wtorek, 20 września 2011

Najdłuższy

Prawdę mówiąc zupełnie nie wiem jak zabrać się do pisania tego posta. Odzwyczaiłam się. Najchętniej zajęłabym się teraz czymś zupełnie innym, jednak coś złapało mnie mocno, przywlokło przed komputer i nakazuje: pisz!!! Siedzę i kombinuję, by nie wypadło patetycznie, ale jak mam się odnieść do Waszych, kochani komentarzy pod poprzednim postem? I kolejnych setek (sic!) maili? Jak mam znaleźć w skołatanej głowie odpowiednie słowa, jeśli mam pewność, że słowami się nie da...
Jestem zwyczajną kobietą, która kiedyś tam, zaczęła pisać bloga. Nie umiałam przewidzieć, wyobrazić sobie, przeczuć co taka prosta czynność jak prowadzenie w sieci zapisków z codzienności, może spowodować.  Czytając Wasze wypowiedzi, nie raz i nie dwa czułam ogromne wzruszenie, wdzięczność, szacunek, więź, radość i smutek jednocześnie. Ale i zakłopotanie bo nie uważam, żebym na większość tych słów zasługiwała. Tyle pochwał, komplementów i oczekiwań ... przerasta mnie.
Dziękuję po prostu za nie. Dziękuję też za słowa akceptacji i zrozumienia. Po dłuższej przerwie w pisaniu bloga, wiem na pewno, że nie będę już pisać systematycznie. Nie skasuję bloga - o to pytało sporo osób, ale też nie planuję nowych wpisów. Na pewno skrobnę coś po powrocie z dużej góry, bo obiecałam to kilku miłym paniom. Czy coś jeszcze, kiedyś? Jeśli nauczę się robić fajne zdjęcia, może założę foto bloga? Nie wiem.
Postanowiłam, zrobić to, przed czym zazwyczaj się broniłam - nigdy nie dawałam rad, przepisów, recept na życie. Ale tak  wiele z Was powtórzyło niemal tak samo: " zapiski na tym blogu pozwalały mi uwierzyć, że moje marzenia mogą się spełnić, dodawały sił w chwilach zwątpienia".
Napiszę dziś o tym, co pozwala mi realizować swoje marzenia. W punktach.
Na początek wyznanie: jestem straszliwie leniwa. Tak! Gdybym pozwoliła sobie robić tylko to, na co mam ochotę, to całymi dniami leżałabym czytając i opychając się czekoladą. I nie czyniłabym absolutnie nic innego. Na leżenie i czekoladę miałabym pewnie środki pochodzące z renty inwalidzkiej bo po kilku latach takiego życia, jeśli dla jakiejś odmiany chciałabym wyjść z domu, trzeba by mnie było wyciągać dźwigiem przez największy w domu otwór.
Zatem po pierwsze: wszystko co w życiu zrobiłam, co robię i co robić będę, jest wynikiem niewolniczego poganiania samej siebie, bez litości i pardonu. Ja się po prostu zmuszam! Każdego dnia, w każdej sekundzie! Najpierw wymyślam, potem się jak sadystyczny ekonom poganiam, mentalnym pejczykiem, do realizacji. W trudzie i znoju! I cały czas marzę o tym leżeniu...
Po drugie: jak już sobie wymyślę jakiś cel i zmuszę do uczynienia pierwszego kroku to niezwykle pomaga mi pewien defekt mózgu jaki posiadam: nie potrafię realnie postrzegać sytuacji - nie przychodzi mi do głowy żadna wątpliwość, nie widzę przeszkód, kiedy się pojawiają - jestem zdziwiona. Jest już jednak za późno by się wycofać, zatem poganiam się i zmuszam do rozwiązywania problemów i zazwyczaj daję radę. Oczywiście kosztem upiornej pracy i zmęczenia...
Po trzecie: jestem upierdliwa w szczegółach bo w moim chorym widzeniu świata, na owych szczegółach opiera się efekt końcowy. Po tym padole chodzi parę osób, które miały ze mną do czynienia w pracy - z pewnością nie wspominają mnie czule i na myśl o spotkaniu ze mną chętnie uciekałyby z krzykiem. Daleko.
Dlaczego Maciek ze mną wytrzymuje, mimo wysiłków, nie udało mi się zrozumieć. Wytłumaczenie, że też nie jest normalny, wydaje się zbyt proste.
Po czwarte: jestem nieludzko konsekwentna. Gotowa jestem dojść do celu po własnym trupie. Wymyślona ostatnio wyprawa na Kilimandżaro wymaga kondycji. Jako wieloletnia palaczka na wejście nie miałam szans. Rzuciłam zatem palenie. Już trzeci tydzień męczę się jak potępiona , mam zawroty głowy, gorączkę, dreszcze, łapy mi latają, wytłukłam już połowę zastawy stołowej, mam problemy z artykulacją najprostszych przekazów słownych, telepię się i nerwy mnie zżerają. Wykończę się. Ale nie zapalę!
