środa, 29 lipca 2009

Bieszczadzki żywioł ludzki cz. 1

*




Wszelkie podobieństwa do osób i zdarzeń opisanych w tym poście są absolutnie przypadkowe i wynikają z subiektywnej oceny rzeczywistości piszącej.

Od dawna korci mnie aby napisać o bieszczadzkich ludziach.
To temat trudny bo delikatny a szeroki jak rzeka. Nie da się go załatwić jednym postem.
Kiedyś jednak trzeba zacząć.

Kiedy przyjechaliśmy w Bieszczady co chwilę powtarzałam jedno słowo: Dlaczego?
Nie rozumiałam zachowań, zwyczajów, dziwiło mnie wszystko. Równie dobrze mogłabym się znaleźć na Papui Nowej Gwinei. Inna mentalność, odmienne postrzeganie świata, różne bajki.
Nie lepsze, nie gorsze - inne.
Idąc na skróty od razu powiem, że do dziś bieszczadzki żywioł ludzki stanowi dla mnie wielką, nieprzewidywalną zagadkę.
Najprościej przedstawić jest rzecz na przykładach. Podział na kategorie ludzkie pozostawię na potem bo jest coś co łączy większość - skupię się na koncepcji czasu w ujęciu bieszczadzkim.
Po pierwsze, najważniejsze: tu się nie ma czasu na pracę. Niepojęta do końca przeze mnie lokalna definicja życia - pracę wyklucza. Jednak to nie takie proste - bo wszyscy są zapracowani!
Każdy długo opowiada o swym zmęczeniu pracą ale efektów tej pracy nie widać ani gołym okiem ani przez lupę. Taka, można by powiedzieć "praca ukryta".
Mechanik nie ma czasu naprawić auta, stolarz nie ma czasu robić drzwi, krawiec szyć a kierowca jeździć. A czasu nie mają bo tyle pracują!
Tu przerwę na chwilę wywód, pytaniem - czy ktoś to rozumie? Może to ja tylko taka tępa jestem?
Czas pracy to sposobność do załatwiania spraw Ważnych.
I proszę nie protestować jeśli kierowca autobusu zatrzyma się, wyjdzie z szoferki i będzie długo konferował z napotkanym na drodze szwagrem. Pasażerowie poczekają bez szemrania. Pani w sklepie będzie długo rozmawiać ze znajomą jaka jest zapracowana a kolejka stoi i czeka. Bez protestu.
Kiedy wychodzę przed szereg mówię, że nie mam czasu na cudze pogaduszki, jestem głuszona przez... czekających! "No co Pani tak się spieszy !?"
Jeśli umówiliście się z kimś na poniedziałek o 16.00 a on przychodzi we środę o 18.00 to na bank jesteście w Bieszczadach!
Tutaj występuje - niespotykane na tę skalę gdzie indziej - zjawisko "wypadania". "Wypada" wszystkim, że "wypadło" słyszę każdego dnia.
Oto przykłady:
Pan przychodzi do nas i mówi, że ma ziemię do sprzedania. Bardzo mu na tej sprzedaży zależy. My nie kupimy ale znamy kogoś kto kupić chce. Ten ktoś się z Panem umawia na konkretną godzinę, w konkretnym miejscu. Czeka długo, długo - dzwoni do Pana a ten mówi, że mu "wypadło." Coś. Do sprzedaży nie dochodzi.
"Wypada" i nie można przyjść do pracy, "wypada" i nie oddaje się pieniędzy, "wypada" i wszystko co zostało wcześniej ustalone jest anulowane - jednostronnie, bez uprzedzenia.
Wypada w każdej sytuacji, każdego dnia. Przez to wypadanie straciłam wiele godzin własnego czasu.
Sąsiadowi, który ma koparkę i miał nam wykopać fundamenty pod dom, przez miesiąc, codziennie "wypadało". Wreszcie Maciek chwycił za łopatę i fundamenty wykopał sobą. Bawił się przez tydzień z czymś co koparka robi w kilka godzin.
A Pan Drewno do dziś a jest koniec lipca, nie przywiózł nam zamówionego w zeszłym roku drewna na zimę.
Też mu wypada. Każdego dnia. Na pytanie - co konkretnie "wypadło?" otrzymuję odpowiedź wymijającą, udzielaną z niesmakiem: "no wie Pani..."
A ja kurde właśnie nie wiem! Zatem opinia nierozgarniętej przylgnęła do mnie chyba na zawsze.
Inną wersją "wypadania" jest "niewyrabianie się". Ostatnio usłyszałam te słowa od naszego wójta, kiedy zapytałam dlaczego ponad metrowa trawa i chwasty na żydowskim cmentarzu, nie są wykoszone?
Pisałam o tym cmentarzu w poście o Lutowiskach. To miejsce piękne, należy do kulturowego dziedzictwa naszej wsi i Bieszczadów. Znajduje się na nim ponad tysiąc macew, obecnie widocznych jest kilka - tylko dla tych, którzy wiedzą gdzie szukać. Reszta zarośnięta jest bujną i wysoką roślinnością, która w poprzednich latach była wykaszana. W tym roku wójt "się nie wyrobił". Mam nadzieję, że wyrobi się przed śniegami.
Oczywiście są tu tacy, którym nie wypada i się wyrabiają. Te nieliczne jednostki hołubię jak umiem i trzymam się ich pazurami!
Większość tubylców całe godziny spędza na przechadzaniu się, rozmowach. Przesiadują pod sklepem. Kiedy tu pracować? Przecież człowiek się nie rozerwie!
Nie ma czasu na czytanie książek, na zrobienie czegoś rączkami, posprzątanie, naprawienie czegoś.
Codziennie wracając rano ze sklepu na drodze spotykam sąsiada. Codziennie o tej porze jest już mocno nietrzeźwy - no to kiedy ma mieć czas na inne sprawy?
Jest czas pracy - jak widać z powyższych wywodów, którego nie ma.
Jest czas odpoczynku, który jest.
Niedziela jest dniem odpoczynku obowiązkowego. I wtedy wszyscy odpoczywają.
Czas bieszczadzki dzieli się ponadto na czas letni, jesienny, zimowy i wiosenny.
Ludzie mają zatem cztery rozkłady dnia w roku. Każda pora wymusza niejako inne formy aktywności.
Czas siewu i czas zbioru, czas rąbania drzewa na zimę i czas palenia w piecach.
Żyję w zgodzie z porami roku. Podoba mi się to!

