środa, 1 lipca 2009

Pytania i tuż za progiem

*




Dzwonek komórki wzywa mnie kilkadziesiąt razy dziennie. Okres wakacji to lawina telefonów i maili z pytaniem o wolne pokoje.
To również setki pytań o sprawy z pobytem u nas związane.
Ludzie dzwonią o różnych godzinach (zdarzało się i o szóstej rano i około północy), odbieram telefony w sklepie, pod prysznicem, podając posiłek gościom, prowadząc samochód i w innych, możliwych do wyobrażenia sytuacjach.
Aby choć trochę ułatwić sobie życie odpowiem tu na najczęściej zadawane pytania.

Oto one - zadane mi i spisane w ciągu trzech ostatnich dni:

1. Jaka jest droga do naszego domu? Czy podwozie wytrzyma?
Odpowiedź: Do bramy prowadzi droga asfaltowa. Nie jest to droga główna. Zimą jest odśnieżana.
2. Czy dom stoi na końcu drogi?
Odp: Nie. Dalej jest jeszcze kilka gospodarstw.
3. Czy dom stoi w gęstej zabudowie?
Odp: Nie. Wokół domu jest ponad hektar naszej łąki. Do sąsiadów mamy kilkaset metrów. Wieś położona jest na pagórkach (dom stoi na wysokości 700 metrów nad poziomem morza), nie mamy sąsiadów w linii prostej, większość gospodarstw i domów znajduje się powyżej lub poniżej nas. Wielu zabudowań nie widać bo zasłania je bujna roślinność.
4. Jak daleko jest do sklepu?
Odp: do najbliższego ponad kilometr.
5. Dlaczego nie mam akcentu?
(po chwili doszłam, że chodzi o akcent góralski)
Odp: Bo nie jestem góralką.
6. Czy można zrezygnować z jedzenia w naszej chacie?
Odp: Można. Jeśli ktoś lubi spędzać czas na poszukiwaniu pożywienia. W Bieszczadach nie ma restauracji, miejsc gdzie karmią, jest niewiele. Miejsca gdzie dobrze karmią - znam trzy. Wszystkie - wiele kilometrów od siebie. Bieszczady są rozległe. Ale oczywiście można.
7. Czy mamy plac zabaw dla dzieci?
Odp: Nie mamy.
8. Czy można u nas pojeździć na koniach?
Odp: My koni nie mamy ale sąsiad hoduje konie huculskie i prowadzi naukę jazdy konnej, jazdy w terenie i kuligi. Jeśli Hucuł za mały to są stadniny z "normalnymi" końmi. Koni w Bieszczadach dostatek!
9. Czy przebywanie poza domem jest bezpieczne?
(doszłam, że rozmówcy chodzi o niedźwiedzie, wilki, żmije i bandytów)
Odp: Mimo, że snuję się po polach i lasach sama, nigdy nie spotkałam niedźwiedzia, wilka ani bandyty. Czasem po deszczu widuję ślady. Ale jak wygląda ślad bandyty - nie wiem, zatem nie dam głowy za to. Żmiję widziałam kilka razy ale nie chciały się na mnie rzucać.
10. Czy dużo jest komarów?
Odp: W Bieszczadach nie ma komarów! Przysięgam!
11. Jaka będzie pogoda w sierpniu?
Odp: Jak pisałam - nie jestem góralką, starym góralem też nie i nie przepowiadam pogody.
12. Czy ten pokój jest z łazienką?
Odp: Wszystkie nasze pokoje są z łazienkami.
14. Jak wygląda pokój?
Odp: Tu mnie zatyka bo nie wiem czy mam wyliczać sprzęty się w nim znajdujące, kolor ścian? Odsyłam do bloga, opisałam wszystkie pokoje szczegółowo. Są w etykietach na pasku bocznym.
15. Czy w pokoju jest telewizor?
Odp: Nie. I nigdy nie będzie. Telewizor stoi w salonie i porasta kurzem. Czasem ktoś go włącza by posłuchać prognozy pogody.
16. Czy mamy internet?
Odp: Mamy, na modem komórkowy. Jeśli ktoś potrzebuje, możemy udostępnić laptopa.
17. Czy są kleszcze?
Odp: Są, tylko te w Bieszczadach nie są zarażone zatem nie zarażają - tę informację uzyskałam od weterynarza. My z Maćkiem nigdy kleszcza nie złapaliśmy. Bubie się to zdarza.
18. Jak tu jest zimą?
Odp: Pięknie!
19. Jak jest jesienią?
Odp: J. w.
20. Czy mamy basen?
Odp. Nie mamy. Najbliższy jest w Ustrzykach Dolnych.
21. Czy są już grzyby?
Odp: Są! Od czerwca do listopada. Najwięcej rydzów, kurek, kozaków, prawdziwków i opieńków. Masa!
22. Czy w pokoju jest czajnik elektryczny?
Odp. Jest wydzielone miejsce w salonie gdzie można przygotowywać sobie gorące napoje.
23. Czy organizujemy seanse filmowe?
Odp: Nie organizujemy.
24. Czy słychać z domu ruch uliczny?
Odp: Nie słychać.
25. Dlaczego za pobyt małych dzieci trzeba u nas płacić?
Odp: Z pobytem nawet najmniejszego dziecka wiążą się nasze koszty. Dziecko produkuje brudne pampersy w ilościach przemysłowych, za wywóz śmieci płacimy z roku na rok coraz więcej. Dziecko zużywa wodę, prąd, brudzi, tłucze. Sprawiedliwe jest w naszym mniemaniu aby te koszty ponosili rodzice.
26. Czy daleko jest od domu do szlaków?
Odp: Dwa szlaki przechodzą obok domu. Reszta - różnie - od kilku do 30 kilometrów.
27. Czy można u nas płacić kartą?
Odp: Niestety nie.
28. Czy zaliczka jest konieczna?
Odp: Niestety tak.

