środa, 3 lutego 2010

Fragmenty mozaiki

*




W postrzeganiu świata zasadniczo są dwie szkoły: od szczegółu do ogółu, i - odwrotnie.
Kiedy myślę o moim życiu w Bieszczadach to zazwyczaj widzę małe, drobne zdarzenia, które jak kamyczki układają się w jedną mozaikową całość.
Dzisiaj przedstawię kilka takich kamyczków, zaznaczając z naciskiem, iż nie tworzą one kompletnego obrazu. To kamyczki tematyczne - jak kolory w mozaice.
A temat brzmi:
Nie wiedziałam, że w Bieszczadach:
Zmienią mi płeć i tożsamość!
Mój tato, kiedy dowiedział się, że mama jest przy nadziei, wybiegł z domu i po godzinie wrócił z autkiem zabawką. Śpieszył się bardzo, by zdążyć przed narodzeniem syna - córki jakoś pod uwagę nie wziął. No i wycięłam tacie numer! Nie byłam chłopcem. Chociaż jednak nie do końca.
O naszych dziarskich policjantach z Lutowisk mogłabym długo i z lubością opowiadać. Przytoczę jednak jedną historię i będę się bić po łapach by nie kontynuować. To temat rzeka!
Oto skan mandatu jaki zapłaciłam za przekroczenie prędkości:



Objaśniam, że nie nazywam się tak jak powyżej - podobnie, ale jednak nie tak, a co znaczy "s. Jan"? To, że jestem synem Jana! I tu Tatuś by się ucieszył!!!!
Jestem ostrożnym kierowcą, Maciek nawet twierdzi, że wlokę się jak żółw, mam teraz argument: że to nieprawda bo dostałam mandat za szaleńczą jazdę! Dla uzupełnienia dodam, że jechałam wtedy 70 km/h.

Nie wiedziałam,że w Bieszczadach noc jest taka cicha.
O ciszy już niedawno pisałam, jest niesamowita!
Zdarzają się jednak wyjątki - te się pamięta przez kontrast.
Mieszkaliśmy wtedy w bojkowskiej chacie. Odwiedził nas znajomy, a że zrobiło się późno, miał przenocować. Piętnaście minut po położeniu się spać wiedzieliśmy już, że tej nocy nie zmrużymy oka. Jeszcze nie słyszałam żeby ktoś TAK chrapał! Burza z piorunami, lawina kamieni, start odrzutowca i jedna moja przyjaciółka - razem, nie uczyniłyby tylu decybeli!
Spać się nie dało, włączyliśmy światło a przed nami widok następujący: śpiący znajomy a przy jego głowie siedzący mały Bury (był wtedy dzieckiem), w oniemiałym zachwycie chłonie to potężne "mruczenie". Kiedy znajomy wciągał powietrze z charkotem i świstem, Bury jak wciągany przez wielki odkurzacz zbliżał się do niego, by za chwilę być odepchniętym przez wulkaniczną energię grzmiącego wybuchu! Oczy miał większe od pyszczka i w uniesieniu podszytym nabożnym lękiem przesiedział tak, chrapaniem miotany, wiele godzin do rana!
Innym razem na strychu bojkowskiej odbywała się wielogodzinna schadzka okolicznych kotów. Takie kocie seks party. Każdy chyba słyszał jakie dźwięki one przy tym wydają. Wyglądało to jakby tuzin oszalałych furii robiło krwawą jatkę nad naszymi głowami. Nie spaliśmy i tym razem.

Nie wiedziałam, że w Bieszczadach prawie każdy może być celebrytą.
Ludzi tu mało. Powstało kilka książek o mieszkańcach tej pięknej krainy. Na przykład "Majster Bieda czyli zakapiorskie Bieszczady" Andrzeja Potockiego, gdzie między tekstami o znajomych i nieznajomych, znalazłam wzmiankę o naszej Kozie Marii. W innej "Bieszczadzkie twarze" Jana Jano Dareckiego znaleźliśmy się nawet my. Książka Potockiego napisana z nerwem i potoczyście jest bardzo popularna wśród tych, którzy Bieszczady odwiedzają. Jeden z jej bohaterów bardzo często przesiaduje pod sklepem w Lutowiskach. Za każdym razem gdy go mijam woła w moją stronę śpiewnie "Królooowooo eegiipskaaa! Daj na piwo!" Kiedy przedstawiał mi się kiedyś, usłyszałam "Jestem ( tu padło nazwisko), legenda Bieszczadów!"
Kiedyś kręcił się wokół naszego domu. Któryś z gości go rozpoznał, łapiąc aparaty wylegli wszyscy by zrobić mu zdjęcie. Podbił stawkę i zażądał wina!

