niedziela, 17 stycznia 2010

Czas i pamięć

*




Jest taki dzień styczniowy, kiedy staję się starsza. Wczoraj byłam jeszcze w miarę młoda, dziś mam o rok więcej. Zerwana kartka w kalendarzu skłania do wspomnień.
Nie bierzemy się znikąd (bardzo odkrywcze prawda?), swe istnienie zawdzięczamy naszym przodkom. Niestety nie znam dawnych ich losów. A żałuję, bo rodzinę mam nietuzinkową, by to oględnie nazwać,i z pewnością wiedza o nich, dostarczyłaby mi wielu rozrywkowych chwil.
O moich dziadkach (i pradziadkach) ze strony taty pisałam tutaj. Dla wygody czytających jednak wkleję fragment - wspomnienie. Tekst miał tytuł "Obietnica" stąd w trakcie - nawiązanie do niej:

"U schyłku dziewiętnastego wieku czyli bardzo dawno temu, w mazowieckiej wsi był sobie dwór. Właściwie: Dwór. Mieszkał tam dziedzic z rodziną składającą się z kilku pokoleń polskiej, ziemskiej arystokracji.
We dworze pokojówką była młoda, wiejska dziewczyna od dziecka do tego przyuczana, powiadają, że piękna. Dziedzic był wdowcem już niemłodym i obciążonym wieloma wykwintnymi chorobami, których na darmo by szukać we współczesnych podręcznikach medycznych. Jeździł często do wód, do lekarzy we Wiedniu, do Niemiec, na wyszukane i drogie kuracje. W przerwach między tymi kuracjami wywczasu zażywał we Dworze rodzinnym. Jak, kiedy zawiązała się nić uczucia pomiędzy nim a dziewczyną? Tego już dziś nikt nie wie.
Kiedy dziewczyna zaczęła tyć w bardzo charakterystyczny sposób, rozpętało się piekło! Wydalona została z pracy, a dziedzic przez rodzinę odesłany na kolejną kurację. Coś tam pisał, obiecywał, że się ożeni ale dziewczyna do czytania przyuczona nie była i zamiar dziedzica odkryto po wielu latach dopiero. Do kraju już nie wrócił. Wykwintne choroby lub wyszukane kuracje - zabiły go przedwcześnie.
W międzyczasie urodził się Zygmuś owoc grzechu dziewczyny (nikt nie potępiał dziedzica - takie czasy).
Rósł z bękarcim piętnem bo wieś wtedy nie wybaczała ani matce, ani dziecku. Dziwny był, milczący, delikatny. Inny.
Klepał biedę, ciężko pracował od dziecka. Był prześladowany przez mieszkańców wsi. Marzył o wyrwaniu się gdzieś daleko.
Kiedy miał osiemnaście lat zaciągnął się do Legionów Piłsudskiego. Tam poznano się na nim. Szybko awansował - był nawet osobistym ochroniarzem Naczelnego Wodza, wtedy to się oczywiście inaczej nazywało.
Jednak do wsi wracał nie tylko ze względu na matkę - zakochał się bez pamięci w Wiktorii - córce bogatego chłopa. Ona jedna była dla niego dobra. Kiedy skończyła osiemnaście lat - uciekli razem. Ksiądz w miasteczku powiedział, że bez rodzicielskiego błogosławieństwa ślubu nie da. Wiktoria odpowiedziała, że w takim razie z tym oto Zygmuntem żyć bez ślubu będzie - no to rady nie było. Ślub się odbył.
Po kolei, w równych odstępach czasu, na świat przyszło pięcioro dzieci. Chłopczyk był tylko jeden - Jan.
Zygmunt w miasteczku otworzył sklep kolonialny. Każdego dnia siadał na rower, jechał kilkadziesiąt kilometrów do Warszawy by na rano w sklepie był świeży towar. Każdego dnia przez wiele lat. Wiktoria rodziła dzieci i stała od rana do wieczora w sklepie. Nie było im łatwo.
Kiedy Jan skończył pięć lat wzięła go babcia - owa eks pokojówka, do lasu. Pokazała mu drzewo pod którym zakopała to, co dostała od swego dziedzica. Mówiła Jasiowi, że to jest majątek i jak dorośnie będzie należał do niego. Niedługo potem umarła.
Przez mazowiecką wieś przetoczyła się kolejna wojna, Zygmunt trafił do niewoli radzieckiej, z krórej uciekł idąc nocami, przez trzy miesiące. Kiedy dotarł do domu był wrakiem człowieka. Wiktoria ostrzeżona o planowanej pacyfikacji wsi, sama w lesie wykopała ziemiankę. Cała rodzina spędziła w niej ponad rok. Wszyscy przeżyli.
Kilka lat po wojnie nasz Jaś przypomniał sobie o wyprawie z babcią do lasu. Cóż, kiedy nie pamiętał w którą stronę wtedy szli, las urósł i zmienił się.
I teraz pora na tytułową obietnicę.
Tym Jasiem jest mój ojciec. Gdyby dziedzic spełnił swą obietnicę ożenku zupełnie inaczej potoczyłyby się rodzinne losy. Może Zygmunt chowany jako panicz nigdy nie spotkałby Wiktorii? A nawet jeśli, to fakt, że żyliby w dostatku zmieniłby, zmiękczył ich charaktery. Dla mnie - a miałam to szczęście ich poznać - są wzorem ludzi niezłomnych, nigdy się nie poddających. Ich miłość przetrwała wszystko. Pamiętam parę staruszków trzymających się za rece. To moje wiano jakie od nich dostałam. Nie chciałabym innego!
Ten ukryty pod drzewem skarb nikomu nie był potrzebny.
A Dwór i ziemie i tak by nam odebrano w czarnych czasach komunizmu.
Nie lubię obietnic!"

