wtorek, 25 stycznia 2011

Długi post

Radość najczęściej przychodzi znienacka. Z kompletnego znienacka.
Dwa obłąkane euforią pieski, kochają na wyścigi, tulą się do rąk, zazdrośnie przepychając się używają całej swej psiej inteligencji by liznąć człowieka w twarz (jeszcze lepsze jest ucho). Atak radości jest tak samo długi jak nieprzewidywalny. Ogonki żywiołowo obijając się o ściany i sprzęty wystukują głośny, synkopowy rytm. Przetrwać ten atak może tylko odporna, w pełni zdrowa i sprawna fizycznie jednostka. Trzeba mieć dwie ręce - po jednej na pieska - trzeba być mistrzem uników jeśli się nie jest entuzjastą psiego języka na policzku - ja nie jestem. Trzeba też z wielką odpornością psychiczną żyć dalej ze świadomością, że już za chwileczkę, już za momencik, atak radości może się powtórzyć. Bo nie ma reguł.
Nasze psy to rzadkie w przyrodzie zjawisko kumulacji radości, którą czują się w  obowiązku okazywać przy każdej okazji. Może to być wizyta listonoszki, powrót Burego z nocnego łajdactwa, nasza głupia mina, widok krowy, pług śnieżny! czy nieopisane jeszcze przez naukę zjawisko pętli czaso-przestrzennej - kiedy to radować należy się każdym następującym po sobie zewnętrznym bodźcem. Żyjemy na przysłowiowej beczce prochu, tylko zamiast prochu mamy eksplozje radości.
Znosimy to dzielnie, trwamy.
Swoją drogą może ktoś mądry wpadnie na pomysł jak zagospodarować energię psiego entuzjazmu? Na moje wyliczenia starczyłoby tego na oświetlenie niedużego miasta lub ogrzanie sporego osiedla.
Kiedy pieski ogarnia  radosny szał zrobienie zdjęcia jest absolutnie niemożliwe. Zdjęcia robię zatem na spacerze i kiedy zwierzątka śpią.









Bury nie tryska radością bo mu tłuszcz przeszkadza. Nie chciał nawet popatrzeć w obiektyw!
A teraz!
Wylosowałam dwie osoby, które otrzymają okolicznościowe (przypominam: drugie urodziny bloga) prezenty.
Poncho pokazałam w poprzednim poście i powędruje ono do Niesławy!
A dżem z marchewki wyślę Sekutnicy!

Gratuluję! Za sierotka jak zwykle w takich wypadkach robił Maciek.Poproszę panie o adresy do przesyłki.
Z okazji drugiej rocznicy dziękuję wszystkim czytelnikom bloga za dobre słowa, dobre myśli, serdeczność i pomoc w różnych sytuacjach. Doświadczamy każdego dnia, tylu przejawów życzliwości, że te skromne prezenty są tylko symbolem naszej wdzięczności!

Dorwałam ostatnio kilka świetnych książek. Jedną z nich "Cerkwie bieszczadzkich Bojków", autorstwa Roberta Bańkosza,  wydaną przez wydawnictwo Arete,  wypożyczyłam w bibliotece by sobie spokojnie przejrzeć w domu. "Przeglądanie" zaczął pierwszy Maciek i wsiąkł! Z rąk nie wypuszczał, bronił przede mną jak Buba misia, do piersi tulił  i czytał, czytał. Z bliska książkę zobaczyłam dopiero jak skończył. Zaczęłam "przeglądać" i wsiąkłam tak samo! Bo jest to zajmująco napisana, bogato ilustrowana, czerpiąca z wielu źródeł opowieść, przykuwająca uwagę barwnym opisem i przeplatana anegdotami. Najchętniej całą przepisałabym na bloga ale się powstrzymam. Jeśli ktoś jest zainteresowany tematem dawnych mieszkańców Bieszczadów - Bojków, ich kulturą, życiem codziennym i ich sacrum - polecam!
Dziś przytoczę spory cytat - zapiski Ferdynanda Antoniego Ossendowskiego (ależ pięknie kiedyś się ludzie nazywali!) na temat haftu. Bo haft bojkowski to mistrzostwo świata. Motywy zawsze geometryczne lecz przebogate kolorystycznie. I tę kolorystyczną różnorodność Ossendowski wyjaśnia tak:
"Bojkowszczyzna to biedny kraj. Ludność jego, pracując ciężko, mały ma dostatek, żywi się wyłącznie ziemniakami i owsianymi plackami. Lata klęsk, tchnienie otaczającej natury, warunki bytowania w ciemnej, kurnej chacie, nieprzerwana praca, stosunek męża do żony, szczęście czy zawód miłosny dziewczyny, jasna czy czarna dola kobiety, gdy pędzi życie przy boku kochanego człowieka czy też przeklina i dręczy się przy starym, brutalnym i zazdrosnym gaździe lub pod okiem złośliwej świekry - wszystko wyrazić potrafi Bojkini w misternym, barwnym rysunku haftu. Wesoła, szczęśliwa i roześmiana, pełna słonecznych promieni rzuci na płótno koszuli lub spódnicy całą gamę jasnych nici; udręczona i znękana, przepojona goryczą łez do mistrzowskiego haftu coraz to dodaje smutnych, ciemnych barw, aż na białym tle zapanuje niepodzielnie czarna - symbol śmierci. Tak to wkładają kobiety bojkowskie w piękne robótki swoją duszę, przeżycia i dolę."