Są też pytania na które mnie zatyka. Zawsze mam kłopot z odpowiedzią na następujące:

- co można robić w tych Bieszczadach?
- czy w domu jest czysto?
- czy jedzenie jest dobre?
- czy mają państwo kucyka?
- czy w domu jest bezpiecznie?
- czy można przyjechać na trzy miesiące?
- czy jesteśmy buddystami?
- czy mamy wiadro?
- czy się wyprowadzimy z domu na czas pobytu pytającego i ile za to chcemy?
- czy można spać przed kominkiem na dmuchanym materacu?
- czy można przyjechać z pytonem?
- czy można przysłać same dzieci?
- czy w pokojach dla gości przebywają nasze zwierzęta?
- czy można pobawić się z kozami?
- czy z każdej strony domu widać góry?
- czy można sobie codziennie samemu gotować na ognisku?
- czy można dostać obiad o trzeciej nad ranem?

Jeśli ktokolwiek dotrwał do tego momentu informuję, że to tylko mała część tego z czym borykam się każdego dnia.

Dzisiejsze ilustracje do posta powstały podczas krótkiego spaceru. Tak wygląda najbliższa okolica naszego domu - zdjęcia robiłam idąc drogą. Niestety góry były dziś nieco zamglone ale i tak mi się podobało.




















Dotarłam na pagórek na przeciwko domu i zrobiłam kilka zdjęć z tego miejsca.









Fragmenty łąki w postaci wszelakiego kwiecia i moje ukochane modrzewie:



















W niedzielę nasi delegaci odebrali w naszym imieniu statuetkę. Na razie mamy tylko jej zdjęcie. Jest ona z zielonkawego, grubego szkła. Przyjedzie do nas w sierpniu i wtedy się nabiedzę gdzie w starej chacie umieścić tak nowoczesną formę...




Ponadto informuję, że Święta Kobieta założyła wakacyjnego bloga: tutaj, w którym pisze i zamieszcza zdjęcia z pobytu w Bieszczadach. Przyjmijcie ją ciepło - że zacytuję niezapomnianego Piotra Skrzyneckiego.




A w najbliższym weekendowym wydaniu Gazety Wyborczej, w dodatku Turystyka niemożliwie wymądrzać będzie się... niżej podpisana.




