poniedziałek, 27 kwietnia 2009

Salon w drugiej odsłonie

*

Salon już pokazywałam ale w dużych planach.
Na razie czekam nadal na ładowarkę do aparatu. Dziś pokażę zdjęcia napstrykane wcześniej zanim skończyła mi się bateria.













Moja ulubiona pora dnia: zachód słońca.











Kilka zbliżeń mojego ukochanego mebelka - kredensu.
Dostałam go od taty przed wiekami, wędrował ze mną już ze Szczecina do Poznania (mieszkałam tam kilka lat), potem znów do Szczecina - tam przeprowadzał się ze mną trzykrotnie a w końcu ziuuuu - w Bieszczady.
Zawsze musiałam mieć duże pokoje bo inaczej nie zmieściłby się.
Tak już mam, że tam gdzie kredens - tam mój dom. Czy jakoś tak...
Wysokie szafki po obu stronach kredensu są z innej parafii. Ale pasują idealnie.
Oprócz niezaprzeczalnej urody mebel jest bardzo praktyczny: mieści w sobie całą zastawę stołową na kilkanaście osób!











Na przeciwko kredensu stoi stara skrzynia podróżna. Skóra z drewnianymi okuciami.





Kolejny duży format w salonie to fisharmonia. Byłaby bezużyteczną durnostojką bo my na niej nie gramy ale zdarzają się grający goście i wtedy mamy koncerty!
Fisharmonia stała na niemieckiej ulicy, wyrzucona przez kogoś. Kiedy Maciek zainteresował się nią właściciel sprzedał ją za 100 euro. Jest bardzo stara - sądząc po tabliczkach z tyłu ma ponad sto lat. Jest po renowacji. Długo musiał na niej grać ktoś lewonożny - lewy pedał jest bardziej przetarty.













W salonie wiszą dwa obrazki rysowane ołówkiem. Niestety zdjęcie nie oddaje ich urody.



Maciek kazał mi dopisać, że na podłodze są płytki. Kupiłam je w Szczecinie i tak mi się podobały( do kompletu kupiłam piękne dekory) , że układałam je w szczecińskiej sypialni aby sobie na nie popatrzeć. Mój Maciuś opowiada każdemu kto chce słuchać, że zabierałam je do łóżka.
Przy kupnie płytek wyszło jak działa mózg kobiety. Zamówiłam ich na sto metrów kwadratowych powierzchni. Po odbiór pojechałam swoim osobowym autkiem. Z całej firmy zbiegli się pracownicy aby mnie sobie obejrzeć. Okazuje się, że taka ilość płytek waży 3,5 tony!

Pod dachem jak co roku uwiły sobie niedbałe gniazdko Kopciuszki (ptaszki takie). W zeszłym roku uwiły sobie nad tarasem. Ponieważ ich gniazda są niechlujne, pisklęta często z nich wypadają. Cały czas musieliśmy je wkładać z powrotem. Niestety nasz Niuniuś wyczaił delikatesy, leżał pod gniazdkiem drzemiąc i z czasem wszystkie ptaszki ....




Na koniec garść ogłoszeń:
1) Dostałam 10 wyróżnień ! Niniejszym: Pasjonatce, Bogaczce, Ori, Nettice, Jo-hanah, Rybiookiej, Niedzielce, Anne, Roszpunce i Kamili z całego serca dziękuję!!!!
Wspomnę jeszcze, że od Ori wypłynęła propozycja nominowania Maćka jako jednego ze wspaniałych mężczyzn na co dzień borykających się z życiem ze świrniętymi kobietami. Ori - Maciek jest zachwycony Twoją propozycją!
2) Zapraszam wszystkich do zapoznania się z niezwykłym projektem fotograficznym : www.childrenofbuddha.com - jest to wrażliwa i wspaniała, fotograficzna relacja z życia dzieci w buddyjskim klasztorze w Butanie. Autorem jest Piotr Kowalski, którego kilka zdjęć (tych najpiękniejszych) ozdabia tego bloga.