Ciotek mam sześć. Cztery siostry taty i dwie siostry mamy.
Ich losy mogłyby posłużyć jako tematy do wielu filmowych scenariuszy.
Tylko jeden przykład: spotkanie jednej z nich z własnym synem, o którym nie wiedziała, że istnieje!
Poważnie! Kiedy pięćdziesiąt lat wcześniej, pod koniec wojny urodziła dziecko, powiedziano jej, że było martwe. Po latach pojechała w rodzinne strony w taką podróż sentymentalną, wsiadła do autobusu i przed sobą zobaczyła twarz mężczyzny. Oboje nie mogli oderwać od siebie oczu. Starsza pani i niemłody mężczyzna gapili się na siebie zapomniawszy o całym świecie! Zaczęli rozmowę, i co się okazało? Dziecko żyło! I to był właśnie ten mężczyzna.
Jeszcze dziś, pisząc to, mam ciarki.

Dziadkowie ze strony mamy to nieustająca radość. Byli tak barwni! Dziadek kiedy go poznałam był już na górniczej emeryturze i z nudów zajmował się szyciem. Szył wszystko! Płaszcze, garnitury, frak też umiał uszyć. Uwielbiałam patrzeć na jego drobną postać ( poruszał się szybko, nie chodził - biegał) przy pracy. Miał cudowne formy do prasowania a prasował takim zabytkiem, który rozgrzewał się na kuchni. Do końca życia nie potrzebował okularów. Jak mówił do mnie "pieronie sakramencki" to wiedziałam, że kocha.
A babcia! O matko, mogłabym o niej napisać książkę! Powiem krótko: zołzą jestem po niej. Ale nie dorastam jej do pięt, zołzą była najwspanialszą na świecie.
Uwielbiała pogrzeby. Miała na szafie walizkę, w której trzymała specjalne "pogrzebowe" ubranko. Dzień pogrzebu to było jej święto, naciągała na siebie nie bacząc na pogodę, czarne pończochy i całą resztę czarną, i biegła jak na skrzydłach... na cmentarz. Długo potem raczyła nas opowieściami: kto jakie kwiaty, kto płakał, w co był ubrany. Język miała cięty, oko dociekliwe. Umierałam ze śmiechu!
Wypróbowywała na sobie wszystkie kuracje świata, lekarzy uważała za głupków bo twierdzili, ze zdrowa jest. Mimo łykania jak cukierki wszystkiego co wyprodukować może farmacja, żyła długo.
Mam nadzieję, że jej własny pogrzeb usatysfakcjonował ją. Na bank patrzyła z góry i oceniała bukiety, podsłuchiwała co kto mówi...

