*

W postrzeganiu świata zasadniczo są dwie szkoły: od szczegółu do ogółu, i - odwrotnie.
Kiedy myślę o moim życiu w Bieszczadach to zazwyczaj widzę małe, drobne zdarzenia, które jak kamyczki układają się w jedną mozaikową całość.
Dzisiaj przedstawię kilka takich kamyczków, zaznaczając z naciskiem, iż nie tworzą one kompletnego obrazu. To kamyczki tematyczne - jak kolory w mozaice.
A temat brzmi:
Nie wiedziałam, że w Bieszczadach:
Zmienią mi płeć i tożsamość!
Mój tato, kiedy dowiedział się, że mama jest przy nadziei, wybiegł z domu i po godzinie wrócił z autkiem zabawką. Śpieszył się bardzo, by zdążyć przed narodzeniem syna - córki jakoś pod uwagę nie wziął. No i wycięłam tacie numer! Nie byłam chłopcem. Chociaż jednak nie do końca.
O naszych dziarskich policjantach z Lutowisk mogłabym długo i z lubością opowiadać. Przytoczę jednak jedną historię i będę się bić po łapach by nie kontynuować. To temat rzeka!
Oto skan mandatu jaki zapłaciłam za przekroczenie prędkości:

Objaśniam, że nie nazywam się tak jak powyżej - podobnie, ale jednak nie tak, a co znaczy "s. Jan"? To, że jestem synem Jana! I tu Tatuś by się ucieszył!!!!
Jestem ostrożnym kierowcą, Maciek nawet twierdzi, że wlokę się jak żółw, mam teraz argument: że to nieprawda bo dostałam mandat za szaleńczą jazdę! Dla uzupełnienia dodam, że jechałam wtedy 70 km/h.
Nie wiedziałam,że w Bieszczadach noc jest taka cicha.
O ciszy już niedawno pisałam, jest niesamowita!
Zdarzają się jednak wyjątki - te się pamięta przez kontrast.
Mieszkaliśmy wtedy w bojkowskiej chacie. Odwiedził nas znajomy, a że zrobiło się późno, miał przenocować. Piętnaście minut po położeniu się spać wiedzieliśmy już, że tej nocy nie zmrużymy oka. Jeszcze nie słyszałam żeby ktoś TAK chrapał! Burza z piorunami, lawina kamieni, start odrzutowca i jedna moja przyjaciółka - razem, nie uczyniłyby tylu decybeli!
Spać się nie dało, włączyliśmy światło a przed nami widok następujący: śpiący znajomy a przy jego głowie siedzący mały Bury (był wtedy dzieckiem), w oniemiałym zachwycie chłonie to potężne "mruczenie". Kiedy znajomy wciągał powietrze z charkotem i świstem, Bury jak wciągany przez wielki odkurzacz zbliżał się do niego, by za chwilę być odepchniętym przez wulkaniczną energię grzmiącego wybuchu! Oczy miał większe od pyszczka i w uniesieniu podszytym nabożnym lękiem przesiedział tak, chrapaniem miotany, wiele godzin do rana!
Innym razem na strychu bojkowskiej odbywała się wielogodzinna schadzka okolicznych kotów. Takie kocie seks party. Każdy chyba słyszał jakie dźwięki one przy tym wydają. Wyglądało to jakby tuzin oszalałych furii robiło krwawą jatkę nad naszymi głowami. Nie spaliśmy i tym razem.
Nie wiedziałam, że w Bieszczadach prawie każdy może być celebrytą.
Ludzi tu mało. Powstało kilka książek o mieszkańcach tej pięknej krainy. Na przykład "Majster Bieda czyli zakapiorskie Bieszczady" Andrzeja Potockiego, gdzie między tekstami o znajomych i nieznajomych, znalazłam wzmiankę o naszej Kozie Marii. W innej "Bieszczadzkie twarze" Jana Jano Dareckiego znaleźliśmy się nawet my. Książka Potockiego napisana z nerwem i potoczyście jest bardzo popularna wśród tych, którzy Bieszczady odwiedzają. Jeden z jej bohaterów bardzo często przesiaduje pod sklepem w Lutowiskach. Za każdym razem gdy go mijam woła w moją stronę śpiewnie "Królooowooo eegiipskaaa! Daj na piwo!" Kiedy przedstawiał mi się kiedyś, usłyszałam "Jestem ( tu padło nazwisko), legenda Bieszczadów!"
Kiedyś kręcił się wokół naszego domu. Któryś z gości go rozpoznał, łapiąc aparaty wylegli wszyscy by zrobić mu zdjęcie. Podbił stawkę i zażądał wina!
Nie wiedziałam, że w Bieszczadach nie każdy bysnes się opłaca. Niedawno opowiedziano mi historię jedynego w okolicy taksówkarza. Założył firmę, dostosował auto, zdał konieczne egzaminy. Przez tydzień stał czekając na klientów pod sklepem w Lutowiskach. Nic! Aż kolejnego dnia zobaczył, że ktoś się zbliża, tak! idzie wyraźnie w jego stronę! Ten ktoś podszedł, otworzył drzwiczki i powiedział: pożycz stówę!
Nie wiedziałam, że w Bieszczadach mieszkać będę na Tajwanie!
Tak się nazywa ta część wsi. Jest jeszcze Meksyk i Chiny. Jak w starostwie w Ustrzykach Dolnych załatwiałam pozwolenie na budowę, to dopiero jak powiedziałam, że o Tajwan chodzi, rozmowa ruszyła z miejsca.
Podobno tak wieś podzielił ksiądz, nazewnictwo też jest jego autorstwa.
Wiele jeszcze tych kamyczków...
Zima złośliwie zasypuje śniegiem przed chwilą odśnieżoną ścieżkę, zamraża szyby w samochodzie, psuje prąd i dostęp do internetu.
Mamy jak w tym dowcipie:
Zmarznięty w czasie śnieżycy turysta puka do bacówki - otwiera baca.
- Macie baco coś do jedzenia?
- Ni!
- To może chociaż wrzątek macie?
- Mom... ino zimny.




Buba przemieszcza się wyskakując wysoko w górę i opadając w zaspę.










































