poniedziałek, 23 listopada 2009

Zmierzch. Fotograficznie

*

Dostałam zgodę na pokazanie zdjęć ze świątecznej sesji do Mojego Mieszkania. Pokazuję zatem jedno z nich na banerku. Autorem zdjęcia jest Kalbar, stylizacja (oraz tekst w MM) jest dziełem Bereniki Ziemkiewicz.
Wykonanie jednego ujęcia zabiera około dwóch godzin: przygotowanie planu, oświetlenie, kadrowanie. W przypadku tego zdjęcia, chcieliśmy aby pojawiła się Buba. Był to wielki sprawdzian posłuszeństwa pieska. Powiedziałam żeby usiadła - to usiadła, ale za nic na świecie nie chciała odwrócić się w stronę aparatu: cały czas patrzyła mi prosto w oczy. A czas leci, a to coś blikuje i zmienić trzeba ustawienie jakiejś blendy, a to ktoś wejdzie w kadr, a to coś jeszcze trzeba przesunąć. Mijają minuty a Buba patrzy mi prosto w oczy. I ja tam widzę pytanie: długo jeszcze???
Efekty zbiorowej pracy będzie można zobaczyć już za kilka dni - czasopismo ma się ukazać 27 listopada.



Od kilku miesięcy mam aparat. Nie spodziewałam się wcześniej, że robienie zdjęć będzie sprawiać mi taką frajdę. Dzisiaj chcę pokazać jak wygląda okolica domu o zmierzchu. To piękna, ulotna pora dnia.
Koniec listopada w mieście to czas szary i brzydki. W Bieszczadach nawet teraz jest ładnie. W poprzednim poście pisałam o urzekającej kolorystyce. Wczoraj na spacerze zrobiłam trochę zdjęć, które - mam nadzieję - udowodnią, że mam się czym zachwycać.


























Fotografując ciągle się wściekam bo mając coś przed oczami , chciałabym uchwycić to na zdjęciu i nie udaje mi się. Naprawdę. Bez kokieterii. Aparat byle jaki, często robię błędy. Pokażę teraz zdjęcie na którym przez przypadek udało mi się złapać to coś. Każdy pewnie wyrzuciłby je do kosza bo jest nieostre ale dla mnie ono właśnie jest najlepsze! To fotograficzny impresjonizm w najczystszej postaci. Jedynym ostrym punktem jest czarny nos szczęśliwej, pędzącej przed siebie Buby. Wokół niej rozmyte, kolorystyczne plamy. Taki obraz niosę w sobie wracając do domu.
Pomyślicie, że mi odbiło. Trudno.



Wczoraj również robiłam zdjęcia koniom huculskim sąsiada.












Hucuły to łagodne, bardzo przyjazne ludziom, małe koniki. Zdecydowanie wolałabym mieć hucuła niż kozy. Poniżej: mama i ciotka nie mają obecnie głowy do pilnowania dziecka. No to kozie dziecko pcha nam się do domu!




Zasypałam postami bloga ostatnio! Teraz będzie trochę przerwy bo robota czeka. Muszę rączkami wykonać całą masę robótek do bojkowskiej chaty. Czekają patchworki ( trzymajcie kciuki - to pierwsze w moim życiu), zasłony, obrusy, narzuty - to tylko szycie. Czekają meble i graty na oczyszczenie i doprowadzenie do użytku, czekają okienne ramy by stać się lustrami...




*

piątek, 20 listopada 2009

Firanki dla kóz

*




Ponieważ post ten zawiera treści drastyczne, osoby nieletnie proszone są o zaprzestanie jego lektury.

Tak. Dzisiaj będzie jazda. O kozach napiszę. Bo dawno nie pisałam. A dzieje się!

