poniedziałek, 14 grudnia 2009

Grudzień

*




Zacznę od wyników losowania. Nie spodziewałam się, że będzie konieczne, myślałam, że może ktoś zechce przyjąć obrus i makatkę, no to wyślę, a tu tyle osób chętnych! Z braku czasu zapisałam w dwóch kolumnach te Panie (bo Pana żadnego nie było), ponumerowałam, a sierotkiem był Maciek. Kazałam mu podać dwie liczby od jeden do.. I po wszystkim.
Obrusik poleci na emigracyjny, wigilijny stół Pauli71 a makatka do Eugenii. Proszę obie Panie o podanie adresów. Gratuluję!

Odwaliłam masę dobrej roboty! Wypucowałam, poprałam poprasowałam już prawie wszystko. Rąk i pleców nie czuję! Ale jak się rozglądam wokół siebie to mi dobrze. Mam nadzieję, że ten fengszuj zadziała również nie tylko na samopoczucie ale na całokształt, bo po całym dobrym roku, grudzień dowalił nam niespodziewanie kłopotów i zmartwień. Od pierwszego dnia grudnia się zaczęło i tak po kolei każdego dnia. Spotykamy się z Maćkiem wieczorami, bo on w bojkowskiej chacie fedruje - ja w domu, i wymieniamy się wieściami o kolejnych najnowszych kataklizmach. Już tyle tego jest, że łapie nas głupawka. Przykład: wraca Maciek i mówi - zepsuła się szlifierka! Patrzymy na siebie i wybuchamy śmiechem. No to ja mówię - byłam w banku, skończyły się pieniądze na remont bojkowskiej! Teraz już ze śmiechu nie możemy ustać więc walimy się na ziemię i wyjemy jak durni. Na to Maciek dławiąc się ze śmiechu: nie wiadomo kiedy energetyka podłączy prąd do bojkowskiej! Przez łzy wtedy chrypię , że goście odwołali świąteczną rezerwację i będziemy w święta mieć pusty pokój. I tak sobie dalej ciągniemy listę, dopóki się nie zmęczymy tym śmiechem. A następnego dnia dochodzą nowe rozrywkowe wieści. Trzeba przyznać, że jak się coś psuje (a popsuło nam się tak około połowy sprzętu), to nie tak zwyczajnie, tylko naprawdę śmiesznie. Kiedy Maciek wyciąga swoją komórkę aby gdzieś zadzwonić, biegniemy z Bubą szybko bo zawsze wtedy jest fajnie. Wczoraj jak próbował wysłać sms to komórka zamiast tego - robiła zdjęcia, a jak próbuje znaleźć numer do kogoś to wtedy właśnie - wysyła sms - do kogoś innego. Poza tym nic w niej nie słychać. Uwielbiam być przy tym jak Maciek huczy: "przepraszam, ja nic nie słyszę, to szybko powiem o co chodzi i będę się rozłączał". Drze się przy tym tak, że słychać go wieś dalej.
A jak fajnie popsuł się telewizor! Nadaje tylko jeden program - dwójkę. Jak koniecznie chcemy zobaczyć coś na jedynce to trzeba ją kodować. Jak się wyłączy telewizor to już po ptakach - trzeba kodować ponownie. Ale najlepsze jest to, że kanał na którym się kodowało - znika! Ponieważ tych kanałów jest ( a raczej było) 99 to wyliczyliśmy kiedy nam się skończą. I wtedy zostanie ta dwójka. Ale telewizor to najmniejszy pikuś bo i tak mało w niego patrzymy.
Grudzień to zawsze dla mnie czas podsumowań. Tak mam. Dziwny to był rok. Wydarzyło się dla nas dużo dobrego, mogliśmy wreszcie wziąć się za remont bojkowskiej, przeżyliśmy wiele dobrych, miłych chwil, poznaliśmy wielu nowych, wspaniałych, wyjątkowych wręcz ludzi, obdarzeni byliśmy dowodami przyjaźni przez tych, których już znamy.
W tym roku też odszedł po pięknym, długim życiu, najwspanialszy mój przyjaciel - Niuniuś. Zetknęliśmy się również z ludzką "bezinteresowną" nieżyczliwością. Niezrozumiałą, niepojętą wręcz agresywnością - tym bardziej cieszymy się, że mieszkamy tutaj, z dala od zgiełku i miejskiej nerwowości.
Wygrany konkurs w Czterech Kątach, blog pewnie też - skierowały na nas zainteresowanie mediów. Kilkukrotnie musiałam odmawiać wizyty w jakimś studiu telewizyjnym czy radiowym. Zazwyczaj miały to być audycje o wariatach takich jak my, którzy zmienili swoje życie. Nie szukamy popularności, jesteśmy bardzo kameralni i naprawdę najlepiej czujemy się w naszym bieszczadzkim domu. Telepanie się po polskich drogach przez wiele godzin po to by przed kamerami, na "wizji" odpowiedzieć na jedno pytanie - wydaje mi się ekscentrycznym pomysłem.
Był to także rok nowych pomysłów, które będziemy chcieli zrealizować. Jest ich wiele i wszystkie kuszą. Mam nadzieję, że życia starczy!

