czwartek, 14 lipca 2011

I co tu wybrać?

W zeszłym roku myślałam, że nie da rady robić więcej, doba się nie nadmucha. Cóż... naiwność! W tym roku dowaliłam sobie jeszcze więcej obowiązków i daję radę! Tylko na bloga czasu już nie znajduję. Żałuję bardzo, bo traktuję go jak dziennik pokładowy: dzięki systematycznym wpisom zawsze mogę sprawdzić czy o tej porze roku już mi coś kwitło, kiedy rodziły się kozy, znam wszelkie szczegóły i chronologię. Blog stał się naszą pamięcią i pamiątką. Trudno, to co robię poza blogiem jest na tyle dla mnie ciekawe, że nie zrezygnuję.
 Mam ze sobą duży problem - z własnej nieprzymuszonej woli biorę sobie na głowę wszystko co wydaje mi się fajne. Jestem obowiązkowa, zatem nie odpuszczam niczego, tylko staram się jak najlepiej wypełniać... Wolę mam silną - zazwyczaj daję radę. Jednak gdy patrzę na swoje życie to widzę niekończące się pasmo wyzwań i mozolnych realizacji. Niekończące się. Przeklinam chwilę w której na coś tam się zdecydowałam, bo ledwo ciągnę, i tylko gdy zakończy się jedno natychmiast pakuję się drugie.
Tak jest z wyprawą na Kilimandżaro. Mam tyle zajęć, że porządne przygotowanie do wyprawy nie wchodzi w rachubę. Umiem krytycznie patrzeć na siebie i widzę wyraźnie, że będzie ciężko. Lat mi nie ubywa. Przez blisko pół roku "trenuję" z doskoku, nieskutecznie bo niesystematycznie. Kondycji nie mam wcale, co mogłam stwierdzić ostatnio - zaczęłam biegać. Dysząc jak ryba wyrzucona na brzeg, dorabiałam się przez ostatnie tygodnie potężnych zakwasów. Psy biegają ze mną, Buba patrzy na mnie z niepokojem i nie odstępuje nawet na krok, w każdej chwili gotowa do wykonania profesjonalnej reanimacji.
Wygląda na to, że na Górę wejdę, jak zwykle uruchamiając najgłębsze pokłady wewnętrznej mocy.
Będę się jak zawsze: zmuszać, poganiać, zaciskać zęby, wściekać na siebie. Dojść dojdę. Ale ile to mnie będzie kosztować wysiłku!
Wyjścia już nie mam,  wpłaciłam pierwszą ratę na wyprawę. Bezzwrotną. Jechać zatem muszę. Chcę!
Nie będę o tym myśleć na razie.

  "Człowiek, który nie wierzy w siebie, gotów uwierzyć we wszystko."
Władysław Grzeszczyk
Ma to oczywiście swoje dobre strony - przeżyłam, widziałam, nauczyłam się i zrobiłam więcej niż kilka innych osób razem przez całe życie.
A tyle jeszcze rzeczy, których dotąd nie spróbowałam... Mówiłam, że to się nie kończy?

Byliśmy nie dawno w sanockim skansenie. Odbywa się tam rekonstrukcja  dachu siedemnastowiecznej, drewnianej synagogi z Gwoźdźca. Więcej informacji o synagodze tutaj .
Projekt ten realizują cieśle, którzy zjechali  z całego świata (nawet z Japonii), posługują się wyłącznie ręcznymi narzędziami (zero maszyn), tradycyjnymi metodami, wszystko jak przed wieloma laty. Nie mogliśmy opuścić takiej okazji!
Maciek zawarł wiele znajomości, rozmawiał, oglądał i - przysięgam! - świecił od środka z radości. To niespotykana okazja by na własne oczy zobaczyć pracę najlepszych, uczyć się od nich, poznawać nieznane dotychczas narzędzia.

Makieta:

 Ciosanie bali jak przed wiekami:

 Fragmenty konstrukcji:


 Ręcznie ciosane kołki. Drzyjcie wampiry!


 Cięcie zamków (to łączenia w drewnianych konstrukcjach) odbywa się za pomocą japońskich pił:

 To narzędzie zachwyciło Maćka:
 A to spodobało się mnie:
Synagoga zostanie przewieziona do Warszawy i stanie w Muzeum Historii Żydów Polskich. więcej tutaj

Na koniec fotki rynku galicyjskiego w skansenie - niedługo będzie gotowy!!!



 Pragnę się pochwalić, że dostałam właśnie ostatnią partię Tosiowych,  patchworkowych narzut, do kolejnego pokoju. Teraz, w pokoju mieszkają goście, nie mogę zatem wejść i porobić zdjęć w docelowym otoczeniu, nie wytrzymałam jednakowoż i wytargałam narzuty na taras - tyz piknie. Tosiu, dziękuję! Powtórzę po raz tysięczny: jesteś Wielka!
Narzuta jedna:



Druga:

I obie razem:


Kilka dni temu mieliśmy suche burze - to zjawisko często się u nas zdarza. Nie udało mi się zrobić zdjęcia przeszywającego niebo pioruna - a latały we wszystkie strony skubane - w dół, z prawa w lewo i z lewa na prawo, jednak światło i kolory nieba były tak niesamowite, wręcz nierealne, że mimo mizernej jakości fotek pokazuję:




Maciek od kilku tygodni stawia drewniany dom dla naszej znajomej, nie ma go zatem po całych dniach, wieczorami z doskoku obrabia drewno na zimę z czynną pomocą niezastąpionych pracownic:
A to robią pieski gdy nie pracują, odpoczywają:


Pozują - kolejna fotka z cyklu "oczy szeroko zamknięte":
I uśmiechają się:
Dzisiaj ukazała się książka "Miastowi. Slow food i aronia losu",  Anna Kamińska rozmawia w niej z byłymi miastowymi, między innymi z nami. Wywiad z autorką książki odbył się jakieś dwa lata temu, potem na amen zapomnieliśmy o sprawie, a tu - proszę: nawet w Merlinie książkę  mają, a tam widzę na okładce - moje zdjęcie!. Co jest w środku - nie wiemy, nie pamiętamy nawet co przed laty gadaliśmy do miłej pani. Zamówiłam sobie, jak przyślą to się dowiem.
Za dwa tygodnie ukaże się kolejny numer Werandy Country z materiałem o naszej bojkowskiej chacie. Zdjęcia zrobił Michał Mrowiec, stylizowała i tekst napisała Green Canoe. W tym samym numerze polecam również artykuł o łemkowskiej biżuterii - krywulkach, zdjęcia są autorstwa Karoliny Migurskiej, tekst - mój.

Tyle jeszcze różnych fajnych rzeczy się dzieje, trwają i odchodzą. Nie mam czasu by o nich napisać. Może zimą jak wrócę z Kilimandżaro? O ile nie wymyślę sobie czegoś kolejnego...

Jeszcze słówko do Smoczycy - popatrz kochana - róża od Ciebie już kwitnie!!!!

Co ja się dziś uszarpałam z bloggerem! Jest coraz gorzej, czy ktoś nad tym panuje?

Pozdrawiam  wszystkich serdecznie i wakacyjnie!

Filmowo:

Chata bojkowska

Chata bojkowska

Chata Magoda

Chata Magoda

Widoki z tarasu:

Widoki z tarasu:

Okolice domu

Okolice domu