wtorek, 13 października 2009

Zimowo i świątecznie

*



Nie zwariowałam! Przysięgam.
Mamy zimę a wczoraj była wigilia!




Już wyjaśniam. Przez dwa dni w naszej chacie odbywała się świąteczna sesja zdjęciowa. Efekty (widziałam - przepiękne zdjęcia!), będzie można zobaczyć w grudniowym numerze Mojego Mieszkania.
Co tu się działo! Zastawiony wigilijny stół, choinka a wokół tego, tłum pracujących nad zdjęciami ludzi. Do przedsięwzięcia wciągnięci podstępem zostali również nasi goście i Buba.
Salon wyglądał tak:


Parasole:




Światła:





Blendy w ilościach niepoliczalnych:



Komputery:



Aparaty:






Biegałam za fotografem jak Buba za mną. Zaglądałam mu zza ramienia, pchałam się wszędzie, podglądałam i zamęczałam pytaniami. Mam szczęście do świętych ludzi bo nikt mnie nie pogryzł.
Nabawiłam się kompleksów wielkich jak słoń. Próbowałam moją małą pstrykaweczką coś tam fotografować ale to żałosne i nędzne w porównaniu z dziełem profesjonalisty. Tyle tylko zyskałam, że teraz wiem co źle robiłam do tej pory! To była dla mnie ważna lekcja.
Pokażę zatem trochę wigilijnych, źle zrobionych obrazków.




















W dzikim pośpiechu przygotowywałyśmy ozdoby świąteczne. Poniżej łańcuch kominkowy uszyty przez świętą kobietę, która jest kobietą uniwersalną!





Jutro święta kobieta, po czterech miesiącach pracy - opuszcza nas. Dziękujemy Ci Marysiu za wszystko!

Korzystając z profesjonalnego oświetlenia zrobiłam jeszcze kilka nieprofesjonalnych zdjęć:



















Maciek uważa, że ja mogę wszystko. Odpowiedzialność za to, że dzisiaj spadł śnieg w ilościach hurtowych (przypominam pierwsza połowa października), zrzucił na moje barki. Mówi, że jak zachciało mi się teraz wigilii to sama sobie jestem winna.







Teraz, gdy piszę te słowa, zaspy sięgają do kolan!

*

środa, 7 października 2009

Lubię

*




Lubię wierzyć, że ludzie są dobrzy.
Lubię ten moment przed zachodem słońca, gdy światło wydobywa ciepłą stronę otaczającego mnie świata.
Lubię oczy Maćka, gdy mówi o drewnianych chatach.
Lubię to zmęczenie, gdy wchodzę na szczyt góry.
Lubię patrzeć na Bubę, na chwilę po tym, jak usłyszy słowo SPACER.
Lubię gdy książka, którą czytam, trafia prosto do mojego serca.
Lubię zapach czystego domu.
Lubię patrzeć na twarze ludzi, gdy po raz pierwszy widzą krajobraz przed naszym domem.
Lubię wiosną grzebać w ziemi.
Lubię iść pod wiatr.
Lubię słuchać świerszczy. I żab. I ptaków.
Lubię rozmawiać z synem.
Lubię chodzić boso po nagrzanych kamieniach i po trawie.
Lubię wieczorem, po skończonej pracy pomilczeć.
Lubię maleńkie jaszczurki wygrzewające się w słońcu.
Lubię słyszeć, że komuś jest dobrze.
Lubię, kiedy psi pyszczek układa się na mojej ręce.
Lubię smak leśnych malin, rwanych po drodze.
Lubię mgły i chłód poranków.
Lubię śnieg na połoninach.
Lubię robić coś z niczego, nawet jeśli wyjdzie mi krzywe.
Lubię mruczenie kota, który zawsze układa się nie w porę na moich kolanach.
Lubię rozgwieżdżone niebo nad domem.
Lubię swoje życie.
Lubię lubić.


Bieszczadzko:








Przy domowo:





















Domowo:






*

poniedziałek, 5 października 2009

W promieniach słońca

*




Bieszczady kąpią się w promieniach jesiennego słońca! Jeszcze nie ma "tych" kolorów ale i tak jest pięknie.
Pogoda sprzyja spacerom zatem z radością kiedy tylko czas pozwoli buszuję po polach i łąkach. Zawsze oczywiście, towarzyszy mi Buba.













