środa, 18 stycznia 2012

Koncert życzeń


Dziś koncert życzeń, tyle osób prosiło mnie o : relację z wejścia na górę, relację z wrażeń afrykańskich, wieści z Bieszczadów, że zakasuję rękawy zanim tematów naskłada się więcej niż kiedykolwiek będę w stanie przerobić.
Nie będę pisać szczegółowo jak tam się wchodzi  - w internecie jest bardzo dużo na ten temat. Napiszę o tym czego mnie, wejście na Kilimandżaro nauczyło. Bo nauczyło.
Pierwsze dwa dni podejścia to była masakra, czułam się, jakby góra  z każdą chwilą odbierała mi energię i siły. Było coraz gorzej, chcę tutaj podziękować najserdeczniej Krystynie, która widząc  moje zmagania, pomagała jak mogła i wreszcie zadała pytanie: co się dzieje? No właśnie! Sama bym to chciała wiedzieć. Nie było wyjścia, musiałam sobie samej na nie odpowiedzieć.
To było spotkanie mnie ze mną. Sprawa wewnętrzna, problem mieścił się w głowie. Wyjście na przeciw własnym, przez życie całe wyhodowanym na piersi demonom. Spotkanie bolesne i - jeśli chciałam iść dalej - nieuniknione. Każdy takie spotkanie chociaż raz w życiu powinien odbyć, lub jeśli tego zrobić nie chce - nie powinien od życia żądać zbyt wiele.
Mnie się udało, dałam radę.  I teraz wiem, że dam radę wszystkiemu. Wejście na górę to  nie była kwestia treningu, kondycji, odpowiednio wyćwiczonego ciała. To była kwestia wewnętrznej harmonii lub jej braku.
Wierzcie mi, ostatni odcinek, ponad tysiąc metrów w górę, pokonywałam  nocą, od dwóch dni już prawie nic nie jadłam bo jedzenie było delikatnie mówiąc nie świeże, byłam niewyspana, wymęczona dotychczasową drogą, zziębnięta i do oddychania miałam tylko połowę tlenu jaką powietrze zawiera na wysokości poziomu morza. Nie miałam już sił od dawna, szłam całą noc na "pustym baku" i - doszłam!  A przecież realnie na to patrząc - nie powinnam.
Jestem bardzo szczęśliwa z tego powodu,że się tam wybrałam.
Tej nocy była pełnia, było tak jasno, że nie musiałam używać latarki. Marzłam, strasznie wiało ale było ... no właśnie, jak? Niesamowicie! Odłączyłam się od grupy, poszłam przodem bo lubię w górach chodzić sama. Jednak na Kilimandżaro na każdym kroku widać informację: "nigdzie nie chodź sam". Przewodnik przydzielił mi do opieki jednego z tragarzy. I tym sposobem spotkałam  najprawdziwszego Anioła w dodatku czarnego. Bo tylko Anioł tam i wtedy - wierzyłby tak nieugięcie we mnie, że  wlezę. A on wierzył i nie chcąc go zawieść, wlazłam!
Anioł nazywał się Hassan i - to jedyne co o nim wiem na pewno, ponieważ ja zdecydowanie więcej znałam słów w suahili niż on po angielsku. Nie przeszkadzało nam to jednak by przez wiele godzin kłapać dziobami. Może mam nie po kolei ale wtedy myślałam, że wszystko rozumiem. I przyszedł moment gdy dotarliśmy na górę, do szczytu było jeszcze jakieś półtorej godziny ale miałam już widok na krater wewnątrz i - niewiarygodnie piękny wschód słońca! Anioł stanął twarzą do jaśniejącej przed nami doliny i wyśpiewał hymn do góry, słońca i Afryki w jednym. To było porażająco prawdziwe, piękne i pełne pierwotnej więzi z naturą, organicznie szczere, spontaniczne i wielkie. Była w tym radość, miłość i dobro w czystej postaci.
Myślę, że mam wiele szczęścia, że  dane mi było zobaczyć i przeżyć ten mistyczny spektakl ot tak! po prostu. Tego typu atrakcje nie należą do programu, nie dostanie się ich za żadne pieniądze. Cieszę się, że życie przygotowało mnie do tego i umiem to docenić, że od razu, tam na miejscu rozumiałam co się dzieje. W jednej chwili poukładało mi się w głowie więcej niż  przez ostatnie kilka lat.