*

niedziela, 28 czerwca 2009

Nie na temat

*




Dziś nie będzie o Bieszczadach, o sielankowym życiu i widokach za serce rwących.
Dziś się wkurzyłam.
Kolejny raz "w telewizji pokazali" gadające głowy na temat "problem Żydów w Polsce".
Już nie mam cierpliwości!
Pamiętam jak kiedyś w Szczecinie wsiadłam do tramwaju a od wejścia poraził mnie odór zbijający z nóg. Okazało się, że pochodzi od Pana siedzącego nieopodal. Chociaż wokół niego miejsca było dosyć, pasażerowie stłoczyli się w głębi wagonu. Jegomość ów był nietrzeźwy a na dodatek z pewnością nie był fanatykiem higieny osobistej.
Kiedy siadałam bełkotał zachryple i głośno. O czym? Otóż atakował Żydów. Dawał upust swej pogardzie. Wyrażał życzenie wyrzucenia ich z Polski, która przez wiele lat była żydokomuną. Pan przez te lata "harował", że nic nie posiada w zamian, to ich wina. Żydów.
Znam kilka osób, które przyznają się do narodowości żydowskiej. Żaden nie pachnie jak ten Pan. Pracują i żaden z nich z pewnością tego Pana nie okradł. Jednak Pan i jemu podobni chcieliby się ich pozbyć z naszego kraju ludzi szczęśliwych, dobrych, uczciwych i domytych.
Nie znoszę, nie godzę się na takich Panów lecz ich tolerować muszę w kraju, w którym się urodziłam i żyję nie wadząc nikomu. Smrodliwa i hałaśliwa roślina z miękkim mózgiem może tylko rozsierdzić, lecz pasażerowie tego tramwaju śmiali się serdecznie, chichotali i uśmiechali się pod wąsem. Pełna akceptacja z lekką nutą rozbawienia.
To mnie przeraża, nie ów troglodyta bo on jest faktycznie niegroźny. W kraju demokracji, tolerancji i brudnych paznokci ma pełne prawo wyrażać wszystkie swoje "myśli".
Znam wielu wykształconych, subtelnych i wrażliwych ludzi, którzy przy temacie "Żyd", wygłaszają następujący tekst: "Ja przeciwko Żydom nic nie mam, ale..."
Pewna znana mi Teściowa, gorąca patriotka, człowiek prawy i uczciwy, "gołębie serce" - zwolenniczka teorii ogólnoświatowego spisku Żydów, przy każdej okazji eksploatowała ten temat. Jej synowa długo to znosiła cierpliwie, aż postanowiła zakończyć kolejny płomienny manifest Teściowej - kwestią: "mamusiu, niezbyt miło jest mi to słyszeć, przecież ja właśnie jestem Żydówką. Już dawno chciałam Ci o tym powiedzieć."
Warto było zobaczyć minę tej Prawdziwej Polki gdy zrozumiała, że jej jedyny, ukochany wnuk jest Żydem!
Żyję w kraju katolickim. Co niedziela jakiś porażająco wysoki procent Polaków modli się przed wizerunkiem Wielkiego Żyda. Jednocześnie gardzi przedstawicielami tej nacji - Parchami - jak to soczyście i jędrnie pozwala nazwać przepiękny i cierpliwy polski język. Większość katolików jest również - tak na marginesie - zwolennikami kary śmierci. I to też im się z miłością bliźniego zgadza.
To poczucie wyższości i pogardy przechodzi z ojca na syna, trwa od wieków. Nigdy nie umiałam zrozumieć w czym jest lepszy zapijaczony, ograniczony umysłowo, prymitywny, bekający siedem słów na krzyż - Prawdziwy Polak - od profesora uniwersytetu posługującego się w mistrzowski sposób polską mową, na dodatek, którego rodzina profesorów, poetów, lekarzy czy muzyków żyje i pracuje dla Polski i jej chwały od wielu pokoleń.
Znam ludzi, którzy twierdzą, że rozpoznają Żyda na odległość. W czasach kiedy dieta żydowska nie składa się wyłącznie z czosnku i cebuli, kiedy nie noszą pejsów, chałatów i czego tam jeszcze, są tacy co wiedzą kto Żyd a kto nie. Już ich rozpoznali, nawet jeśli rodowód delikwenta można by wywieźć od Piasta i Rzepichy, stwierdzenie: TO ŻYD, jest największą obelgą, dyskredytującą nieszczęśnika.
Naprawdę nic mnie nie obchodzi, czy ktoś posiada domieszkę krwi żydowskiej, malajskiej czy wenusjańskiej. Obchodzi mnie - co do mnie mówi, co czyni i jak często zmienia skarpetki. I ciężko mi, bo wcale nie czuję się dobrze w naszym polskim, smrodliwym, zatęchłym i zapyziałym sosie, a gdy jestem poza naszymi granicami to często boleśnie doświadczam, że Polak to wcale nie brzmi dumnie.
Żyd, murzyn, gej, feministka, ateista, starsza Pani dokarmiająca koty i legendarny cyklista to wrogowie publiczni tego kraju.
Dlatego pozwalam sobie do gwaru głosów w różnych sprawach, dołączyć swój własny: kochani Prawdziwi Polacy - wolność słowa i poglądów - TAK, akceptacja sraczki myślowej - NIE!









