, że urządziłam mu sesję przy okazji ucząc się fotografować przy różnych ustawieniach w moim aparacie. Efekt poniżej. Pani Małgosiu - nauczycielko kochana - narobiłam dużo błędów? Wdzięczna będę za uwagi.
Kasiu - dziękuję!















Chwalę się również naszą piwniczką, bo wejście i drzwi już skończone, czekamy tylko aż wyrośnie posiana przed nią trawka.

Intensywnie pracujemy nad otoczeniem bojkowskiej. Sprzątamy, Maciek za chatą robi dziki murek, ja zamówiłam roślinki i sadzę. Do tej pory wokół chaty rosły pokrzywy. Jak to wszystko się przyjmie i rozrośnie - powinno być ładnie. Więc się chwalę, że okiełznuję zieleń i kwiecie wokół domów. Dotychczas wszystko sadziłam bez pojęcia, na szybko i rezultaty były opłakane. W tym roku przemyślałam temat i przykładam się porządnie. Myślę, że będzie lepiej. Nie pokazuję bo za wcześnie, jeszcze jestem w trakcie. Nasza ziemia to pastwisko VI klasy, sama glina, z której można lepić garnki. Aby coś wyrosło trzeba wykopać wielką dziurę w tej glinie, nasypać trocin, nawozu, prawdziwej ziemi - wczoraj Maciek przywiózł mi prawie dwie tony krowiego i końskiego za przeproszeniem łajna. Dziewczynki obecnością gównianej góry jaka niespodziewanie na podwórku wyrosła są zachwycone, pięknie pachną, cudnie pachnie przyczepka, Maciek roztacza upojne wonie, ja - takoż. Jak powtykam tę aromatyczną górę pod roślinki, to odpadną mi rączki jak nic! Ale może coś wyrośnie?


Chwalę się również naszymi kózkami bo cudne są i zabawne. Obserwacja jak te kochane głupaki brykają radośnie to czysta przyjemność. Oczywiście gang Gamoni jest naszym ulubionym.







Dość tego! Ile można się chwalić. Pozdrawiam serdecznie!

Filmowo:


Chata bojkowska

Chata bojkowska

Chata Magoda

Chata Magoda

Widoki z tarasu:

Widoki z tarasu:



Okolice domu

Okolice domu