Po drodze spotykamy zwierzęta.
Trudno jest komuś wychowanemu w mieście, zrozumieć i pogodzić się z tym jak traktowane są zwierzęta na wsi. Uwiązane na krótkich łańcuchach, przy byle jak skleconych budach, skołtunione psy.
Chude i zawsze głodne koty, bo na wsi kotów się nie karmi w głębokim przekonaniu, ze głodny chętniej łapie myszy. Moje tłumaczenia, że kot jest drapieżnikiem i ZAWSZE będzie polował, a najedzony będzie miał do tego więcej sił, przyjmowane są z pobłażliwym milczeniem - wiedzą swoje!
Wiedzą też bardzo dobrze, że zwierzęta nie czują.
Zaraz po przyjeździe w Bieszczady usłyszałam, że u sąsiadów urodziły się kotki. Kilkuletnia córka sąsiadów bawiła się "w dom". Prała kocięta i zawieszała je na sznurze przypinając je do tego sznura klamerkami. Dyndały tak, przeraźliwie płacząc aż wyschły. Opowiadano nam to z dumą: taka gosposia z niej rośnie!
Zabrałam wypranego kotka - to nasz Bury (jego rodzeństwo już nie żyje). Bury jest z nami od pięciu lat ale do dziś jest dziwny. Boi się wszystkiego, trochę nas kocha ale nam nie ufa. Na widok małych dziewczynek ucieka. A kiedy dotknie się go przypadkiem, w punkt na skórze, za który był wieszany - wstępuje w niego dzika furia.
Wyrósł na dużego i pięknego kota. Jego ulubionym miejscem wypoczynku jest fotel w salonie - kiedy ktoś go zajmie - kotek siada na przeciwko i patrzy. Nawet duzi faceci pękają i wstają - ustępując mu miejsca.









Jesień. Trawa już nie tak soczysta. W poszukiwaniu lepszego pożywienia konie i krowy wałęsają się po wsi. Często "wstępują " do nas. To duże zwierzęta, jak przedepczą całym stadem ogródek i przydomowe kwiatki to nic nie zostaje.
Jesień to trudny czas. Bywa, że kilka razy dziennie przeganiać musimy cudze zwierzaki. Nie pomagają telefony do właścicieli aby łaskawie je sobie zabrali.
Ale to nic, to bajka. Jest w Bieszczadach takie miejsce gdzie mała, stara kobiecinka i jej krowy sterroryzowały całą wieś. Kobieta zwana Ciomborką krów ma dużo, ziemi mało. Od wiosny do jesieni chodzi po okolicy w poszukiwaniu dla nich pastwiska. Jak źli ludzie ogrodzą się, to ona to ogrodzenie zwala, jak założą siatkę, to w kieszeni ma sekator i siatkę przecina. Jej krowy są wszędzie, leżą na drodze i wiele razy czekałam na przejazd bo ciężko je ruszyć. I zjadają wszystko! Już nikt nawet w tej wsi nie myśli o przydomowym ogródku! Ciomborka i tak doprowadziłaby do niego swoje krowy. Policja jest bezradna, ludzie tym bardziej. Kiedyś moja koleżanka, zdesperowana powiedziała Ciomborce, że jak jakaś krowa, jeszcze raz wejdzie w szkodę to tę krowę zabije. Wtedy Ciomborka, wyglądająca jak mały, złośliwy gnom, z błyskiem w oku celnie zaripostowała:
- A zezres tyle mięsa?
Ręce z bielizną opadają.
Do nas Ciomborka nie zagląda bo ma za daleko. Cieszymy się.



W temacie krów przypomniała mi się następująca historia.
Mieliśmy kiedyś gości z golden retrieverem. Kolor jego sierści do złudzenia przypominał sierść bieszczadzkich krów. Maleńki Pimpek, pies sąsiadów, zawodowy zaganiacz krów, spotkał na drodze owego goldena. Stanął i w jego oczach widoczny był proces myślowy: różowe... większe ode mnie...Krowa!
No i zaczął zaganiać goldena wraz ze stadem. Musieliśmy interweniować bo nie chciał odpuścić i skończyłoby się wizytą w oborze.
Ten sam Pimpek zakochał się kiedyś w Bubie. Sięgał jej do kolan ale chyba tym razem z krową mu się nie skojarzyła. Przesiedział przed naszym domem, zaglądając tęsknie w oszklone drzwi kuchni, wiele, wiele dni.

Na zdjęciu poniżej Buba z krowami w tym samym kolorze:



Poniżej kilka zdjęć w promieniach słońca:













Goście przywieźli nam skrzynkę jabłek. Uciekam zatem piec szarlotkę i robić przetwory. W tym roku jabłka obrodziły. Mam już w słoikach: jabłka z cynamonem, z rodzynkami, z miętą, z wanilią, z czekoladą nawet. Dziś planuję jeszcze jabłka z gruszką i cynamonem.




*

Filmowo:


Chata bojkowska

Chata bojkowska

Chata Magoda

Chata Magoda

Widoki z tarasu:

Widoki z tarasu:



Okolice domu

Okolice domu