Po takiej lekturze natychmiast, kurcgalopkiem pobieżałam do salonu, gdzie na manekinie wisi haftowana, a znaleziona w naszej bojkowskiej chacie koszula. Kiedy natknęłam się na nią, przedstawiała się żałośnie, ponad połowa była zgniła, rozchodziła się w dłoniach, jednak haft był nienaruszony i po skomplikowanych zabiegach, polegających na niemal ponownym jej uszyciu, obecnie wygląda tak:


Żywym dowodem na słowa Ossendowskiego jest ten wzornik:
Wyhaftowała go dla nas kuzynka Maćka. Jako wzór posłużyły jej trzy motywy z tkaniny znalezionej w okolicach Soliny.  Kolory są identyczne jak w oryginale.
Wzornik ten zmierzam oprawić i powiesić w bojkowskiej.
A tutaj bojkowska koszula Maćka, wyhaftowana przez znajomą panią. Haft stylizowany na bojkowski. Do tej koszuli w wielkie święta zakłada Maciek białe, płócienne spodnie - Bojko jak malowanie!
I jeszcze sobie nie odmówię zacytowania anegdoty z tej samej książki. Bojkowie byli postrzegani jako naród powolny.
"Niewzruszoność i spokój charakteru bieszczadzkiego górala oddaje taka oto popularna anegdota:
Dwóch Bojków kosi siano na połoninie. Jeden z nich przerywa nagle pracę , zamyśla się, a po chwili odwraca się do współtowarzysza i pyta:
- Kume, wasza korowa kuryt? (Kumie, wasza krowa pali?)
- Ta ni! - odpowiada zapytany po namyśle.
Bojko wraca do koszenia, a po chwili przerywa ponownie pracę i mówi:
- A to mabut' wasza stodoła palyt sia..."
Pokażę jeszcze okolicę domu i salon w promieniach porannego słońca:













Na koniec mam prośbę: jeśli ktoś wie jakim sposobem można poprawić wygląd starej karafki może się ze mną tą wiedzą podzieli? Karafka ma od środka nalot, którego zwykłe szorowanie szczotką na drucie, mycie płynem do naczyń i sokiem z cytryny nie zlikwidowało. Ładna jest a wygląda paskudnie. Szkoda mi jej.
To tyle na dzisiaj.
Znikam na trochę dłużej bo pracy huk. Dla tych, którym podoba się nasza bojkowska chata szykuję w połowie lutego niespodziankę.
Pozdrawiam serdecznie!!!!

środa, 19 stycznia 2011

Spacer po połoninie

" Jeśli chcesz żyć szczęśliwie, nie przejmuj się tym, że uważają cię za głupca".
 Seneka Młodszy
Wczoraj wybraliśmy się na połoninę Caryńską. Z powodu, że pięknie, z powodu, że lubimy no i, że ten mój trening przed Kilimandżaro. Ja to mam dobrze! Jak chcę po górach to mam je pod nosem.
Zima przedziwna tego roku, bardziej wiośniana. Jednakowoż w górach śnieg jest, o czym donoszę z radością i zdjęciami dowodzę:




W górach pogoda potrafi zmieniać się błyskawicznie, powyższe i poniższe zdjęcia dzieli tylko 10 minut.