A mężowie ciotek! Jeden popełnił bigamię - jak poznał ciotkę to zapomniał, że miał już żonę. Taka to miłość była!
Mogę o tym napisać bo oboje już nie żyją - przedawniło się chyba? Kochali się i szanowali do końca.

O każdym, mogłabym snuć długie, opowieści...

Patrzę dziś na tę galerię rodzinnych dziwadeł... nie zamieniłabym ich na innych! Cieszę się, że byli właśnie tacy.
Tylko mam trochę żalu, że dziedziczyłam po nich tak bez pojęcia: zamiast pięknych nóg i obfitego biustu jednej babci owe walory mam po dziadku.

Wracam w Bieszczady: pięknie jest, słonecznie, bajkowo!

Można trochę zdjęć?

Z okien domu:













Na spacerze:









Dom widziany z przeciwległego wzgórza, przy cmentarzu żydowskim. W tle Otryt:



Wejście na cmentarz żydowski w Lutowiskach:














I powrót do domu:


Czerwone badylki derenia pięknie wyglądają na śniegu







Dzisiaj napisałam setnego posta!
Obiecuję, że jak ten styczeń odpracuję, to długo nie będzie żadnych jubileuszy.
Internet mamy na modem komórkowy, prędkość przesyłu ma 236 Kb/s zatem bywa, że jedna strona wczytuje się kilkanaście minut. Zrobienie zdjęć, wrzucenie ich w laptopa, napisanie posta i wklejenie zdjęć to minimum trzy godziny - bywa, że dłużej. Przesiedziałam zatem nad blogiem ponad 300 godzin, co na dniówki daje prawie dwa miesiące! Dwa miesiące rocznie.
Samej mi się wierzyć nie chce!

Przypominam, że nadal można się zapisywać do losowania pod poprzednim postem.Wyniki 25 stycznia.

Dziękuję wszystkim, którzy oddali głos na Chatę Magoda w konkursie Blog Roku 2009! Głosowanie potrwa jeszcze kilka dni zatem jeśli ktoś chce wysłać sms a jeszcze tego nie zrobił - z góry dziękuję!


Na koniec przypomniały mi się słowa:

"...wieczność utkana jest pomiędzy dniami tygodnia jak mech w belkach drewnianego domu."
Adam Zagajewski