Cała góra pokryta jest wulkaniczną lawą:
 Po zejściu z góry byłam tak zmęczona, że zgubiłam kartę na której miałam ponad pięćset zdjęć. Mogłabym oczywiście rwać włosy z głowy ale co by mi to dało. Dzięki wspomnianej już Krystynie, właścicielce biura podróży, które zorganizowało nasz wyjazd, mam trochę zdjęć - bo mi przysłała własne, mało tego, pozwoliła kilka z nich pokazać tutaj. Dziękuję Krystyna!!!!
Poniżej, z Aniołem na górze i kilka obrazków z trasy:



  Nie chcę powtarzać truizmów o odmienności Afryki. Mnie uderzyło, właściwie - waliło po głowie co chwilę, wiele, wiele rzeczy.  Na pewno jestem pod wielkim wrażeniem piękna i ciepła tanzańskich kobiet. Nie mogłam się na nie napatrzeć, były tak bezpośrednie, przyjazne i ciepłe, że przy każdej okazji po prostu wymieniałyśmy serdeczności. Kobiety to wielki skarb Afryki, jestem o tym przekonana. Trzeba jeszcze pamiętać, że w Europie, nawet ci żyjący najskromniej - tarzają się i pławią w luksusach w porównaniu z przeciętnym mieszkańcem Afryki.
Ludzie:


Masajskie wioski:




 Jedzenie:
 Zwierzęta:
 Rośliny:

Afryka nauczyła mnie także by się nie upierać na siłę.
Podróż do Tanzanii w moim przypadku trwała trzy doby. Z Bieszczadów musiałam przemieścić się do Przemyśla,  stamtąd kultowym pociągiem relacji Przemyśl- Szczecin, kilka godzin przerwy w Szczecinie i hyc do Berlina, potem samolot do Istambułu, kilka godzin przerwy i kolejny samolot do Nairobi (Kenia), potem kilka bardzo ciężkich godzin nocnych (trzecia doba bez snu) oczekiwania na transport do Tanzanii. Kilka godzin jazdy i -huraaa!
W drodze powrotnej bardzo chciałyśmy uniknąć tych męczących przerw w podróży, zatem  mocno upierałyśmy się by do Nairobi jechać nocą, co skróciłoby podróż. Im bardziej nam ten pomysł próbowano wyperswadować tym mocniej byłyśmy uparte. Na pięć blondynek nikt nie wymyślił metody, zatem pojechałyśmy nocą.
No i się okazało, że lepiej było posłuchać mądrzejszych. Konflikty na terenach  przygranicznych  powodują, że przemieszczanie się tam nocą, graniczy z szaleństwem. Przez wiele godzin czułyśmy się jak bohaterki sensacyjnego filmu, tyle jednak w nas niewdzięczności, że wielokrotne kontrole jakiś niewiadomych formacji wojskowo/cywilnych, wielokrotne robienie z siebie kompletnych idiotek na przeciw wycelowanym w nas karabinom - kompletnie nas nie bawiły!


 Tak! Po tak potężnej dawce Afryki nareszcie Bieszczady!





  Jak widać nasze pieski mają się dobrze. Jeszcze lepiej ma się Kićka, która rządzi domem twardą ręką, wychowuje nas jak matka rodzona. Wszyscy mamy na jej punkcie fioła a Bury to nawet przy Kićce odmłodniał!

Niestety zrobienie ostrego zdjęcia Kićce jest niemożliwe. Młoda jest tak czarna, że pochłania całe światło jak czarna dziura.

No i Bury:




Na koniec informacja: za dni kilka ukaże się nowy numer Werandy Country a w nim zdjęcia z pięknej chaty, blogowej koleżanki Joli. Wraz z fotografem, Michałem Mrowcem odwiedziliśmy to gościnne miejsce w październiku. Ja zajmowałam się stylizacją i napisałam tekst. Rezultat - niebawem. Pokażę kilka zdjęć, które w czasopiśmie się nie ukażą bo są mojego autorstwa:

Wybaczcie proszę, ale przygotowanie tego posta trwało tak długo, że nie dam rady już  nic więcej.
Pragnę podziękować wszystkim, którzy przesłali mi życzenia, dobre słowa, prezenty. Powoli się ogarniam zaległościami spowodowanymi wyjazdem oraz końcem życia naszego komputera. Wcześniej nie nadążałam. Życzę Wam wszystkim tyle szczęścia ile dacie radę udźwignąć!!!

Filmowo:

Chata bojkowska

Chata bojkowska

Chata Magoda

Chata Magoda

Widoki z tarasu:

Widoki z tarasu:

Okolice domu

Okolice domu