Nie wiedziałam, że w Bieszczadach nie każdy bysnes się opłaca. Niedawno opowiedziano mi historię jedynego w okolicy taksówkarza. Założył firmę, dostosował auto, zdał konieczne egzaminy. Przez tydzień stał czekając na klientów pod sklepem w Lutowiskach. Nic! Aż kolejnego dnia zobaczył, że ktoś się zbliża, tak! idzie wyraźnie w jego stronę! Ten ktoś podszedł, otworzył drzwiczki i powiedział: pożycz stówę!

Nie wiedziałam, że w Bieszczadach mieszkać będę na Tajwanie!
Tak się nazywa ta część wsi. Jest jeszcze Meksyk i Chiny. Jak w starostwie w Ustrzykach Dolnych załatwiałam pozwolenie na budowę, to dopiero jak powiedziałam, że o Tajwan chodzi, rozmowa ruszyła z miejsca.
Podobno tak wieś podzielił ksiądz, nazewnictwo też jest jego autorstwa.

Wiele jeszcze tych kamyczków...

Zima złośliwie zasypuje śniegiem przed chwilą odśnieżoną ścieżkę, zamraża szyby w samochodzie, psuje prąd i dostęp do internetu.
Mamy jak w tym dowcipie:
Zmarznięty w czasie śnieżycy turysta puka do bacówki - otwiera baca.
- Macie baco coś do jedzenia?
- Ni!
- To może chociaż wrzątek macie?
- Mom... ino zimny.









Buba przemieszcza się wyskakując wysoko w górę i opadając w zaspę.





Tak wygląda Maćkowa plantacja świerków:





*

poniedziałek, 1 lutego 2010

Rzecz o przyjaźni

*




Kto powiedział, że tylko ludzie mogą mieć przyjaciół?
Buba grzeczną dziewczynką będąc, trzyma się domu. Nie biega po kominkach. Posiada jednak grupkę wypróbowanych przyjaciół, którzy odwiedzają ją każdego dnia.
Pierwszy to piesek sąsiadów zwany przez nas Synusiem, ponieważ młody jest.
Tak rankiem Buba czeka na Synusia:



Jest!!!!!!!






Synuś jest młody, głupiutki i wszystko robi tak samo jak jego starsza koleżanka. Wczoraj ze śmiechem obserwowałam jak wspólnie konsumowali śnieg: buba nos w zaspę, synuś to samo...



Kolejne więzy przyjaźni łączą Bubę z Dorą:



Dora też bywa w gościach codziennie.



Jest jeszcze jeden kolega na przychodne ale jest całkiem biały, zatem na zdjęciach zimowych go nie widać.

Jak nie ma w pobliżu nikogo z przyjaciół piesek zaprzyjaźnia się z drewienkiem:





W domu zaś można sobie wyobrażać, że Bury to też przyjaciel...





Życie psa to nie tylko radosne harce z przyjaciółmi. Są też obowiązki! Tutaj Buba odśnieża:






Pragnę podziękować wszystkim, którzy dopingowali mi w konkursie Blog Roku.
Jurorka Odeta Moro Figurska do nagrody nominowała dziś trzy blogi. Tematem wszystkich trzech jest walka z chorobą. Miałam zatem rację sądząc, że pisząc o sprawach prostych, nieważnych i zwyczajnych, szans nie mam. Gratuluję wszystkim nominowanym i życzę wygranych!
Wśród nominowanych z innych kategorii znalazłam mój ulubiony blog o Toskanii. Cieszę się ogromnie! Gratuluję autorce!
Nadal trwa głosowanie - do 9 lutego na Bloga Blogerów.
Pozdrawiam serdecznie!

*

poniedziałek, 25 stycznia 2010

Losowanie, wielbłąd i inni

*




Ogłaszam wyniki losowania upominków z okazji rocznicy bloga!