*

wtorek, 12 stycznia 2010

Przed rocznicą

*



Jest w Bieszczadach takie miejsce, które bardzo lubię odwiedzać. Kiedy Maciek chce zrobić mi przyjemność pyta: pojedziemy do Aleksa i Marianny? Nie dzieje się tak zbyt często, ostatnio z powodu zapracowania możemy sobie pozwolić na to - nie częściej niż raz na rok. Niedawno właśnie tam byliśmy. Aleks i Marianna prowadzą klimatyczną knajpkę Stare Sioło w Wetlinie.
Dla mnie tam jest wszystko! W dwóch ślicznych, starych chatach można zjeść, wypić, posłuchać świetnej muzyki i co najważniejsze - spotkać się z gospodarzami. To ludzie wyjątkowi.
Aleks powinien mieć w Bieszczadach pomnik. Poważnie!
Już wyjaśniam. Bieszczady potraktowane przez historię okrutnie - ograbione zostały z tego co tworzy ciągłość kulturową. Zniszczono, zrównano z ziemią, spalono wszystko co przypominało o dawnym dziedzictwie. Taka bieszczadzka rewolucja kulturalna, rolę Przewodniczącego Mao odegrały tu przeróżne "czynniki polityczne".
Nie ma zatem już większości wsi, o ich istnieniu przed laty, świadczą tylko zdziczałe sady owocowych drzew, nie ma już starych domów w tych nielicznych, istniejących wsiach - zostały zmiecione z powierzchni przez wichry tragicznej historii, to co mimo wszystko ocalało - spłonęło, lub porąbane trafiło do pieców - na jedno wychodzi. Nie ma synagog, które były w wielu miejscach, żydowskie cmentarze zarastają chwastem i znikają z powierzchni ziemi z akceptacją takiego stanu rzeczy przez lokalne władze. Do dziś tak jest. Te cerkwie, które nie stały się katolickimi kościołami, niszczeją.
Nie ma przede wszystkim ludzi, którzy są potomkami tamtych, dawnych mieszkańców Bieszczadów.
Mieszkają od dziesięcioleci pod Szczecinem, Zieloną Górą lub w nieznanych nikomu punktach dawnego Związku Radzieckiego. Wywieziono WSZYSTKICH!
Ci, których często bez ich woli przywieziono, by ponownie Bieszczady zaludnić, siłą rzeczy żadnej kulturowej więzi z tą krainą nie poczuli. Nie chcieli mieszkać w drewnianych chatach. Budowali a dziś ich dzieci i wnukowie budują, koszmarne domostwa z pustaków, szpecąc Bieszczady bezlitośnie.
Aleks jest człowiekiem, który ratuje stare, drewniane domy przed zagładą. Jeszcze ich trochę zostało - nie w samych Bieszczadach lecz nieco dalej. Ich właściciele budują sobie murowane belwederki a stare wysłużone chaty rąbią i "utylizują". Od lat Aleks znajduje przeznaczone na śmierć, drewniane chaty i pomaga takim jak my wariatom przenosić je w Bieszczady. Uratował w ten sposób już ponad sto chat! Nie przesadziłam z tym pomnikiem, prawda?
Jest Ojcem Chrzestnym także naszej chaty - to on nam ją znalazł w Świlczy pod Rzeszowem. Gdyby nie on - nie byłoby Chaty Magoda w obecnym kształcie.
Przeniesienie drewnianego domu to spore przedsięwzięcie. Należy go rozebrać, przewieźć i złożyć ponownie. Należy wykonać projekt architektoniczny i uzyskać pozwolenie na budowę.
Nam wstępny projekt wykonał mój były mąż - architekt, co jest dowodem, że ludzie rozstając się, nie muszą koniecznie stawać się wrogami. Mieliśmy nawet kłopot z rozwodem, ponieważ mając podobne poczucie humoru, wywołani na salę sądową wtoczyliśmy się uchachani jakimś dowcipem i Sędzia nie wierzył, że my ten rozwód na poważnie. Na następną sprawę umówiliśmy się, że będziemy rzucać sobie nienawistne spojrzenia, nic jednak z tego nie wyszło, bo przez cały czas starałam się nie patrzeć w stronę byłego, ponieważ jakbym to spojrzenie zobaczyła, to trzeba by mnie było chyba wynosić na noszach - o własnych siłach bym ze śmiechu nie dała rady.

Temu kto mnie rozbawi jestem gotowa wybaczyć wiele!
Tylko śmiech mnie ratował w bolesnych zawirowaniach losu i gdybym nie umiała obracać strasznego w śmieszne to dziś pisałabym bloga "Chata Bez Klamek".
Od lat jestem fanką poczucia humoru Aleksa (jakże zgrabnie udało mi się wrócić do głównego wątku!). Często goście, których do Starego Sioła wysyłamy, opowiadają nam przeróżne anegdoty na temat jego wypowiedzi.
Marianna jest malarką i jej piękne prace można zobaczyć oczywiście w Starym Siole.
Aleksy prowadzi stowarzyszenie na rzecz drewnianego budownictwa i jak tylko prześle mi linka do ich strony (obiecał mi to kilka dni temu ale nadal ni słychu ni widu) to go zamieszczę.

Stare Sioło - wejście:


A tu w środku, Aleksy i ja. Maciek zrobił to zdjęcie w dniu kiedy Aleksa poznaliśmy i zdecydowaliśmy się przenosić chatę. Przepraszam za jakość zdjęć - są już historyczne.




