poniedziałek, 28 marca 2011

Młodociane gangi w Bieszczadach

Ten mrożący krew z żyłach tytuł ma swe uzasadnienie choć nie znaczy on, że w Bieszczadach na wzór dawnych tołchajów grasują na traktach okrutni ludzie. Zakres działania gangów ma skalę makro i dotyczy tylko naszego podwórka.
Ale od początku.
Nasza Śnieżynka nareszcie urodziła! Maciek na poród się załapał i dwukrotnie z koziarni dobiegały okrzyki radości. Ponieważ Śniezynka jak sama nazwa wskazuje jest bielutka jak śnieg  a ojciec nienarodzonych był rasy alpejskiej czyli brązowy, spodziewaliśmy się łaciatych kózek. Jednak prawo Mendla zadziałało po swojemu i pierwszy urodził się koziołek biały jak matka a następnie mała kózka koloru... Buby!!!
Mamy więc kozią Bubę i Bezę, czyli kopytne biszkopty.

Trzy matki z młodymi tego jeszcze u nas nie było.
Od początku zaznaczyły się różnice w temperamencie i życiowej przebojowości. Jedno z dzieci Mańki korzystając z chwilowego osłabienia porodem, wydoiło Śnieżynkę prawie do cna! Toż to rozbój na prostej drodze! "Alpejskie dzieci" większe od biszkoptów dwukrotnie "napadają" na młodsze bodąc je gołymi jeszcze czółkami. Bo nie można nazwać różkami tego co im się na łebkach wykluwa. Bandziorstwo się szerzy! Mamy zatem trzy gangi - Gang Ramony:
 Te są najstarsze i najbardziej wojownicze.
Gang Mańki:
Oraz kilkudniowy Gang Gamoni czyli dzieci Śnieżynki:
Kozy są byle jakimi matkami. Mańka i Ramona potrafią walczyć z własnymi dziećmi o smakołyki, odpychają je tylną nogą od wymion, dlatego ze wzruszeniem obserwujemy jak cudowną matką okazała się nasza Śnieżynka! Jest czuła, opiekuńcza i karmi na okrągło:



Często tworząc swoistą, kozią grupę Laokoona:
 W biszkoptowych maluchach zakochały się bez pamięci nasze pieski:
 Psia Beza jest zawsze tuż obok koziej Bezy:


 Nie będę zaprzeczać, że nam też odbiło. Oto dumny Maciek:



 Odbicie dotyczy również niżej podpisanej. Fioła mam i nie wstydzę się tego...



 Żeby nie było, że stronnicza jestem i same biszkopty pokazuję, oto najgroźniejsza bandziorka, córka  Ramony:

W Dwerniczku, w dolinie Sanu jest rezerwat śnieżycy, jednak by podziwiać ten piękny, wiosenny kwiat nie muszę opuszczać okolic domu, oto nasza prywatna śnieżyca:



 Pokazały się również inne kwiatki!



Same dobre rzeczy się dzieją! Znalazłam we wsi Panią, która piecze pyszny domowy chleb! Ja sama do pieczenia chleba jakoś przekonać się nie potrafię, raz upiekłam na zakwasie, który dostałam od naszego przemiłego gościa ale żeby tak na okrągło... no nie, doba ma tyle godzin co ma i zdecydowanie nie uradziłabym. Cieszę się zatem jak dziecko, bo chlebek wspaniały, pachnący a wygląda tak pięknie, ze zrobiłam mu sesję:



 Świeży domowy chlebek z kropelką dyniowego dżemu...

Nie do końca wierząc we własne szczęście z radością donoszę, że do pomocy w kuchni zgłosiła się do mnie  Pani słynąca ze swych kulinarnych umiejętności!!! Po cichu obawiałam się, że prowadząc dwa domy zarobię się na efektowną śmierć. Wygląda na to, że jeszcze pożyję.

Pozdrawiam zatem wszystkich z radością i nadzieją na lepsze jutro!!!