*

sobota, 25 kwietnia 2009

Wspomnienia


Dziś zebrało mi się na wspomnienia.
Nie pisałam jeszcze jak znaleźliśmy tu swoje miejsce.
Mając tylko 4 dni wolnego przyjechaliśmy w Bieszczady kupić ziemię. Krążyliśmy po drogach i bezdrożach Bieszczadu, pytaliśmy ludzi. Czasu było mało a nic z tego co było do kupienia nie pasowało mi.
Na drugi bodaj dzień dojechaliśmy tam gdzie kończyła się droga. Z naprzeciwka szło w naszą stronę dwóch zawianych mocno Panów. Maciek wystawił głowę przez okienko samochodu i zapytał o ziemię do kupienia i wtedy jeden z nich powiedział: w Lutowiskach Kozamaria ziemię sprzedaje. Spodobała mi się ta Kozamaria.
No to pojechaliśmy do Lutowisk.
Drzwi otworzył nam mały człowieczek, który na początek, kobiecym głosem ochrzanił nas, że nie wchodzimy tylko pukamy bez sensu. To była ona: Maria Koza.
Zaprowadziła nas na pole i pokazała: "od tych habaziów do tamtych wierzbów".
Z trudem powstrzymywałam się aby nie piszczeć ze szczęścia i zachwytu - nad tymi habaziami, nad widokiem!
Natychmiast wiedziałam, że to jest właśnie TO!
Pani Maria była maleńka, chuda, ubierała się po męsku. Była naszym dobrym duchem od początku i najlepszą sąsiadką.
Maciek w Bieszczady wyjechał pierwszy - ja sprzedawałam dom w Szczecinie, załatwiałam ostatnie sprawy. Planowaliśmy, że zanim wybudujemy dom będziemy mieszkać w samochodzie - mieliśmy takiego pół campingowego Dafa. Pani Maria powiedziała, że po jej trupie! Wzięła Maćka pod swój dach, obcego człowieka karmiła i opierała za jedne Bóg zapłać - przez cały miesiąc zanim nie kupiliśmy chaty Paraskewii.
W przerwach między swymi obowiązkami przychodziła mi pomagać, z nieodłącznym papierosem marki "Prymka" w ustach, bez zbędnych słów, choć nawet o to nie prosiłam. Zawsze dzieliła się z ludźmi tym co miała - a miała tak niewyobrażalnie mało!
Barwna była. Wyrazista. Silna, pracowała każdego dnia od świtu do zmierzchu. Klęła strasznie, piła jak chłop. Uczciwa do bólu i honorowa. Piękna w swej prostocie.
Kiedyś Pani z Warszawy miała do niej sprawę. Poprosiła mnie o pomoc w rozmowach. To wyglądało tak:
spotykamy Marię na drodze. Pani z Warszawy powoli, głośno i wyraźnie mówi: Dzień Dobry, Dobra Kobieto!
Koza Maria stanęła obok mnie i półgębkiem pyta: Pani Jadzia, co ona pier..li????
Albo: siedzimy kiedyś z Maćkiem w jej kuchni. Nagle przede mną postawiła talerz z ogromnym kawałkiem mięsa i ziemniakami. Kiedy odwróciła się próbowałam przełożyć mięso na Maćka talerz. Zobaczyła to i pyta co jest? No to Maciek: Jagoda nie je mięsa. Stała tak w tej kuchni, wrośnięta w osłupieniu w podłogę przez dłuższą chwilę. Wreszcie pyta: to co ona k..wa je?!!!!
Maciek do dziś wspomina jak zawiózł ją na targ w Sanoku a tu się okazało, że kupiła kilka prosiąt i kilkadziesiąt kur. To całe towarzystwo oszalałe ze strachu wieźli do Lutowisk. Wrzask, kwik - w samochodzie śmierdziało jeszcze przez miesiąc. Albo jak odbierali razem poród cielaka...
Przyjechała w Bieszczady jako mała dziewczynka ale nigdy nie była dalej niż w Ustrzykach Górnych. Chciałam jej pokazać Wetlinę, nie zdążyłam.
Zginęła dwa lata temu prawdziwie bieszczadzką śmiercią: szła do sklepu po flaszkę i przygniotły ją bale drewniane, które wysypały się z samochodu na zakręcie. Nie miała szans przeżyć.
Spłakaliśmy się z Maćkiem rzetelnie. Do dziś kiedy patrzę w stronę jej domu tak mi brak małej sylwetki uwijającej się wokół obejścia.
Mam nadzieję, że tam gdzie jest teraz, jest tak samo jak w Bieszczadach - kochała to miejsce trudne, okrutne i piękne. Mam nadzieję, że może odpocząć bo w jej życiu nie miała chwili wytchnienia. Ta piękna, prosta kobieta, której trzeba było tłumaczyć pisma urzędowe - była mądra - kierowała się sercem i dawała tak wiele.