Chętnych było tylu (tym razem byli również panowie), że dołożyłam jeszcze jednego ptaszka i z braku drugiego przewodnika - mapę z przyrodniczymi atrakcjami Karpat Północnych.

Sierotka tradycyjnie odpracował Maciek.

Przewodnik i krzywy ptaszek wędrują do Elle!

Samotny ptaszek wędruje do Joanny z Trójmiejskich Lasów.

Mapę otrzymuje Julia (bojulia)

Gratuluję i proszę o kontakt.

Posta planowałam wpisać dziś nieco wcześniej, jednak fizjologia naszego Burego zmieniła plany.
Musieliśmy rano pojechać do Sanoka. Burego ze względu na siarczyste mrozy zostawiliśmy w domu. Po powrocie stwierdziliśmy brak prądu. Śledztwo wykazało, że kot Bury zasikał nam skrzynkę elektryczną! Rozebranie jej, wysuszenie i ponowne złożenie zabrało nieco czasu.
Ma kotek fantazję!
Siłą rzeczy bez prądu nie mogłam siąść do komputera.
Wszystko się jednak udało tylko zapach mamy upajający.

Z powodu mrozu ( tej nocy było - 30 C ), Maciek dogrzewa kozy farelką. Kilka razy dziennie sprawdza w koziarni temperaturę. Za niecałe dwa miesiące powinny urodzić się kózki. Zapowiedziałam, że będę je sama wychowywać ponieważ wierzę, że każdego można przystosować do harmonijnego współżycia byle w porę się za to zabrać.
Mam jednak kolejną wiadomość na temat. Od przyjazdu w Bieszczady Maciek marzył o wielbłądzie.
Tak. Wiem. Duże zwierzę.
Odniosłam mały sukces, wytłumaczyłam, że wielbłąd nie zmieści się do koziarni. Mój spokój trwał tylko kilka dni. Wczoraj dowiedziałam się, że lamy są mniejsze i na pewno się zmieszczą!
Nie powiem, zmęczył mnie. Się zgodziłam.
Jeśli ktoś wie jak chałpniczo można gremplować wełnę z lamy - będę wdzięczna za informację. Postanowiłam z tego też mieć jakąś przyjemność. Już widzę te dywaniki z lamiej wełny!!!

Powklejam trochę ostatnio zrobionych zdjęć.







Śniegowe poduchy na ogrodowych mebelkach.


Zima to nie tylko czerń i biel:







Z powodu mrozu chętniej fotografuję w domu.


Kolejny ptaszek do bojkowskiej chaty:




Ostatnio dostaliśmy taki prezent:





Dziękujemy!


Bury na ukochanych schodach:


Buba przed kominkiem









Do 9 lutego trwa głosowanie na Bloga Roku. Wszystkim, którzy zagłosowali na mnie pięknie dziękuję!
Jeśli ktoś jeszcze chciałby to zrobić podaję namiary, numer sms: 7144 treść: A00207.
Pozdrawiam serdecznie!


*

czwartek, 21 stycznia 2010

Romantyzm i koronki

*




Oczom nie wierzę!!!
Mój blog przeszedł do kolejnego etapu konkursu Blog Roku!
Dziękuję Wam za głosy, poparcie, ciepłe słowa. Mam wrażenie, że to nie dzieje się naprawdę!
Chata Magoda znalazła się w setce blogów, a było ich prawie sześć tysięcy!
I teraz to jest tak: ponownie można głosować na mój blog. Tak samo jak poprzednio. Głosy internautów zadecydują, który blog zdobędzie nagrodę Blog Blogerów.
Jednocześnie, blogi z każdej kategorii czytane są teraz przez jurorów. I oni właśnie zadecydują o dalszych ewentualnych nagrodach.
Trzymajcie kciuki proszę.

Gdyby mego bloga przepuścić przez komputerowy program to wyliczyłby pewnie, że najczęścej używanym tu słowem jest słowo DZIĘKUJĘ.
Dziękuję za wspaniałe, życzenia jakie dostałam od wszystkich. W komentarzach, mailach i pocztą polską.
Patrzę w monitor i wyobrażam sobie te wszystkie serdeczne twarze po drugiej stronie. Dziękuję z całego serca!