Jest też czas w górach. Mierzony inaczej.
Czas zawieszony pomiędzy niebem a ziemią. Zachwycony pięknem gór, zapomina płynąć.
Czas dla siebie.









*

piątek, 24 lipca 2009

Wolim okiem


*





Czas, patrząc nań filozoficznie - to pojęcie względne. Już dawno zauważyłam, że im bardziej jestem zajęta tym więcej udaje mi się zrobić. Kwestia organizacji. Przychodzi jednak, dnia pewnego, moment krytyczny - już nic więcej w dobę nie da się wcisnąć.
Właśnie tak jest teraz.
Dzieje się dużo. Pisać nie ma kiedy.

Pośpiesznie zatem i pobieżnie potraktuję temat remontu chaty bojkowskiej. Praca wre. Pogoda sprzyja.
Zdjęcia zrobione we wtorek, w środę są już nieaktualne - bo powstają już nowe rzeczy!
Fundamenty gotowe, kominy stoją. Dach rośnie.
Wczoraj z zachwytem obserwowałam jak powstaje wole oczko (okno takie, w dachu).
Nie będę udawać, że się na tym znam. Zdjęcia pokażę i już!










To będzie drewutnia.






Kolejne fazy powstawania wolego oczka.










Na koniec ułożymy na dachu gont. Już jest prawie gotowy: ręcznie ciupany. Pokażę jak moczy się w oleju skalnym, który zabezpiecza przed wilgocią, robalami i ma piękny kolor.









W czasie gdy Maciek prażył się w upale na dachu, wyrwałam się na chwilkę z Bubą w miejsce przepiękne - nad San. Zimna woda, widok - koją błyskawicznie. Piesek z zachwytem po wodzie brodzi.
Bieszczady latem!














*

piątek, 17 lipca 2009

Jeden dzień z życia

*





Tego posta dedykuję osobom, od których usłyszałam następujące zdanie: " ach jak ty masz cudownie - wakacje przez cały rok!"

O godzinie 6.30 budzi mnie dzwonek komórki. Starałam się wybrać najłagodniejszą muzyczkę ale i tak jej nienawidzę. Od wielu miesięcy, może lat mam deficyt snu. Jestem tak zwaną sową, rozkręcam się rano powoli. Co najmniej kwadrans siedzę bezmyślnie wpatrując się w nie wiem co, kiwając się w tył i w przód. Maciek stawia przede mną kubek herbaty.
Przez następną godzinę jestem jak robot. Przygotowanie śniadania dla dziesięciu gości zabiera trochę czasu. Są to te same, powtarzające się czynności. Już przy nich nie myślę.
Kiedy goście zjedzą, sprzątam po śniadaniu, myję naczynia i tak dalej - zajmuje to kolejną godzinę. Jest już 10.30, w międzyczasie kilka telefonów i maili.
Na własne śniadanie nie mam czasu bo muszę jechać po zakupy. Codziennie obiad jest ze świeżego, zależy zatem od tego co dziś "rzucą na sklep".
Wiejski sklep w Bieszczadach różni się od miejskiego tym, że piękny widok z niego się roztacza. To wielki plus.



Ale jest i druga strona - marne zaopatrzenie, nie ma w nim połowy tego, czego potrzebuję by karmić tylu ludzi. Są też ceny - najwyższe z najwyższych. Goście często po wizycie w sklepie opowiadają mi przerażeni jak u nas drogo.
Jak bym o tym nie wiedziała...

Do sklepu zawsze jeżdżę z Bubą.