*

czwartek, 23 kwietnia 2009

Knysze i okołodomowo.

Ha! Ha! Ha! Bardzo śmieszne! No naprawdę śmieszne bardzo! Ha, Ha!
Kupiłam sobie aparat dla idiotów. A co jest jeszcze niżej idioty?
JA!
Porobiłam zdjęcia przez jedną dobę (no z przerwą na sen i gości) - i po herbacie jak to mówią!
Okazuje się, że dwa dyplomy uczelni humanistycznych nie wystarczą aby kupić aparat i cieszyć się nową pasją.
Bateria padła. No to sprawdziłam w instrukcji a tam stoi, że to specjalna bateria jest!
Z nadzieją głupiego udałam się do sklepu gdzie wzbudziłam popłoch żądając baterii litowej. Nie ma!
No to znów musiałam przez internet. Zamówiłam akumulator z ładowarką. Drogo! A jeszcze muszę dokupić pamięć bo mi tylko na 12 zdjęć starcza. A tak się cieszyłam, ze mam wypasiony aparacik!
Wypaść to ja go dopiero muszę.
Ha, ha, ha!
Przerwa, jak to mówią: orkiestra stop! Czekam na przesyłkę.



Na szczęście udało mi się wczoraj pstryknąć zdjęcie knyszy, które robiłam na obiad gościom.
Jest to danie proste i smaczne a pochodzi z tych stron czyli regionalne.

Jeśli lubi ktoś pierogi ruskie to knysze na pewno będą smakować. Była to prostsza i biedniejsza ich wersja.
Cała bieszczadzka kuchnia (właściwie podkarpacka) charakteryzuje się prostotą. Mnie do gustu najbardziej przypadły gołąbki z ziemniakami, pierogi z bobem oraz knysze właśnie.

Trudno mi podać proporcje bo za każdym razem robię dla innej ilości ludzi i sypię na czuja.
Składniki są takie:

Farsz
ugotowane i utłuczone ziemniaki
biały ser
cebula
przyprawy ( ja daję vegetę, pieprz, majeranek, odrobinę czosnku i zioła jakie przyjdą mi tego dnia do głowy. Dobrze "konweniuje" tymianek)

Ciasto
mąka poznańska
jajko
maślanka
soda
sól

Ubite ziemniaki ubijam z białym serem, cebulę podsmażam, mieszam wszystko razem z przyprawami. Farsz gotowy. Powinien być trochę ostry, "przeprzyprawiony" (no co, nie może być takie słowo?) by potem w cieście było go czuć dobrze.
Ciasto - podane składniki mieszam. Ciasto musi być bardzo, bardzo gęste! Jak się nie daj Boże leje, dosypać mąki. Powinno lekko "bąblować".
Objętościowo farszu robię tyle co ciasta.
Z farszu toczy się małe kulki i wrzuca do ciasta. Delikatnie aby nie rozwalić kulek mieszamy wszystko.
Łyżką dużą nakładamy na rozgrzany olej, smażymy z dwóch stron. Ogień nie za duży, powinny chwilę na patelni leżeć. KONIEC!
Na prawdę pycha. Ja do nich robię sos czosnkowy: trochę śmietany, majonezu i maślanki, sól i czosnek. Może być też koperek świeży, posiekany.




