czwartek, 21 kwietnia 2011

Pozory mylą

Kilka dni temu jeden z naszych gości powiedział, że w następnym wcieleniu chciałby być którymś z naszych zwierzątek. Niby, że tak dobrze mają. Nic bardziej mylnego!
Pokażę tu oto, jak zapędzone do wiosennych prac zwierzaki pracują. 
Nie ma lekko!
Bury pilnuje domu:






 Liczy drewno do kominka:

 Ładnie wygląda:


Buba także pilnuje domu, dzięki temu mamy najlepiej upilnowany dom na świecie:

Pilnuje przyczepy z ziemią na grządki:
Pilnuje też misiów by się nie rozbiegły:



Zakłada grządki:



 Beza, jak widać powyżej, pilnuje Buby czy dobrze zakłada grządki. Ponadto pilnuje łopaty:
 W trudzie i znoju czeka aż roślinki wyrosną:


 Kozy! Te dopiero zasuwają! Pilnowanie trawy to orka!





Myślę, że po tym poście nie znajdzie się już nikt, kto chciałby się z naszymi zwierzątkami zamienić.

Kochani - dostałam od Was wiele ciepłych, wspaniałych życzeń świątecznych. Dziękuję!
Życzę wszystkim, by święta te były spokojne, pełne uśmiechu i miłości!

sobota, 16 kwietnia 2011

Świątecznie

Zawsze marzyłam o domu. Takim prawdziwym, z ogrodem, tarasem, salonem i jadalnią. Przez ponad połowę swego życia mieszkałam w blokowych klitkach i każdą wolną chwilę spędzałam na spacerach po szczecińskich dzielnicach Pogodno i Głębokie, z zachwytem gapiąc się na piękne poniemieckie wille, otoczone dużymi, pełnymi zieleni i starych drzew ogrodami. Jak głodny pies śliniłam się przed najpiękniejszymi z nich, wyobrażając sobie jak szczęśliwi muszą być ludzie, którym dane jest życie w tych domach. Łaziłam i gapiłam się tak lata całe, znałam wszystkie te domy, w myślach chodziłam po nich, urządzałam, siedziałam przed nimi w wiklinowych fotelach i popijałam herbatę przy zachodzącym słońcu. Mijały lata, na spacery te chodziłam już z synem i ... chodziłabym tak dalej, pewnie i z wnukami, gdybym wreszcie do marzeń nie dorzuciła działania.
Mieszkając w domu piękniejszym niż te z dawnych marzeń, mam za sobą długie lata pracy, ciężkiej nie da się ukryć. Lecz praca, która daje efekty jest radością.

Od sześciu lat nie miałam świąt. Był to czas jeszcze bardziej intensywnej pracy niż na co dzień. Przygotowywałam długimi godzinami kolejne, świąteczne potrawy i tylko z kuchni mogłam popatrzeć na świętujących, wypoczywających ludzi. Nadchodzące święta postanowiliśmy spędzić sami. Pocieszyć się chwilę domem, prywatnością, wyspać się do woli. Będziemy ze sobą, będzie czas by pogadać, pośmiać się, pomilczeć, posłuchać jak trawa rośnie, omówić bez pośpiechu szykującą się w naszym życiu zmianę, podzwonić po najbliższych i powiedzieć im o tym... Ponieważ rodzina, przyjaciele, serdeczni znajomi, nasi ukochani goście to grubo ponad setka ludzi, zanosi się na to, że ucho mi uschnie. Po tylu latach intensywnej pracy bez wytchnienia, potrzebujemy - by złapać równowagę, tych kilku dni przerwy.

Zanim się zaszyję w ciepełku domowym, pragnę wszystkim zaglądającym tutaj życzyć radości z pracy, wymarzonych jej efektów i miłości!












poniedziałek, 11 kwietnia 2011

Potęga miłości

Widzicie tę chudzinkę na zdjęciu powyżej?
Oto bezimienny biedulek, który od kilku dni rozkrwawia moje serce.
To najwierniejszy z wielbicieli naszej Bezy. Waga niepełny kilogram.
 Od kilku dni przez Bieszczady przetaczają się bezlitosne żywioły. Porywiste wiatry, gradobicia, temperatura spadła poniżej zera a ta psia drobinka, czwartą dobę koczuje pod kuchennymi drzwiami, dygocząc z zimna (trzęsie nim bez przerwy od pyszczka po ogonek), i zagląda tęsknie do środka w nadziei ujrzenia swej bogdanki. W kuchni spędzam dużo czasu - i patrzę na tę dygoczącą psią biedę, na ogrom poświęcenia i miłości w tak nikczemnej postaci. Z trudem sobie radzę z tym. Położyłam mu nawet kocyk by nie leżał na kamieniach bo ziąb straszliwy, płakać mi się nad nim chce! Wczoraj pojechałam z pieskami do sklepu i mało mnie ten lilipuci Romeo nie wpędził w zawał bo biegł obok samochodu, chudymi łapkami przebierając z wysiłkiem by nadążyć, cały czas wpatrując się w szybę, za którą widział Bezowy pyszczek. Drżałam by nie wpadł pod jakiś samochód. Pod sklepem rozpytywałam ludzi czyj on, ktoś obiecał, ze psinkę do domu odprowadzi, cóż z tego - kilka minut po powrocie do domu zobaczyłam, zakochanego biedulka z powrotem pod drzwiami. Trząsł się jeszcze bardziej!
Ogromu tragedii dopełnia fakt, że jego miłość jest nieodwzajemniona. Beza ma go w nosie.
Serce mi się ściska, nerwowa się staję, bo za kuchenną szybą, upapraną małym noskiem widzę pełne miłości i nadziei, psie oczy. Kiedykolwiek spojrzę w tę stronę on tam jest!
Krótkie chwile szczęścia to spacery naszych panienek. Roztelepany z emocji, biega jakby był uwiązany na gumce - za obiektem swych potężnych, wulkanicznych uczuć.
Ta psia odrobina potęgą swego umartwienia w imię niespełnionej miłości, budzi we mnie szacunek. Jednak jeśli nie przejdzie mu szybko to się wykończę!








 Beza łamaczka psich serc:


Na osłodę dramatyzmu tego posta - gang Gamoni:


Pozdrawiam serdecznie!

Filmowo:

Chata bojkowska

Chata bojkowska

Chata Magoda

Chata Magoda

Widoki z tarasu:

Widoki z tarasu:

Okolice domu

Okolice domu