*

środa, 24 czerwca 2009

Mgła, psie smutki i szybkie ciasto.


*




Jak pięknie!
Mieliśmy burzę a ponieważ dzień był ciepły, po deszczu pokazały się mgły. Biegałam z aparatem wokół domu i robiłam zdjęcia. Kocham bieszczadzkie mgły zatem pokazuję plon sesji zdjęciowej.
























Przyjechali do nas goście z Golden Retrieverem. Buba po raz pierwszy spotkała się z przedstawicielem tej samej co ona rasy. Z jakiś powodów poczuła się zagrożona i nie odstępuje mnie nawet na krok. Jest smutna, przeraźliwie smutna! Na dokładkę dzisiaj zrobiłam sprzątanie jej koszyczka z trzepaniem, wymianą powłoczki na poduszkę. W tym celu wystawiłam koszyk na dwór i smutna Buba zrozumiała chyba, że ma wypad z domu. Z jeszcze większym smutkiem weszła do koszyka...













Najbardziej lubię potrawy, które robi się szybko. Oto przepis na szybkie ciasto z jabłkami:



Składniki:
4 jajka
1 szklanka cukru
2 szklanki mąki tortowej
3/4 szklanki oleju
5 jabłek
1 łyżeczka cynamonu
1 łyżeczka sody
1 łyżeczka proszku do pieczenia
bakalie



Jajka ubijamy z cukrem, do tego dodajemy olej, mąkę, proszek do pieczenia i sodę oraz cynamon. Mieszamy.
Obrane jabłka, kroimy w kostkę. Dodajemy i pieczemy w 180 stopniach 45 minut.




Dziś takie minimum słów, maksimum wizji.
Pokażę jeszcze trochę około domowego kwiecia.



Zazwyczaj rdest kwitł nam dopiero w sierpniu a tym roku - proszę!

















Pozdrawiam serdecznie wszystkich odwiedzających!