Po piąte: straszliwy upór! Jak się na coś uprę to wbrew rozsądkowi, porządkowi tego świata i wszystkiemu co żyje, prę jak taran do przodu. Uciążliwe jest to sakramencko, męczące i - co tu dużo mówić - nieatrakcyjne towarzysko. Nie dopuszczam do siebie żadnej innej myśli, nie ma takiej opcji - fiksuję się
na jakiś temat i katorżniczo nad nim pracuję. Często w trakcie takiej pracy nie docierają do mnie bodźce zewnętrze jak mowa ludzka czy machanie ręką przed oczami. Mogę nawet w ostrej postaci tego stanu nie zauważyć tabliczki czekolady leżącej tuż przed moim nosem.
Po szóste: wierząc w siebie i własne marzenia kompletnie nie przejmuję się tak zwaną "ludzką opinią". Słowa krytyki spływają po mnie jak po kaczce. Jeśli ktoś chce dopiec mi złośliwym słowem to może się nie wysilać, wcale mnie to nie dotyka.Robię swoje.
Po siódme: zawsze dotrzymuję słowa, nawet wtedy gdy zmieniają się okoliczności i dotrzymanie zobowiązań kosztuje mnie więcej wysiłku, pieniędzy czy czasu. Nie wycofuję się. Słowo dane, koniec, kropka! Nie daję także nigdy do zrozumienia jak wiele dotrzymanie obietnicy mnie kosztowało. Kiedyś na przykład wyleciałam z pracy bo zrobiłam coś (obiecałam!) co nie podobało się mojemu szefowi. Wiedziałam, że się mu nie spodoba, byłam wtedy samotną matką i nie miałam innej pracy na oku, za to widmo głodu przed oczami. Ale obiecałam i poniosłam konsekwencje. Pani dla której to zrobiłam pewnie do dziś nie wie ile to mnie kosztowało. Do białej gorączki doprowadzają mnie ludzie, którzy raz się umówiwszy próbują zmieniać warunki umowy. Między ludźmi nie pieniądze są najważniejsze ale zaufanie, rzetelność i odpowiedzialność. Mnie takie podejście do sprawy w ostatecznym rozrachunku  zawsze wychodziło na dobre. Jak mnie ten szef wyrzucił to się spięłam i założyłam własną firmę.
Po ósme: jestem naiwna i wierzę w dobre ludzkie intencje. Wierzę tak głęboko, że ich brak zaskakuje mnie za każdym razem i zadziwia. Kiedyś załatwiłam sprawę nie do załatwienia, w instytucji, która z definicji nie współpracuje z szarym obywatelem. Polazłam tam i każdemu napotkanemu człowiekowi gadałam to samo: potrzebuję pani/pana pomocy. I zadziałało! Kolejne napastowane przeze mnie osoby, przekazywały mnie następnym, rozszalało się piekło, rozdzwoniły telefony, uruchomiono nawet robocze zebranie z burzą mózgów - co ze mną zrobić. A ja siedziałam cichutko, jak w oku cyklonu i powtarzałam jak zdarta płyta: potrzebuję pani/pana pomocy.
Po paru godzinach zostałam odprowadzona z pełną celebrą do drzwi - z załatwioną sprawą, urzędnicy dumni i  wzruszeni, machali mi ręką  na pożegnanie. Wierzyłam, że jeśli tylko będą umieli pomóc - zrobią to. I zrobili!
Po dziewiąte: żyję w straszliwym mentalnym chaosie. Nie umiem i nie chcę być poukładana. Z chaosu tego, z gonitwy myśli wszelakich, wydobywają się na światło dzienne - pomysły. Potem już tylko pozostaje je zrealizować...
Po dziesiąte:  mam dar. Każdy na świat przychodzi z jakimś darem, talentem. Jedni pięknie śpiewają inni bosko gotują, jeszcze inni odkrywają i myślą ogarniają zjawiska fizyczne, zasady matematyki i tak dalej. Mój dar to szczęście do ludzi. Na swej drodze spotykam wspaniałe osoby i obdarzana jestem ich przyjaźnią. Dzięki temu nigdy nie boję się niczego, bo mam przyjaciół, którzy  mnie nigdy nie zawiedli.
Po jedenaste: coś o czym mnie się wypowiadać nie wolno - cierpliwość. Dopiero się uczę a najlepszą cierpliwości nauczycielką jest natura.
Po dwunaste: poczucie humoru i potężny dystans do siebie pozwala przetrwać  najgorsze kataklizmy. Polecam!