O romantyzmie pisać miałam. No to jazda.
Na szczęście dla mnie romantyczna nie jestem. Nie potrzebuję świec i kwiatów ciętych by poczuć się dobrze. Zresztą gdyby Maciek przyszedł do mnie z kwiatami to kurcgalopkiem udałabym się w poszukiwaniu komórki by dzwonić po odpowiednie służby medyczne. Mnie wystarczy, że każdego dnia, rączkami, buduje dom, który sobie wymyśliłam.
Tyle we mnie romantyzmu ile w księżniczce ze znanego dowcipu. Przytoczę:
Księżniczka przechadza się z zakochanym w niej księciem, po parku. Po stawie pływa para łabędzi. Popatrz moja miła, jakaż piękna para! woła książę. Nie chciałabyś tak samo?
Księżniczka ze zgrozą w głosie: całe życie dupę w zimnej wodzie moczyć???!!!

Słyszę każdego dnia jakie romantyczne życie wiodę. Przysięgam, że nie leżę godzinami na tarasie omiatając zamglonym wzrokiem po landszafcie. Nie snuję się w powłóczystym peniuarze i w klapkach z łabędzim puchem. Nie posiadam wymalowanych szponów z przyklejonymi cyrkoniami, nie trzymam w nich (szponach) tomiku poezji.

Romantyzm bieszczadzkiego życia to mit, który na dłuższą metę doskwiera. Niektórym robi krzywdę.

Bieszczady są wyjątkowe, jedyne. Piękne, do zaparcia tchu. Do pokory. Zapadają w serce, wchodzą w krwioobieg.

Jednak życie tutaj - chyba nie dla każdego jest. Można przyjechać na wakacje, pochodzić, ponapawać się. Ale widziałam już wielu takich, którzy tego bieszczadzkiego życia nie wytrzymali.
Nie wystarczą romantyczne uniesienia. Nie ma z nich chleba ani ciepła w domu. Wiele złamanych ludzkich losów wzięło się z tego. Na co dzień widuję, zgorzkniałych, nieprzystosowanych, nadużywających trunków - byłych romantyków. Romantycznie tu zwanych Zakapiorami co jest po prostu bieszczadzką nazwą menela*.

Bieszczady nie są gościnne. Szczęście trzeba dla siebie wydzierać. Walczyć każdego dnia z gliną, pogodą, wiatrem, brakiem podstawowych rzeczy, odległością i zaściankową mentalnością. To jest cena życia tutaj. Kto się z tym nie godzi, szczęścia nie znajdzie.

Romantycznie mogą brzmieć moje wspomnienia z bojkowskiej chaty o tym jak nabyłam biegłości w lokalizowaniu miejsc, w których zamarzły rury. Jakim jestem specem od ich rozmrażania suszarką do włosów.
Albo jak sprawnie i szybko ubrać się pod kołdrą bo w pokoju rano jest minusowa temperatura.
Romantycznie zapewne jest wybudować dom własnymi rękami ale tego lata gdy Maćkowi na kolanie wyrosła gula wielkości drugiego kolana bo przeciążył się przy pracy, to nie o romantyzmie myślałam.

Romantycznie mieszkać z dala od cywilizacji ale nie wtedy gdy boli ząb. Do najbliższego dentysty, który robi to co ja potrzebuję by zrobione zostało - jest 120 km w jedną stronę.

A już szczyt duchowych uniesień przeżyłam wpadając przez dziurę w podłodze budowanego domu - do pokoju poniżej. Gdyby mnie Maciek w locie nie złapał miałabym romantyczne zejście.

Wiele osób mówi mi i pisze, że chce się w Bieszczady przenieść i żyć tutaj. Cieszę się! Fajnych ludzi nigdy dosyć.
Tylko trzeba wziąć w swych planach pod uwagę także pracę, także to wszystko o czym powyżej.

* Nie każdy zakapior jest menelem. To temat drażliwy. Na www.forum.bieszczady.info.pl od kilku lat toczy się dyskusja o tym. Ponieważ nic z niej nie rozumiem, nie będę objaśniać - zainteresowanych odsyłam do źródła.

Koronkowo się zrobiło! Szadź sprawiła, że biegałam z aparatem wokół domu. Oto zdjęcia:














*

Filmowo:


Chata bojkowska

Chata bojkowska

Chata Magoda

Chata Magoda

Widoki z tarasu:

Widoki z tarasu:



Okolice domu

Okolice domu