Suplement do posta o drzwiach i oknach. Zapodziały mi się zdjęcia, które poniżej prezentuję:

Okienko w drewutni. Te okiennice były przedmiotem naszego z Maćkiem sporu. Ja chciałam proste, Maciek lubi ozdóbki. Kłóciliśmy się o nie tak długo aż po prostu zrobił po swojemu i pozamiatane.



Jeszcze jedna wersja drzwi wejściowych.



Klamka. Co zresztą widać.



Trochę zdjęć z otoczenia chaty. Nowa wersja wozu.



Na wprost drzwi wejściowych rośnie stara wierzba. Tutaj wierzby to chwasty. Walczymy z nimi i jest to nierówna walka. Żywotność ich jest niesamowita! Aby postawić dom musieliśmy usunąć z korzeniami kilka wierzb. Po kilku dniach wyciągnięte z ziemi korzenie puściły nowe pędy!
Ta wierzba jednak podoba mi się bardzo. Postawiłam przy niej krzywą ławeczkę i lubię na nią patrzeć.





Za wierzbą znajduje się miejsce na ognisko.









Maciek robi nową ścieżkę do domu.



Na koniec zdjęcie jak zalegam przed komputerem. Zazwyczaj jest wokół mnie więcej zwierzątek.



Muszę kończyć, mimo iż miałam jeszcze coś skrobnąć bo mi się post opublikował sam.

wtorek, 21 kwietnia 2009

Drzwi, okna i szuflady

*

Gdyby ktoś odwiedził nas dzisiaj miałby niezłe przedstawienie. Po latach mordowania się z komórką z funkcją aparatu dziś otrzymałam pocztą kurierską aparat cyfrowy! Zamówiłam go jeszcze przed świętami ale w Bieszczady kurierom daleko... Aparacik jest dla kompletnych idiotów, marzę o lepszym ale stać mnie tylko na taki i wybrzydzać nie będę. Biegałam z włosem rozwianym, porzuciwszy obowiązki i potykając się ze wzrokiem szalonym pstrykałam w pośpiechu WSZYSTKO! Jednak najwięcej w obiektyw rzuciło mi się otworów okiennych i drzwiowych. Zatem dzisiaj o tym.
Na początek drzwi. Wejściowe. Z obu stron. A co!
To właśnie te drzwi kończone były na minuty przed przyjazdem pierwszych gości. Pana od drzwi do dziś wspominamy czule.










Nie wiem czy to, że zdjęcia są nieostre to wina aparatu, czy mojego wariactwa. Dojdę do tego.
Za pierwszymi drzwiami są drugie a pomiędzy nimi sień. No to proszę:









Lustro ze starego okna.


W sieni jest okienko, które bardzo lubię. Z tej...



I z drugiej strony.


Teraz okna inne.











I okiennice.



Jak już byłam przy oknach to poleciałam po tych starych, przerobionych na lustra i ramy do obrazków:














Szuflady w nowej wersji. Trochę już ich pokazywałam w innym poście. Na zdjęciu powyżej w lustrze widać trzy szuflady służące za ramki do obrazków. Poniżej szuflady łazienkowe.


Szuflada poniżej pochodzi ze stołu ślusarskiego. Kiedy robiłam jeszcze parawany, pewien wielbiciel zrobił mi niespodziankę - przywiózł w prezencie, ciężarówką stół wielkości domku jednorodzinnego. Źle utrafił - nie było mnie w domu, był za to Maciek, który do dzisiaj z lubością wspomina elegancko przyodzianego wielbiciela, targającego stół wraz z kilkoma chłopa. Po wniesieniu do warsztatu nie wyglądał podobno tak elegancko jak wprzódy. Kiedy skończyłam z parawanami i mebelek ślusarski przestał być potrzebny - pozostały cudownej urody szuflady.



Na koniec jeszcze zaplątały mi się drzwi widziane przez okiennice drewutni.



I tak zastał mnie wieczór...


Mam tych zdjęć jeszcze z pięć tysięcy - wszystkie równie nieostre. Postaram się z tym coś zrobić.
Dobranoc.
*

Filmowo:

Chata bojkowska

Chata bojkowska

Chata Magoda

Chata Magoda

Widoki z tarasu:

Widoki z tarasu:

Okolice domu

Okolice domu