Kolejna sprawa to... o matko! zbliża się rok jak prowadzę bloga!
Dokładnie 25 stycznia zeszłego roku, popełniłam pierwszego posta.
Z tej okazji pragnę obdarować kogoś:

Wyjątkowo pięknym i ciekawym przewodnikiem Dzikie Bieszczady...



oraz ostatnio uszytym do bojkowskiej chaty ptaszkiem. Trochę krzywy, jak to u mnie, ale wybaczcie - to prototyp:




Jeśli ktoś chciałby otrzymać te drobiazgi - proszę zaznaczyć ową chęć w komentarzu pod postem. Wynik losowania podam 25 stycznia właśnie.


No i na koniec informacja. Pewnie już niektórzy zauważyli, że blog Chata Magoda jest zgłoszony do konkursu Blog Roku 2009. Zaglądam sobie na stronę konkursu i widzę, że bierze w nim udział prawie sześć tysięcy blogów. Wiele bardzo interesujących, kilkadziesiąt, może kilkaset rewelacyjnych! Nie mam zatem złudzeń, że skromne i niszowe zapiski wiejskiej kobiety, mogą mieć jakiekolwiek szanse. Jednak zawsze spontanicznie biorę udział w tym co mi przypadnie do gustu a konkurs podobać się może, bo wyłania naprawdę ciekawe blogi i ludzi je piszących. W zeszłorocznej edycji zwyciężyła wspaniała dziewczyna! Gdyby nie konkurs - nigdy pewnie nie usłyszałabym o niej.
Ponadto do kolejnego etapu konkursu przejdą te blogi, które uzyskają największą liczbę głosów. Głosowanie odbywa się za pomocą sms-ów a wpływy z nich - przeznaczone zostaną na cel szczytny: turnusy rehabilitacyjne dla dzieci.
Kto zatem chciałby zagłosować na mojego bloga wspomagając zdrowie dzieci, może to zrobić następująco:
Na numer 7144 należy wysłać wiadomość o treści A00207. Koszt jednego SMS to 1,22 zł brutto.
Nie ukrywam, że każdy głos będzie miłym prezentem. W styczniu oprócz pierwszych urodzin bloga - obchodzę też osobiste urodziny - nie powiem które!

Głosowanie potrwa do 21 stycznia do godziny 12.00.


Zima zasypała wszystkich! Nie będę zatem pokazywać śniegu po pas tylko to, czego może nie wszyscy mają: widoki.
Takie mamy przed domem:









Buba już zdrowa! Piesek zapomniał o operacji i bólu. Hasa wokół domu a w domu najchętniej bawi się w "kocham Burego". Bury nie mieści się już w kadrze i stracił zwinność. Tłuszcz zalewa mu oczy, to znak, ze zima potrzyma jeszcze w tym roku. Jak przyjdzie wiosna z kotka znów zrobi się sznurówka. I tak co roku...




*

środa, 6 stycznia 2010

O naturze ludzkiej i nie tylko

*




Dziś będzie poważnie.

Mimo mijających lat i doświadczeń różnej natury, ciągle wierzę w dobro tkwiące w ludziach. Wiara ta bierze się z przekonania, że dobro wynika z miłości a przecież wszyscy ludzie chcą kochać i być kochani. Zła moim zdaniem nie ma - jest lęk obezwładniający duszę i on powoduje, że ktoś (i tu można wybrać: ze strachu przed biedą, odrzuceniem, samotnością, śmiesznością i tak dalej) czyni źle.
Można mnie nazwać naiwną, ale tak wierzę i zmieniać się nie chcę!
Zawsze więcej dawałam z siebie niż dostawałam. Nie interesowała mnie jednak swoista buchalteria: ty mi to, to ja ci tamto, nie stawiałam tego na żadnej wadze. Taka jestem, inna być nie umiem. Ostatnio jednak proporcje się zmieniły! Dostaję tyle, że ledwo mogę unieść! Serdeczności, dobroci, pomocy, prezentów. Piszę o tym co czas jakiś, bo brać trzeba umieć a ja uczę się po omacku.
Każdy przejaw ludzkiej życzliwości napełnia ciepłem serce i cieszy, cieszy! Jednak zaraz chciałabym tej osobie nieba przychylić, też sprawić przyjemność.
Umiem tylko podziękować. Słowami zwykłymi wyrazić swą radość, że świat jest pełen wrażliwych, czujących ludzi, że nawet nie znając osobiście dają sygnał, że gdzieś tam, czasem na końcu świata, myślą o nas.
Dziękuję jeszcze raz, z całego serca! Tym wszystkim, których nigdy nawet nie widzieliśmy, nie spotkaliśmy.
Starałam się podziękować wszystkim indywidualnie ale jeszcze tutaj, jeszcze raz, MUSIAŁAM o tym napisać.