W przerwach, kiedy nie robiłam za Pucfrau, dla relaksu popełniłam na szybko kilka drobiazgów świątecznych i nie tylko. Dekoracjami dopiero chcę się zająć (wymyśliłam małe choinki z lnu do pokoi gości i jedną większą plecioną z rdestu i brzozowych witek) ale ponieważ do bloga wrócę dopiero po Nowym Roku to już ich wtedy nie będę pokazywać bo to by była herbata po obiedzie. Pokażę zatem co uczyniłam w rączkach pauzując między praniem a szorowaniem podłóg i ścian.

Na początek lniane ubranko. W każdym pokoju leżą informatory z telefonami, bieszczadzkimi atrakcjami, adresami i godzinami otwarcia, rozkładem jazdy lokalnych autobusów i tak dalej. Wydrukowałam je i zbindowałam trzy lata temu. Każdy dostał ozdobną okładkę - ale te okładki już dość są podniszczone. Uszyłam zatem lniane okładki. Z kieszonką na foldery. Jeszcze muszę uszyć dwie. Okładki te.
Oto efekt:













Postanowiłam rozjaśnić ciemny kącik przy stole. Latem i jesienią nasuszyłam sporo "badziewu", teraz chlapnęłam go śniegiem w sprayu, omotałam choinkowymi światełkami i efekt mnie zadowala. Kącik tworzy nastrój, którego na zdjęciach pewnie nie widać - aparat też się psuje!













Miłym zajęciem było uszycie kolekcji serduszek. Tegoroczne święta u nas, to będą głównie białe i lniane ozdoby, serduszka też są takie. Z nadprodukcji rdestowej porobiłam wianuszki i zawiesiłam w sieni.
























Kiedy zamieszkaliśmy przed laty w bojkowskiej chacie, zastaliśmy ją taką jaka była za życia Paraskewii. Wisiało tam dużo kwietnych wianków i bukietów - Paraskewia kochała kwiaty. Niestety ze starości ozdoby te rozpadały się już w rękach. Zrobiłam do bojkowskiej kwietny wianek a'la Paraska.










Zapowiadany śnieg pada! Za oknami biały lecz pochmurny świat. Słońce wyjdzie pewnie za kilka dni jak odpracuje ten śnieg. Święta zapowiadają się piękne!
Kochani! Dziękuję Wam za ten wspólny, mijający rok! Wszystkim tu zaglądającym życzę przede wszystkim bliskości w Święta! Aby nikt nie czuł się wtedy samotny. Aby w Waszych sercach zagościły spokój i miłość!
A Sylwester, aby był taki jak sobie każdy życzy. Z radością i uśmiechem wejdźcie w Nowy Rok!
Do zobaczenia!




I trzymajcie proszę dzisiaj kciuki mocno, o 17.00 Buba ma operację.