Z kozami mi niespecjalnie po drodze. Lubię popatrzeć, czasem mnie śmieszą. Niestety nie pokochałam jak Bubę na ten przykład. Jak mi żrą roślinki ukochane to wręcz nie lubię!
Maciek wprost przeciwnie. Wszystko przy kozach robi - tej roboty za nic w świecie z rąk sobie wyrwać nie da. Mówi, że lubi. Musi wstawać przed szóstą właśnie ze względu na kozy i nie skarży się. Jak ja zaczynam: na co nam te szkodniki?! to się denerwuje i mówi, że on mi bloga nie zabrania a też dużo czasu mi zabiera. Ale argument!
Kozy przypominam są wspólne - kupiliśmy je razem z sąsiadami. Miało być tak, że u nas więcej łąki to całe lato spędzą z nami a jesienią - na zimę sąsiedzi zabiorą je do siebie. I otóż wcale nie! Maciek tak zakręcił wszystkimi i tak zamotał, że proszę - mamy kozy na rok cały! Mnie już od dawna nikt o zdanie nie pyta.
Trzeba było koziarni na zimę? No to nasza drewutnia stała się koziarnią! Drewno na deszczu moknie a kózki mają ekstra mieszkanko! Z ławeczką! Bo każda koza musi być wyżej niż. Musi mieć coś na co może wskoczyć i postać. Jak nie ma to jest smutna - tak twierdzi Maciek.
Drewutnię przerobioną na koziarnię przebolałam bo palenie w kominkach to też Maćka obowiązek i niech się sam martwi jak brak drewutni rozwiązać. Ale zaczęło mnie niepokoić kiedy po skończeniu koziarni Maciek zaczął szukać płynu do szyb. Ponieważ okna w domu myję ja - na początek się zdziwiłam - a na cóż ci płyn ów - pytam? I co usłyszałam????
- Okno w koziarni trzeba umyć, żeby miały czysto!!!!
Jak się weźmie pod uwagę, że koza to stworzenie durne i potrafi robić bobki do wiadra z którego pije wodę, mycie okien dla ich dobrego samopoczucia odebrałam jako przejaw szaleństwa.
To niestety był początek.
Potem usłyszałam, że tyle w domu szmat, może bym dała jakieś firanki to by się w koziarni zawiesiło. Boję się. I mam czego!
Po tygodniach spiskowania poza moimi plecami, wczoraj znienacka Maciek z sąsiadami przywiózł capa. Cap to kozi facet, trudniący się w swym życiu wyłącznie produkcją małych kózek. Czasem też coś je. Mleka nie daje.
Nie bez znaczenia jest też fakt, że śmierdzi przeokropnie! Przysięgam. Podobno wszystkie capy tak mają.
No i my teraz mamy tego capa. Kombinacje nastąpiły przealpejskie, ponieważ ten śmierdziuch kupiony został w kolejnej spółce z jeszcze jednym takim. Kozy mamy z sąsiadami, capa mamy z sąsiadami i tym kimś trzecim. Zaczynam się gubić.
Oczywiście cap jest nie do ozdoby tylko po to by zrobić dzieci naszym kozom.
Z czego ewidentnie wynika, że będzie kóz więcej!
Jak cap zrobi to, czego się po nim oczekuje to powędruje do tego kogoś trzeciego, co też go ma. Podobno u nas nie zostanie. Tyle dobrego!
Zatem w lutym, może na początku marca będziemy mieli małe kózki! A mieć je będziemy na bank bo kozie towarzystwo jest sobą nawzajem żywotnie zainteresowane. Chyba się sobie podobają choć ja osobiście nie cieszyłabym się na ich miejscu takimi zalotami. Cóż, życie jest bogate w treść a i w formy niebiedne, że zacytuję nieodżałowanego Edwarda Stachurę.
A! Na czas pobytu tego koziego Romeła, najmłodsza Ramona jest izolowana, by nie stać się ofiarą koziej pedofilii. Mówiłam, że będzie drastycznie.
Kiedyś zapytałam Maćka dlaczego on ze mną wytrzymuje (łatwo ze mną nie ma), odpowiedział, iż ze mną ma gwarancję, że nigdy nie będzie się nudził. Wygląda na to, że ja na nudy szansy już też nie mam.
No i może dobrze?
Pokażę to całe nasze kozie plemię.

Ruda - ją najbardziej lubię. Ma charakter.



Oczywiście zawsze musi stać wyżej niż.


Jeszcze raz Ruda


I jeszcze raz



Mańka i Ramona czyli matka i córka. Obie głupie.






Tutaj wszystkie razem



Wklejając kozie zdjęcia chciałabym zwrócić uwagę na obecną kolorystykę. Uważam, że jest pięknie pomimo braku liści i żywych kolorów. Te zgaszone zielenie, brązy, szarości i złamane błękity - osobiście uwielbiam! Pejzaż jest surowy ale wydobyły się wszelkie faktury. Niedługo wszystko pokryje śnieg. Gapię się póki mogę.


Koziarnia co drewutnią była.


Okno przez Maćka wymyte


Koziarnia w środku. Jest ławeczka, jest paśnik jeden...


Tu paśnik drugi.



Romeło oczywiście na ławeczce.