Kontynuując posta w tak podniosłym tonie, napisać chcę jak zaczął nam się rok. A zaczął się pięknie!
O miłym sylwestrze już pisałam, drugiego stycznia mieli przyjechać do nas goście co już od dawna są naszymi Przyjaciółmi.
Ludzi, którzy wybierają naszą chatę na wypoczynek łączy bardzo dużo: podobna wrażliwość, poczucie humoru, widzenie świata. Poznają się u nas i - zaprzyjaźniają! No i zrobili nam niespodziankę - skrzyknęli się spontanicznie, w tajemnicy przed nami i przyjechali w większej ilości. Spędziliśmy wspaniale czas, do dziś mam zakwasy ze śmiechu. Przywieźli ze sobą również psy, zatem Buba za jednym zamachem miała do zabawy całe stado! Wokół nas pałętało się pięć dużych psów. I tak jak ich właściciele - psy też się lubią.
Pozostaje mi tylko pokazać zdjęcia psiej radości, w przepięknych okolicznościach przyrody.











Pierwszy raz od trzech tygodni miałam czas pójść na spacer. Buba szalała ze szczęścia!























Stado psów to dla Burego było za wiele. Dwa dni przemieszkał w umywalce, z pogardą izolując się od tłumu.



Na koniec na specjalne życzenie pokażę zdjęcie naszego gościa. Jak się nie tajniaczy i nie robi min - jaśnieje wybitną, męską urodą - żałuję, że nie możecie tego zobaczyć - cóż chciał właśnie tak:



Jeszcze jedno! Wiele osób w listach pytało mnie skąd się bierze nasza pogoda ducha. Jest takie stare, chińskie przysłowie, które od lat sobie powtarzam. Działa!

"Nie możesz sprawić by ptaki rozpaczy nie latały nad twoją głową, ale możesz nie pozwolić, by uwiły sobie na niej gniazdo"

*

piątek, 1 stycznia 2010

Witam w Nowym Roku!