*

sobota, 20 czerwca 2009

Czego nie muszę w Bieszczadach

*




Trudno definitywne odciąć się grubą kreską od wielu lat "poprzedniego", miejskiego życia. Nawet wśród połonin, łąk i zachodów słońca nawiedzają mnie wspomnienia. Przez kilka ostatnich dni gościliśmy przyjaciółkę ze Szczecina, której nie widzieliśmy od przyjazdu tutaj - czyli już pięć lat.
Wspólny czas spędziłyśmy na gadaniu. Obrazy przeszłości wdarły się falą wezbraną. Uderzył mnie kontrast pomiędzy tym jaka byłam kiedyś a tą Ja obecną. Bez wartościowania tych obserwacji z ulgą konstatuję, że obecnie MUSZĘ mniej.
Przed laty, jeszcze jako bysnes łomen negocjowałam duży kontrakt z przedstawicielami firmy pochodzącej z kraju bogatego, o starych, finansowych tradycjach. Wraz ze wspólnikiem całą noc jechaliśmy ze Szczecina do Warszawy by z rana wszcząć owe negocjacje. Ubranka mieliśmy eleganckie i odprasowane by wygladać świeżo, pięknie i poważnie.
Tuż przed spotkaniem wspólnik chciał się napić kawy i w pośpiechu pijąc - rozlał ją sobie na cudownej urody garniturek. Próby sprania plamy rozkwitłej w okolicy - za przeproszeniem - krocza, nie dały żadnych efektów.
Ja natomiast wbiegając już na schody prowadzące do sali konferencyjnej - potknęłam się i podeszwa mych pięknych, markowych sandałków pękła tak, że część "palcowa" oddzieliła się od części "piętowej". Na amen.
Utrzymanie butka na nodze wymagało przy chodzeniu ruchów posuwisto - szurających.
Kiedy wchodziliśmy do sali gdzie czekali na nas finansowi wyjadacze w nieskazitelnych koszulkach, garniturkach i bucikach, ja balansowałam posuwiście a wspólnik trzymał dłoń na kroczu.
Negocjacje trwały nieprzerwanie dwanaście godzin. Wiele razy musieliśmy wstawać by na tablicy przedstawiać zawiłe zagadnienia frmy. Ja szurając z wdzięcznym zamachem nogą, wspólnik uporczywie trzymając jedną dłoń na - wiadomo czym.
Na nieszczęście przypomniał mi się wtedy wiersz Tuwima: Grande Valse Brillante, w dramatycznej interpretacji Ewy Demarczyk. Zamiast skupiać się na celu spotkania prowadzonego na dokładkę w obcym języku, w głowie huczały mi słowa:
"...i walcuje szurając podwiniętą podeszwą.."
Dostałam głupawki.
Nieskazitelni panowie w czystych i kompletnych ubrankach, chyba do końca nie odkryli powodu, dla którego para niepełnosprawnych ruchowo polskich biznesmenów chichotała i dławiła się ze śmiechu w trudnych do przewidzenia momentach spotkania.
Negocjacje zakończyły się sukcesem. Naszym!
Manifestowaliśmy dobry humor i niezrozumiałą radość życia - co ewidentnie wytrąciło z równowagi poważnych przedstawicieli światowego biznesu.
Dziś już nie muszę ubierać się w drogie, niewygodne szatki a podeszwy mi nie pękają bo rzadko zakładam buty.
Kiedy ostatnio załatwiałam kredyt w banku pojechałam tam prosto z ogródka i nikt się nie dziwił memu wyglądowi bo jestem rolniczką i wolno mi!
Nie muszę też i nie chcę się malować zatem tego nie robię. Kiedyś musiałam. Wszelkie kosmetyczne malowidła przywiezione w Bieszczady powysychały i zakończyły swój żywot w koszu na śmieci. Nie muszę wyglądać reprezentacyjnie! A kolejne zmarszczki nie spędzają mi snu z niepomalowanych powiek.
Zawartość naszej szafy to wyłącznie praktyczne ubrania do pracy.
Dobrze mi z tym.
Dostaliśmy zaproszenie do Warszawy na uroczystą Galę z koncertami, pokazami mody i konkursami na zakończenie której wręczone będą statuetki Miejsca Szczególnego. Wygraliśmy ten konkurs głównie dzięki głosom naszych Gości i postanowiliśmy po odbiór nagrody wydelegować jednych z nich. Z pewnością lepiej będą pasować do takiej imprezy niż my.
Marysiu, Kazimierzu - z góry Wam za zastępstwo dziękujemy!

Nie muszę też pracować na okrągło! Mogę sobie pisać posta bo w domowych pracach pomaga mi od pewnego czasu Święta Kobieta! To autentyczny skarb, brylant i cudo!
Na początek zrobiła cynamonowe bułeczki a potem z każdą chwilą było coraz wspanialej. Dom błyszczy i pachnie czystością, goście nakarmieni i zadowoleni. Ale mi się trafiło!



Wczoraj wieczorem zrobiłam zajęcia dekupażu a potem było ognisko.




Panie malują butelki, panowie zazdroszczą, Buba pilnuje.




Na koniec tradycyjnie kilka zdjęć i znikam bo przecież posta też w nieskończoność pisać nie muszę.












*

Filmowo:


Chata bojkowska

Chata bojkowska

Chata Magoda

Chata Magoda

Widoki z tarasu:

Widoki z tarasu:



Okolice domu

Okolice domu