Buba odpuściła sobie budowę - nudno tam dla pieska. Całe dnie spędza ze mną. Myślałam, że dlatego pcha się do auta bo pokochała jazdę ale się myliłam, chodzi o koty. Buba koty kocha chyba najbardziej ze wszystkich stworzeń na świecie. Podziwia je, wielbi poddańczo. Kiedy jedziemy autem wypatruje przez okno kotów właśnie. We wsi sporo się ich kręci. Kiedy któregoś zauważy wpada w mistyczny stupor: nie widzi nic poza tym, nie słyszy. Telepie się z podniecenia i zachwytu: PAN KOT!
Pod sklepem czeka grzecznie w autku. Przesiada się tylko na siedzenie kierowcy.



Obładowana torbami (zakupy robię zazwyczaj na dwa koszyki) wracam do domu. Muskuły od tego noszenia mam takie, że sam Pudzian poczułby respekt.
Jest około południa. Jeśli goście nie wyjeżdżają tego dnia to luz - mogę napić się herbaty - jeśli wyjeżdżają to trzeba szybko sprzątać pokoje, prać pościel, ręczniki, dywaniki... Ostatnio jednego dnia wyjechali wszyscy i tego samego - wszyscy przyjechali. To był bal!
Pralka chodziła dziesięć razy pod rząd.

Pranie w Bieszczadach schnie z widokiem.



Pora na przygotowanie obiadu. Zazwyczaj to jakieś trzy godziny. Czasem więcej.

Żal mi Buby, która uwielbia spacery. Trzymając się przy mnie, nudzi się niemiłosiernie.



Codziennie zatem staram się iść z pieskiem na spacer choćby taki króciutki.
Wczoraj spotkałyśmy krowy.



Krowy też mają widok.



Poza tym są piękne zatem je pokażę.









Buba jako rasowy pies myśliwski wytarzała się w krowim placku (chodzi o nabranie znanego krowom zapachu - wtedy się nie płoszą). Z daleka to widziałam - nie zdążyłam zareagować.
Wielką radość i pociechę niesie obserwacja zachowań miejskich ludzi w obcym im środowisku przyrodniczym. Człowiek miasta najchętniej wjechałby autem wszędzie - po co przebierać nogami jak się ma samochód?
I właśnie wtedy takich spotkałyśmy. Buba jak to Buba podbiegła pomerdać ogonem i człowiek miasta taką ufajdaną pogłaskał.
Potem było najlepsze.
Najpierw zaczął się rozglądać na boki, potem oglądał swoją rękę, potem ją powąchał, potem pocierał ręką o słupek a jak go mijałam to gmerał rączką w kałuży. Czasem wychodzi ze mnie wredna żmija ale ubawiłam się po pachy.
Dorzucę nieco widoków ze spaceru.









Do domu szybko bo późno już! Obiad!
Trzeba porozkładać talerze i sztućce, filiżanki, serwetniki, pieprzniczki, solniczki, cukierniczki. O!
Potem trzeba żeby jedzenie było gorące i do waz, na półmiski! I się nosi.
Jedzą.
Potem się zbiera i myje gary.
Niby koniec obiadu ale tak jest tylko wtedy gdy wszyscy goście są w domu i nikt nowy nie dojeżdża - bo wtedy się robi dwa obiady, czasem trzy - goście docierają o różnych porach do nas.
Albo jak ktoś się spóźni to też jest już inaczej.
Przez cały dzień oczywiście standardowo: karmienie kotów, karmienie psa, robienie kozich serów, pilnowanie Burego żeby nie kradł, sprzątanie, odkurzanie, mycie. W przerwach piszę posta na blogu. Często ktoś wpada bez uprzedzenia.
A! Ogródek! Pielenie, jak upał - podlewanie.
Podlewanie kwiatów na tarasie. Codziennie.
Proszę oto kilka widoków tarasowych.























Często wieczorem jest ognisko. No to trzeba przygotować kiełbaski, dodatki. I rozpalić.
Sortowanie śmieci. Butelki osobno, plastiki osobno. Zielone - dla kóz.
Dziesiątki pytań od gości - tyleż odpowiedzi. Co chwilę. Nie będę cytować.
Telefony nie ustają.
Wieczorem wszystko trzeba posprzątać.



Goście już śpią. Ja jeszcze się snuję - wyciągam naczynia ze zmywarki - psuje się zołza i niedomywa!
A przetwory? Drzemy, grzyby. To wszystko nocą.
Odpisać na maile trzeba. Ponosić Niuniusia.
Pozbierać pranie i poskładać.
Ruszam się jak zombie.
Już po północy.
Czytam jedną kartkę książki ale nic nie rozumiem więc gaszę światło.


O 6.30 budzi mnie...




W następnym poście pokażę jak wakacjuje Maciek. Remont bojkowskiej chaty idzie do przodu.


*

Filmowo:

Chata bojkowska

Chata bojkowska

Chata Magoda

Chata Magoda

Widoki z tarasu:

Widoki z tarasu:

Okolice domu

Okolice domu