środa, 23 marca 2011

Portretowo

Właściwie post ten powinien mieć tytuł "Nie wychodząc z kuchni..."
No bo prawie z niej nie wychodzę. Każdy dzień mego bieszczadzkiego życia w kuchni się zaczyna i kończy się w niej. Goście jeść muszą a nakarmienie tylu osób to godziny spędzane na myciu, obieraniu, krojeniu, doprawianiu, gotowaniu, podawaniu i znów myciu...
Jednak myliłby się ten, kto nazwałby moje życie nudnym i pozbawionym wrażeń. Ja z pewnością tak nie powiem. Nie wychodząc z kuchni, jestem poddawana codziennie wielkiej dawce niespodzianek, miłych spotkań, niesamowitych sytuacji. Nie wychodząc z kuchni spotykam się z ludźmi nietuzinkowymi, fascynującymi i często - wybitnymi. Nie wychodząc z onej,  czuwam nad, i organizuję wiele przedsięwzięć i akcji. Nie wychodząc ... jestem w samym centrum wielu wydarzeń. Za sprawą do końca dla mnie nie zrozumiałą, kuchnia ta - przyciąga. Odwiedzają mnie ludzie często przyprowadzani przez wspólnych znajomych, przypadkiem zupełnym, wiedzeni do nas jakąś sprawą lub bez powodu, i spotkania te przybierają często przebieg jak z niewiarygodnego filmowego scenariusza.
Niespodziewane zwroty akcji, spotkania po latach, rzęsistym deszczem spadające przeróżne propozycje...
Przykłady proszę z ostatnich trzech tylko dni:
Nie wychodząc z kuchni udało mi się zainspirować integracyjną akcję na rzecz ratowania kirkutu w Lutowiskach. Pisałam o nim nie raz, niszczejący cmentarz żydowski leży mi na sercu ciężarem wielkim. Kilka dni temu w kuchni mej gościliśmy Szymona - szefa Stowarzyszenia Magurycz. Postać to niesamowita, z jakiejś odrębnej, własnej bajki pełnej pasji, i dla większości ludzi z pewnością - niezrozumiałego poświęcenia. Zacytuję tu jego słowa:  "idea pracy na cmentarzach jest apolityczna, nie służy żadnej instytucji, nie głosi jedynie słusznej wizji historii, nie wynika też z inspiracji religijnych, ale odwołuje się do wrażliwości i potrzeby służenia. Jej istota tkwi w fascynacji różnorodnością i współistnieniem. Remonty cmentarzy i kapliczek oraz krzyży służą ocalaniu pejzażu kulturowego, który współtworzył różnorodny i bogaty krajobraz Karpat."
Szymon wraz z grupą  wolontariuszy zajmie się naszym kirkutem pod warunkiem, że znajdą się na to środki. Właśnie dzisiaj w kuchni (a jakże) odbyliśmy z pewną, mądrą osobą spotkanie, które do sposobu zdobycia tych środków nieco nas przybliżyło. Trzymajcie kochani kciuki bo sprawa jest trudna!
Wracając do kuchennego spotkania z Szymonem: przyjechał do nas z kolegą muzykiem. Siedzimy, rozmawiamy i kolega ów na wieść, że jesteśmy ze Szczecina zaczyna nam opowiadać jak to kiedyś w Szczecinie dla jednej kobiety parawany robił! I cóż to oznacza? A że przemiły muzyk, który robił kiedyś moje parawany, z którym w szczecińskiej kuchni,  przegadaliśmy długie godziny na temat wówczas zupełnie nie znanych mi Bieszczadów - siedzi przede mną w mojej bieszczadzkiej kuchni!!!! Pisałam o nim na blogu tutaj. Od tamtej pory nie brał się już za ślusarstwo, poszedł w kierunku, który podpowiedziało mu serce - muzyki i do tej pory nagrał już dwie płyty. O czym, od mediów trzymając się z daleka - wiedzieć nie mogłam. Niesamowite?
Przed dwoma dniami nie wychodząc z kuchni koordynowałam akcję ratunkową - nasi goście zeszli ze szlaku i zagubili się bieszczadzkich przestrzeniach. Na szczęście nie trzeba było wzywać GOPR-u. Pozdrawiamy Was!
Nie wychodząc z kuchni, staję się z Maćkiem tematem przygotowywanej już do druku książki. Przed kilku laty poznaliśmy niesamowitą postać - bieszczadzkiego pustelnika Jano. Tak! Pustelnika. To, że Jano korzysta z komórki, komputera, robi zdjęcia i wydaje książkę za książką stanowi nową wartość w pojęciu "Pustelnik". Zapiski na temat jego mistycznych doświadczeń z szacunkiem przeczytałam, lecz nie poważę się ich tu streszczać bo niewiele rozumiem. Jano chętnie korzysta z naszego księgozbioru, ma wiedzę rozległą z wielu dziedzin, działa aktywnie na rzecz integracji bieszczadzkich ludzi, robi piękne zdjęcia Bieszczadom. Ponieważ w najnowszej książce podobno wspomina o nas - przyjechał by zrobić nam portrety do tej publikacji.
Ktoś kto fotografuje - sam nie posiada własnych zdjęć. Skorzystaliśmy z  okazji by mieć na pamiątkę nieco fotek, bawiąc się przy tym radośnie. Wahałam się czy pokazać je na blogu ale jest on swoistym dziennikiem naszego życia i po latach - myślę, będzie nam miło je zobaczyć. Zatem wklejam. Jak ktoś nie chce patrzeć - to przecież nie musi.





 A tutaj my z Janem:

Idąc portretowym ściegiem, nasze zwierzątka:







 Jak widać poniżej kózkom do jedzenia pasują nawet taczki!








 Nie wychodząc praktycznie z kuchni, z radością obserwuję jak informacja o pożarze, który pochłonął cały dobytek Witka zatacza szerokie kręgi. Dzięki różnym akcjom na wielu blogach do tej pory uzbierało się grubo ponad tysiąc złotych!!! Wszystkim wrażliwym na nieszczęście innych z całego serca dziękuję!

Nie wychodząc z kuchni, piszę bloga o bieszczadzkim życiu. Do tej pory to miejsce - jak pokazują liczniki - odwiedzone zostało ponad pół miliona razy!!!
Aż nie chce się z kuchni wychodzić.

Po kilku znów zimowych dniach nastała chyba wreszcie wiosna. Pozdrawiam zatem wiosennie i ciepło!

Filmowo:

Chata bojkowska

Chata bojkowska

Chata Magoda

Chata Magoda

Widoki z tarasu:

Widoki z tarasu:

Okolice domu

Okolice domu