Na koniec, zacytuję słowa, które przez lata były moją medytacją.
"Nawet jeśli wydaje się, że nasze starania przez całe lata nie przynoszą żadnego rezultatu, pewnego dnia światło, które jest w dokładnej proporcji do nich, przepełni naszą duszę."
Simone Weil

Spodziewam się, że tymi wyznaniami czynionymi z przymrużeniem oka, i tak udało mi się zrazić do siebie nawet najwytrwalsze i najżyczliwsze osoby.

Dla wszystkich przygotowałam trochę zdjęć, na początek nasze zwierzątka:

Pszczółki, motylki, pajączki...







Kwiatki i roślinki wszelakie:
















Przydomowe widoczki:








Takie tam detale:



Zdjęcia pieczonego ostatnio kulebiaka. System wrzucił mi zdjęcia od końca, czyli gotowy kulebiak, potem surowy. Mimo wszystko smacznego! Przepisu nie podaję bo w internecie jest ich pełno.




Pozostając w kuchennych klimatach - jabłka obrodziły! Produkuję dżem jabłkowy z czekoladą w ilościach przemysłowych.

A teraz bomba!
Bardzo lubię gdy opowieść ma puentę, gdy historia spinana jest klamrą. Bardzo to lubię...
Ostatnio taka klamra dopięła wszystkie moje opowieści jakie snułam na blogu o bojkowskiej chacie. Niedawno w Werandzie Country ukazał się artykuł o naszej bojkowskiej, autorka Green Canoe wspomniała w nim o poprzedniej mieszkance chaty - Parskewii. Dzięki temu skontaktowała się ze mną Pani, która przed laty pisała reportaż o Lutowiskach. W trakcie zbierania  materiałów do niego - trafiła do naszej Paraskewii! Rozmawiała z nią, zrobiła jej zdjęcie. My Paraskewii nie poznaliśmy, wprowadziliśmy się do bojkowskiej cztery lata po jej śmierci. Nigdy nie widzieliśmy nawet na zdjęciu jak wyglądała. Wyobraźcie sobie nasze wzruszenie i radość, kiedy wreszcie mogliśmy ją zobaczyć! Dziękujemy Pani Aldono z całego serca!!!
Proszę oto Paraskewia na tle bojkowskiej chaty, miała wtedy 93 lata!

Fot. Aldona Wiśniewska, pani Paraksewja (Prakseda), Lutowiska, maj 1999. 

Nie pozostaje mi już nic innego jak jeszcze raz dziękując za tyle okazanego mi serca, życzliwości i uwagi, przepraszając, jeśli przez przeoczenie, lub brak czasu nie odpowiedziałam na wszystkie listy, pozdrawiając najserdeczniej każdą czytającą te słowa osobę, pożegnać się na dłużej - najpewniej do przyszłego roku.
Życzę Wam szczęścia, miłości i pogody ducha!
















Filmowo:

Chata bojkowska

Chata bojkowska

Chata Magoda

Chata Magoda

Widoki z tarasu:

Widoki z tarasu:

Okolice domu

Okolice domu