 Im niżej tym śniegu mniej:








 Stary cmentarz w Brzegach pod Caryńską:


 Przed Lutowiskami droga prowadzi przez szczyt Ostrego - tam zawsze jest mgła i zimą i latem.



Kilka dni temu musiałam znów dorzucić do swego wieku kolejny rok. Wprawdzie nie prowadząc działalności gospodarczej tylko rolniczą nie jestem vat -owcem zatem wiek liczę sobie bez vat - u  tudzież - co jeszcze całkiem nieźle wygląda. Jednak jak zawsze mogąc w każdej sytuacji liczyć na moje przyjaciółki - to i teraz, wiek mój w kontekście Kilimandżaro mi wypomniały z licznymi komentarzami na temat mego mentalnego nierozgarnięcia, roztoczyły przede mną liczne wizje jeszcze liczniejszych przypadłości jakie po tym szaleństwie ciągnąć się za mną będą przez już niestety skrócone głupotą życie. Wszystkie  te miłe dla ucha uwagi zrodziły się  oczywiście z miłości. Do mnie. No to ja Wam kochane serdecznie dziękuję!
I przypominam, że NIGDY nie kierowałam się w życiu zdrowym rozsądkiem, że ZAWSZE decydowałam i postępowałam wdług swych "autorskich" pomysłów, że SAMA płaciłam za własne błędy i OSOBIŚCIE jestem z tego powodu szczęśliwa. Wsłuchiwanie się we własne organy, czy aby nie strzyka, kłuje czy boli to nie dla mnie. Od wielu lat dbam o moje ciało: karmię je, myję, odziewam zatem uważam, że łaski mi nie zrobi jak mnie wyniesie na wzmiankowane Kilimandżaro!
I pytam się jeszcze kiedy to? no kiedy! oglądałam się na jakiekolwiek ograniczenia, stereotypy i  ludzkie gadanie??? Czy teksty: nie wypada kobiecie..., w Twoim wieku..., nie dasz rady... i temu podobne - cofnęły mnie przed realizacją mych marzeń? Bo ja sobie nie przypominam a demencja mnie jeszcze nie dopadła.
Przypominam sobie za to dokładnie, że zawsze szłam pod prąd, robiłam rzeczy trudne i wielu środowiskach niepopularne, gust miałam niszowy i kontrowersyjny. Byłam i jestem odporna na inne niż moja opinie i im więcej mam lat tym odporniejsza jestem.
Znalazłam swoje miejsce  w krainie, w której starsi panowie przechadzają się w kowbojskich kapeluszach, ludzie jeżdżą konno do sklepu, młodzi anarchiści przeżywający tu miesiąc za 200 zł są moimi dobrymi znajomymi, a inni znajomi - z wyboru przez okrągły rok mieszkają w indiańskich tipi, barakowozach i glinianych lepiankach bez wody i prądu. I nikt im tego nie ma za złe, nikt ich tutaj palcami nie wytyka. Sama także owymi palcami wytykana się nie czuję.
Bieszczady przygarniają każdego myślącego inaczej, a bieszczadzcy ludzie nie dziwią się już niczemu.
W powyższym kontekście jestem obrzydliwie normalna, do znudzenia przewidywalna co jest dla mnie miłą odmianą.
A Was przyjaciółki moje, jędze najdroższe, kocham niezmiennie.


Teraz pokazuję gotowe już poncho, które udziergałam dla osoby, która zapisze się  pod poprzednim postem:


Na koniec kilka nowości w bojkowskiej. Wymieniłam wielki "uszaty" fotel na dwa mniejsze za to jasne. Ten wielki znalazł swoje miejsce na tarasie.




Podobno dziś w nocy ma spaść śnieg - zobaczymy.
Pozdrawiam serdecznie!

Filmowo:

Chata bojkowska

Chata bojkowska

Chata Magoda

Chata Magoda

Widoki z tarasu:

Widoki z tarasu:

Okolice domu

Okolice domu