*



Witam w Nowym Roku!
Poprzedni pożegnałam bez żalu, grudzień do ostatniego dnia dawał nam popalić. Nie czepiałam się zatem jego rękawa i nie prosiłam, łkając by został. Jednak jak powiedział Marek Aureliusz:
"Nie należy się gniewać na bieg wypadków, bo to ich nic nie obchodzi."
Czas płynie, przynosi Nowe.
Pragnę podziękować za wszystkie życzenia, za prezenty, za serdeczność i liczne niespodzianki jakimi obdarzyli mnie czytelnicy bloga. Nie byłam w stanie odpowiedzieć na każdy list i każdy dowód sympatii. Przepraszam za to. Trochę się u nas działo spraw trudnych, do komputera nie miałam kiedy podejść. Obiecuję, że nadrobię zaległości. Teraz powiem tylko, że ta życzliwość dodawała mi sił. Dziękuję raz jeszcze!
Spędziliśmy z Maćkiem pracowitego choć bardzo miłego Sylwestra, ze wspaniałymi ludźmi. Tak naprawdę to nie lubię tego całego sylwestrowego zamieszania jeśli zabawa staje się imperatywem. Dzisiejsza noc upłynęła jednak w przesympatycznej atmosferze i na niewymuszonych rozrywkach.
Najweselej powitałam rok tuż przed przeprowadzką w Bieszczady. Pożegnalny ze Szczecinem Sylwester sprawił, że noworoczny świt zastał mnie obolałą ze śmiechu.
Najgorszy mój Sylwester był przed laty. Pracowałam wtedy w teatrze. W tym samym teatrze zaczynała swoją aktorską drogę Danuta Stenka. Uzdolniona, pracowita, urocza i ogólnie lubiana. Sylwester zaczął się sympatycznie. Przerobiłam na tę okazję babciną suknię balową, mocno eksponując plecy, okiełznałam szopę na głowie, uczyniłam dyskretny makijaż, dodałam sobie wzrostu wysokim obcasem. Wyglądałam pięknie (to było ponad dwadzieścia lat temu!).
Czas mile płynął na rozmowach i tańcach. Nagle weszła mocno spóźniona Danka Stenka. I tak samo nagle - wszyscy panowie stracili zainteresowanie otaczającym światem. Patrzyli tylko na Nią. Kłębili się wokół drobnej postaci Danki i nie reagowali na żadne bodźce zewnętrzne. Mam naturę badacza zatem wylałam na pierwszego z brzegu, szklankę wody - nie zauważył! Z wrzątkiem już nie eksperymentowałam bo widać było, że żadnych efektów nie przyniesie. Próbowałam nawiązać konwersację z paniami ale one w większości były żonami tych panów i wykazując narastającą nerwowość nie podejmowały rozmowy. Do północy patrzyłam przez okno, czytałam tytuły książek na półkach, gapiłam się w sufit a na koniec siedziałam, machając nóżką i oglądając własne paznokcie. Od tamtej pory zawsze pytałam się czy będzie Danka, jeśli miała się pojawić po prostu na imprezę nie szłam. Paznokcie obejrzałam sobie aż nadto dokładnie.
Z radością i przyjemnością jednak, oglądam ją w kolejnych rolach, spaprany Sylwester nie wpłynął na moją sympatię.

Stęskniłam się do bloga! Po dwóch tygodniach zaczęło mi go brakować. W wolnych nanosekundach wpisywałam pojedyncze zdania tego posta. Paskudny grudzień sprawił kolejnego psikusa! Okazało się, że fragment posta opublikował się perfidnie sam. No i przed Sylwestrem witałam w nowym roku! Mogłabym oczywiście się tłumaczyć, że w Bieszczadach żyjemy poza czasem, ale aż taka szurnięta nie jestem. Wywaliłam posta z bloga i napisałam od początku publikując we właściwym czasie.

W tym roku czeka na nas jeszcze więcej pracy. Trzeba skończyć bojkowską chatę! Potem będę miała dwa domy do obsługi. Urodzą się kózki - Ruda wygląda na oczekującą dzieci. Będzie zatem już spore stadko. Jak ja przed nimi uchronię moje roślinki, tego teraz jeszcze nie wiem. Mam też kilka, zupełnie prywatnych planów w tym roku.
Zatem jedynym moim życzeniem na ten rok jest, by doba uprzejmie zechciała sie wydłużyć! No co by jej szkodziło?

Pokażę kilka już wspomnieniowych zdjęć świątecznych i aktualnych zimowych, i idę padać na twarz.
Jutro przyjeżdżają od dawna wyczekiwani goście. Będzie się działo!


Świątecznie:






Sylwestrowo. Około drugiej godziny w nocy piesek padł:



Zimowo:

















"Życie nie składa się z wielkich poświęceń
i obowiązków, ale z drobiazgów.
Uśmiechy i życzliwość rozdawane na co dzień
są tym, co zdobywa i zatrzymuje serca, i zapewnia pocieszenie."
Humprey Davy

Uśmiechu i życzliwości w Nowym Roku dla wszystkich!


*

Filmowo:


Chata bojkowska

Chata bojkowska

Chata Magoda

Chata Magoda

Widoki z tarasu:

Widoki z tarasu:



Okolice domu

Okolice domu