wtorek, 11 kwietnia 2017

O zwierzętach

Koty miałam od zawsze. Często trafiały pod mój dach przypadkiem, często nie miałam wyboru - jak wtedy, kiedy przyszły do mnie dzieciaki z podwórka (jeszcze w Szczecinie) i bardzo podekscytowane wołały abym poszła z nimi. Znalazły coś...tym czymś okazała się szóstka kocich noworodków, jeszcze z nieuschniętymi pępowinkami, wrzuconych do torby po cukrze i zostawionych na cemencie, przy śmietniku. Maleństwa żyły, piszczały ślepe i zmarznięte bo to był kwiecień właśnie. Popatrzyłam wtedy w proszące oczy mojego syna, miał wtedy kilka lat, westchnęłam i zabrałam te sześć nieszczęść do domu.

Odchowaliśmy je, znaleźliśmy domy.

Jakiś czas potem - znowu dzieciaki: proszę pani! Mały kotek, ślepy w kartonie przy śmietniku leży!

No to znowu wzięłam. To był Ptyś - najsłodszy najmilszy ze wszystkich kotów jakie znałam. Wykarmiłam go butelką. Bezkonfliktowy, grzeczny pieszczoch. Troszkę durniutki ale przecież młody - wyrobi się. Był z nami jakieś dwa lata, kiedy zdarzyło się nieszczęście - drzwi wejściowe coś lub ktoś otworzył i dwa nasze koty wyszły na klatkę schodową (nigdy nie wychodziły same). Jednego - Niuniusia znalazłam piętro niżej, Ptyśka nigdzie nie było. Co myśmy robili żeby go znaleźć! Ile plakatów rozlepiliśmy, ile chodziliśmy, wołaliśmy! Każdą wolną chwilę. Szukaliśmy niestrudzenie bo go kochaliśmy, bo był dla nas ważny, bo dał nam tyle miłości, że nie umieliśmy sobie poradzić z myślą, że jest tam gdzieś zagubiony, przerażony i czeka na nas.

Pewnego dnia do domu wpał syn i woła! Jest Ptysiek! uciekł mi ale wiem dokąd. Złapałam ulubione jedzenie Ptysia i pobiegliśmy. Syn po drodze mi opowiedział, że zobaczył go dość daleko od domu, wziął na ręce i wsiadł do autobusu ale z tego autobusu wyrzucił go kierowca (bo koty tylko w transporterkach), i w czasie zamieszania, przestraszony kot wyrwał się i uciekł. Ptyś był piękny: duży i cały czarny, calutki. I za takim rozglądaliśmy się w miejscu do którego doprowadził mnie syn. Jest!!!! Jest!!! Podszedł do nas i zaczął jeść, łzy radości ciekły mi po twarzy. Nagle... przyszedł drugi Ptysiek! Taki sam! I za chwilę następny...Ptysiek! Przy dziesiątym Ptyśku a wszystkie wyglądały identycznie - straciłam nadzieję, że jest wśród nich ten nasz. Bo go nie było. Żaden z tych Ptyśków nie zachowywał się tak jak nasz. Ale każdy był miły, grzeczny i głodny.

I co ja Wam teraz chcę powiedzieć? A to, że wtedy zrozumiałam na czym to wszystko polega. Że każde stworzenie jest cudowne, każde ma w sobie radość i smutek, ból, może cierpieć i może nas kochać. Każde! Któregokolwiek z Ptyśków byśmy wzięli - dadzą nam to samo! Bezwarunkową miłość, zaufanie, śmiech i łzy nasze - kiedy je stracimy. Jesteśmy im to winni! Bo są bezbronne, żyją w świecie, który my stworzyliśmy nie licząc się z ich potrzebami. Mało tego,urządzamy na nie polowania, obdzieramy ze skóry, dręczymy, zamykamy w klatkach, zabijamy w bestialski sposób, wyrzucamy, głodzimy... można tak jeszcze długo ciągnąć to co robimy zwierzętom.

Nie jem mięsa, jajek z klatkowego chowu, nie kupuję kosmetyków testowanych na zwierzętach, nie noszę futer, nie podaję ręki myśliwym. Czas z tym skończyć. Czas mówić o tym głośno i wprost!

"Gdyby zwierzęta wierzyły w Boga, to Szatan w ich oczach wyglądałby jak człowiek"

 
I jeszcze jedno, zawsze znajdą sie osoby, które tym co niosą pomoc zwierzętom zarzucają, że tyle dzieci, tylu chorych ludzi potrzebuje pomocy. No to kochani: pomagajcie! Niech każdy pomaga komu chce, byle pomagał a nie siedział na kanapie i krytykował tych, którzy coś robią. Tyle w temacie.

 
Przed zbliżającymi się Świętami Wielkanocnymi życzę wszystkim abyśmy doczekali świata sprawiedliwego, dobrego dla wszystkich istot, pełnego miłości, akceptacji i spokoju.















Zdjęcia naszych zwierzaków: Buby, Bezy, Mirabelki, Kićki I Burego zrobione przeze mnie i przez Zbyszka Sierko - naszego Gościa :)

Filmowo:

Chata bojkowska

Chata bojkowska

Chata Magoda

Chata Magoda

Widoki z tarasu:

Widoki z tarasu:

Okolice domu

Okolice domu