*

wtorek, 8 grudnia 2009

Przedświąteczny fengszuj

*



Uwielbiam czystość, porządek i ład! Głęboko wierzę, że są one absolutną podstawą we wszystkich dziedzinach życia. W każdym państwie, na świecie, we własnym domu.
Każdy podręcznik Feng Shui zaczyna się od słów, które brzmią mniej więcej tak: uporządkuj przestrzeń wokół siebie. Potem zaczyna dziać się dobrze.
Co jednak zrobić, jak się mieszka pod jednym dachem non stop z kilkunastoma osobami, po których się sprząta, pierze, dla których się gotuje i robi zakupy? Jeśli ciągle po domu pałętają się zwierzaki i w dodatku, jak się ma manię zbierania gratów (widzę siebie jak na stare lata grzebię po śmietnikach zbierając nadgryzione rzeczy do dziecięcego wózka...). Poza tym jeszcze, jak się zbiera wyposażenie całego domu (bojkowska chata w remoncie) a wszystko to ze względu na gości upychane jest poza ich oczami - czyli po prostu w naszym mieszkaniu. Każdy milimetr u nas zawalony jest stertami rzeczy niezbędnych - ale jeszcze nie teraz, tylko - za pół roku może. Potykamy się o kartony, meble, mebelki, ze ścian czyha na nas to co się dało zawiesić. Z szafy się wysypuje, w szafkach trudno coś znaleźć bo przyłożone zostało kolejnymi warstwami czegoś następnego. Z braku czasu, to co się przestało używać, odkłada się tam gdzie jest jeszcze ślad miejsca.
Przez ostatni tydzień idę jak burza przez cały dom. Zaczęłam od strychu, który stał się bezużyteczny bo włożony jakiś miesiąc temu kolejny karton dopchnął całą strychową przestrzeń i nie było już miejsca na postawienie nogi aby na strych ów wejść. Powyciągałam zatem wszystko. W internecie zakupiłam specjalne pudełka (kartony się rozpadają), porobiłam naklejki na pudełka, posortowałam wszystko, poukładałam, pownosiłam pudła na strych. Uff...
Potem wzięłam się za pokoje. Kiedy się sprząta po wyjeżdżających gościach a tego samego dnia przyjeżdżają następni - to siłą rzeczy nie da rady wypucować wszystkiego. Teraz jest czas na pranie kap, dywanów, dywaników, zasłon i firanek, szorowanie wszystkich szparek szczoteczką do zębów, doprowadzenie podłóg do stanu nowości (piękne modrzewiowe deski w pokojach zostawiliśmy nielakierowane).
Samo sortowanie materiałów i przygotowanie zestawów do patchworków zajęło mi trzy dni: prucie, pranie, prasowanie.
Jutro Maciek wywiezie do ludzi kolejny worek rzeczy, z którymi - z bólem - postanowiłam się rozstać.
Robię więc fengszuja!

Jakiś czas temu zaproponowano mi uczestnictwo w akcji rozdawania wyrobów pewnej firmy czytelnikom bloga, oczywiście kusząc mnie prezentem. Nie podoba mi się pomysł wykorzystywania blogów do takich marketingowych działań. A widzę, że stało się to pewną tendencją. Wskaźniki sprzedaży tej czy innej firmy to sprawa jedna a blog to druga. Dla mnie się nie łączą. Nie powinny. Nie chcę brać udziału w tego typu akcjach. Piszę o życiu w Bieszczadach.
Ponieważ pozbawiłam czytelników firmowych prezentów, mam w zamian fengszujowe. Znalazłam w kartonowych przepastnościach świąteczny obrusik i kuchenną zawieszkę. Stare, używane. Ale może spodobają się komuś? Jeśli ktoś chce dostać jedną z tych rzeczy - proszę zostawić komentarz ze wskazaniem o którą chodzi. Jeśli chętnych będzie więcej - wylosuję do kogo powędrują. Na zamówienia czekam do 14 grudnia - tak aby mogły dotrzeć jeszcze przed świętami.

Oto zdjęcia obrusa, stan bardzo dobry:









Haftowana kuchenna makatka. U góry jest postrzępiony brzeg, ale można ją podłożyć. Ja tylko zaprasowałam. Jest bardzo piękna, niestety w kuchni nie mam już miejsca na ścianie by ją powiesić.










Mamy z Maćkiem problem! Cap powędrował do tego kogoś trzeciego co jest już teraz jego wyłącznym właścicielem a my się zastanawiamy: czy nasze kozy w tej ciąży są czy nie. Wymyśliłam, że może zrobić test ciążowy ale w Lutowiskach jest jedna apteka, więc jak pójdę po ten test, to się zacznie gadanie. A pewnie jeszcze większe jak by poszedł Maciek! A z drugiej strony - nie wiemy czy taki ludzki test działa u kóz? Może ktoś wie? Do weterynarza nie zadzwonimy z pytaniem bo chcemy zachować resztki szacunku. Już i tak od dawna dziwnie na nas patrzy. Dokładnie od czasu jak chciałam kąpać kozy.
Bardzo proszę się z nas nie śmiać!
Sprawa jest na tyle ważna, że jak w tej ciąży nie są to trzeba by zrobić "powtórkę". A lada moment w Bieszczadach spadnie śnieg i transport capa nie będzie możliwy - obecnie przebywa w takim miejscu gdzie nie dojeżdża samochód.

Miejscowi mówią, że "śmierdzi śniegiem". Kot bury wyhodował sobie zwały zimowego tłuszczu i wygląda jak własna karykatura. Jak się patrzy na niego z tyłu to tylko wielki tyłek widać - znaczy - zima będzie ostra!