Portret ojca naszych nienarodzonych


Drewno z drewutni


Na koniec nieco jesiennej kolorystyki











*



środa, 18 listopada 2009

Cisza i inne dźwięki

*




No tego się nie spodziewałam.
Ilość wpisów pod poprzednim postem przerosła moje wszelkie wyobrażenia. Dziękuję wszystkim, którzy odwiedzając Chatę Magoda zechcieli się ze mną przywitać. Wiedza, że tyle miłych, myślących podobnie osób, zagląda tutaj, sprawia mi radość.
Mamy przyjaciół, którzy zaczęli się obawiać, czy nadmiar serdeczności ze strony czytelników bloga nie przewróci mi w głowie. Dzwonili nawet aby sprawdzić czy nadal jestem taka jak kiedyś, czy już puszczam bąbelki sodowej wody. Zapewniam, że życie - tak jak każdemu zresztą - zapewnia mi systematycznie sporo kopów, zatem utrzymuję stan równowagi.
Aby sprawiedliwości stało się zadość, wynikający z ostatnich komentarzy wizerunek kobiety "niezwykłej, wspaniałej, dobrej i uzdolnionej" muszę uzupełnić o wiele dłuższą listę mych wad.
Niestety jestem: bieszczadzką zołzą (to cytat z opinii wyżej wzmiankowanych przyjaciół), roztrzepaną, upartą, zapominalską, zbyt szybką w gębie, nadmiernie szczerą i niecierpliwą. Wady te wielokrotnie komplikowały mi życie. Wrogów mam pewnie tylu co przyjaciół. A ponieważ przyszło mi żyć z człowiekiem aniołem - w naszym związku niestety to ja muszę grać złego policjanta. Maciek nie uradziłby. Nie umie odmawiać i wielokrotnie musiałam go wybraniać przed jego zobowiązaniami. Ja - ta zła. Wlecze się zatem za mną taka opinia i pół wsi się mnie boi. Szczęściem, reszta chyba mnie lubi.
Jeszcze raz dziękuję za ujawnienie się. Te wpisy pokazały, jak dla wielu z nas istotne są proste zasady i wartości. Pozdrawiam najserdeczniej!
Dzisiaj chcę napisać o tym co odbieram jako muzykę Bieszczadów.
Po pierwsze i najważniejsze: cisza.
Kiedy przyjechaliśmy tutaj, cisza przytłaczała mnie. Nie byłam gotowa na pozostanie z samą sobą, włączałam radio, tv. Dzisiaj wiem, że prawdziwej ciszy nie ma. Nauczyłam się rozpoznawać dźwięki, szelesty, odgłosy. Już nic nie włączam bo nie potrzebuję.
Kiedyś przy śniadaniu pewna Pani opowiedziała pozostałym gościom taką historię:
"W nocy obudził mnie straszny hałas! Usiadłam na łóżku i nasłuchiwałam chwilę. To było bicie mojego serca!"
Serce, często je słyszę tak jak wiatr, skrzypienie drewnianego domu, śpiew ptaków, rechotanie żab, koncerty świerszczy czy ryczenie krów. Psy szczekają, kot miauczy, kozy meczą. Gdzieś pod lampą tłucze się ćma, na szybie bzyczy mucha. Jesienią słychać rykowisko, w lutym wyją wilki. Cały rok pieją koguty.
I kto tu mówi o ciszy!
Późnym latem zaczynają pracować u sąsiadów cyrkularki - drewno na zimę, ktoś jedzie ciągnikiem na pole, gdzieś pracuje kosiarka. Na wzgórzu przy cmentarzu żydowskim powstała strzelnica (ciekawa lokalizacja - nieprawdaż?) słychać strzały. Latem co miesiąc są imprezy: Targi Końskie, Dni Żubra, Dożynki - do późnej nocy wieś się bawi - też słychać.
Las to jeden hałas - szum i skrzypienie drzew, szelest ściółki, czasem tętent przebiegających zwierząt, w górach wiatr, szum ptasich skrzydeł.
W domu pracuje pralka,zmywarka, szumi komputer, goście rozmawiają, dzwoni telefon, skrzypią schody, buba wydaje z siebie najśmieszniejsze odgłosy jakie stworzyła natura.
Tę dźwiękową inwentaryzację zakończę bez puenty.

Pokażę tylko zdjęcia Buby - nazbierało się ich trochę.


Buba czujna


Buba "Zobacz Jaka Jestem Grzeczna"


Buba ogrodniczka


Intensywna produkcja zapałek


Buba szpieg


Buba pasterska


Pasterska ponownie


Buba rozrywkowa


Buba macierzyńska


Buba wiatrem szarpana


Buba szczęśliwa bo brudna


Buba znudzona


Buba szczęśliwa bo mokra


Buba "Mój Ci On!"


Buba "No Co Tak Wolno Idziesz!"


Buba "Mówię Wam Tam Coś Jest"


Buba budowlana


Buba melancholijna


*



Filmowo:

Chata bojkowska

Chata bojkowska

Chata Magoda

Chata Magoda

Widoki z tarasu:

Widoki z tarasu:

Okolice domu

Okolice domu