Bury z nadwagą:



Na koniec kilka obrazków z wczorajszego spaceru:




















*

piątek, 4 grudnia 2009

Kulturalnie

*




Pomyślałam sobie, że obraz bieszczadzkiego życia nigdy nie będzie pełny jeśli nie napiszę o wspaniałych, twórczych, mieszkających tu ludziach.
Na początek nieco muzyki. Zespół Tołhaje. Przed przeprowadzką w Bieszczady trafiłam w internecie na jakiś fragment ich utworu, słuchałam tego na okrągło! Potem, jako bieszczadzka kobieta już - poznałam członków zespołu osobiście, byłam na ich koncercie, mam ich płytę. Cieszę się serdeczną życzliwością Janusza Demkowicza, który wraz żoną Magdą, bardzo nam na początku naszej agroturystycznej drogi pomogli.
Młodzi, zdolni i do tego Wspaniali Ludzie!
Kliknijcie na obrazek poniżej i posłuchajcie. Oczywiście o ile czegoś nie pokręciłam. Muzykę wstawiam pierwszy raz.




Cały post dzisiejszy będzie o ludziach, których znam i lubię.
W najbliższej Lutowiskom wsi Czarna jest galeria Barak prowadzona przez Różę i Krzysztofa. Sami są artystami, robią przepiękną ceramikę, organizują warsztaty ceramiczne z których często korzystają nasi goście. Zawsze z tych zajęć wracają uchachani, zadowoleni i z własnymi wyrobami! Ja też pod okiem Krzysztofa wykonałam sobie ceramiczną rybę.
Tak na marginesie Krzysztof tak jak my, przyjechał w Bieszczady ze Szczecina.

Oprócz własnych prac, w galerii Róża i Krzysztof prezentują twórczość najciekawszych bieszczadzkich artystów.
Moimi ulubionymi są Katarzyna Szulc-Rozmysłowicz, której akwarele pokazane są na stronie galerii, ( Kasię kochamy wraz z Maćkiem za całokształt!) i Tomasz Żyto-Żmijewski .

Kolejną postacią, którą chcę pokazać jest Zdzisław Pękalski. Ten cudowny wariat od wielu lat sprawia, że Bieszczady są dzięki niemu barwniejsze. Z pasją maluje na starych deskach, drzwiach i drewnianych misach wizerunki świętych. To, że jego święci czasem mają rogi wynika z wyjątkowej osobowości twórcy. Poniżej kilka zdjęć i link do autorskiej strony.



Pękalski stworzył w Hoczwi muzeum, w którym jest też oprowadzającym. Kiedyś pojechałam tam z synem, byliśmy jedynymi gośćmi, mimo to otrzymaliśmy ponad godzinny spektakl w wykonaniu autora, złożony z opowieści, anegdot, straszenia, dęcia w rogi i wszystkiego co tylko można sobie wyobrazić. Byliśmy pod wielkim wrażeniem jego niespożytej energii i wyobraźni.











W Bandrowie Narodowym mieszka Irena Trojnar, od której uczyłam się pleść koszyki. Z wikliny, słomy, brzozowych witek potrafi wypleść wszystko! Cerkiewki małe i duże, konie, owce i koguty, wozy i oczywiście koszyki. Niezwykle twórcza i pracowita osoba a do tego zawsze uśmiechnięta i życzliwa!

Nasza była sołtyska z Lutowisk - Jadwiga Sauter robi takie frywolitkowe cuda zwane Bieszczadzkimi Łapaczami Snów:




Tutaj można znaleźć namiary na wielu bieszczadzkich artystów.

Bieszczady doczekały się wreszcie ciekawego czasopisma.



W ostatnim numerze tego miesięcznika jest artykuł o mamie mojej bieszczadzkiej przyjaciółki - artystce Hannie Juraszyńskiej oraz o Lutowiskach! Do lektury tego świetnie wydawanego pisma serdecznie zachęcam, jest dostępne w sieci Empiku.
To kropla w morzu naszej lokalnej twórczości. Wiele osób pisze ikony (bo ikony się pisze - nie maluje), haftuje, rzeźbi, maluje, pisze książki i fotografuje. Wzięłam się jednak na poważnie za porządki i czasu na szerszą prezentację brak. Skupiłam się jedynie na tych, których znam towarzysko i lubię.
Pozdrawiam serdecznie i znikam!

A! Zapomniałabym! Na ekrany kin wszedł film pochodzącego z Podkarpacia, Wojciecha Smarzowskiego "Dom zły", fabuła dotyczy historii rozgrywającej się w Lutowiskach! Ponieważ do najbliższego kina mamy 60 kilometrów w jedną stronę a nigdy nie wiadomo, czy projekcja filmu się odbędzie (niezbędna minimalna ilość widzów) to pewnie poczekam na DVD. A może już ktoś ten film widział? Po niesamowitym Weselu spodziewam się filmowej uczty.


*

Filmowo:

Chata bojkowska

Chata bojkowska

Chata Magoda

Chata Magoda

Widoki z tarasu:

Widoki z tarasu:

Okolice domu

Okolice domu