wtorek, 25 maja 2010

Bez pomysłu na tytuł

*



Zaniemówiłam. Ogrom nieszczęścia jaki spadł na tysiące polskich domów sprawia, że nie mam ochoty na zwykłe gadulstwo o wiejskim życiu. Woda zalała naszych znajomych, niektórych naszych gości. Czekamy na wieści, które na szczęście dochodzą do nas coraz lepsze. Jednak dla zbyt wielu, to dopiero początek. Trzeba znaleźć w sobie siłę aby zacząć od nowa.
Dostałam kilka listów z prośbą aby mimo wszystko... To jednak nie jest łatwe jak się ma w głowie i w sercu smutek. Nie wiem czy umiem wykrzesać dziś słowa niosące nadzieję, na żarty nie mam ochoty.
Jak powiedział Noel Coward: "Z dobrym dowcipem należy obchodzić się tak delikatnie, jak z kawiorem, nie należy chlastać nim niczym marmoladą".

Życie w Bieszczadach nauczyło nas szacunku dla żywiołów - pisałam o nich kilka postów. Powódź nam nie grozi, ale wiatr, ogień, śnieg i mróz to realne tutaj niebezpieczeństwo. Musieliśmy brać je pod uwagę, zabezpieczyć się. Nie chcę szukać winnych - nie pora na to, ale budowanie na terenach zagrożonych powodzią, wydawanie pozwoleń na budowanie tam gdzie co kilka lat woda zalewa to delikatnie mówiąc - nieroztropność.

Kilka lat temu naszym przyjaciołom spalił się dom. Pozostali - tak jak teraz wiele rodzin - tak jak stali. Spaliło się wszystko! I dom i meble, ubrania i dokumenty, zdjęcia, pamiątki, których już się nigdy nie odtworzy. W jednej chwili żywioł zabiera ludziom nie tylko dobra materialne ale i własną przeszłość, wspomnienia.
Dom przyjaciół był tuż po remoncie na który zaciągnęli spory kredyt. Wiecie co zrobił bank? Całą kwotę jaką mu byli winni ściągnął z ubezpieczenia! Zostali zatem bez domu i bez pieniędzy!
Minęło kilka lat. Dziś mają nowy dom, dużo piękniejszy. Nie poddali się, nie opuścili rąk. Następnego dnia planowali co będzie dalej. Byłam tam z nimi w ten ciężki czas i mimo, że przeżyli życiową katastrofę - rozmawiali wyłącznie o tym co trzeba teraz robić, bez użalania się, bez obezwładniającej rozpaczy. Podziwiałam ich wtedy, podziwiam ich nadal. Ponieważ są ludźmi zawsze otwartymi na innych, otrzymali ogromną pomoc, każdy dawał co mógł, jeśli nie miał nic - dawał dobre słowo, które także pomagało.
To jedyne co wszyscy teraz możemy zrobić - pomagać! I życzyć poszkodownym siły i wytrwałości. Być RAZEM.



Już sobie obiecywałam, że długo nie będzie nic o kózkach - no bo ile można? Jednak mając taki widok z okna, codziennie gdy podaję śniadanie jak tego nie pokazać?





Jak widać Śmigacze rozrabiają nadal pod czujnym okiem Buby, przewracają kosze i niszczą mi kwiatki.



Kiedy robiłam im powyższe zdjęcie, zobaczyły mnie i radośnie dobrykały aby się poprzytulać:



W temacie zwierzątek - Bury, którego już na zawsze chyba będzie zarzucać na jedną stronę (uszkodzony błędnik), nie zrezygnował z ulubionej rozrywki - panienek. Znika na całe dnie i noce, do domu przychodzi na bok zarzucany, tylko aby się najeść i wyspać po czym znika, w ramiona kolejnej Bogdanki gnany przez rozbuchane hormony.





W bojkowskiej chacie powolutku do przodu! Niedługo skończony będzie salon i jeden pokoik z łazienką. Nie mogę się doczekać, nogami przebieram. Na zdjęciach kominek w salonie:





Zachwycam się oczyszczonymi, starymi belkami:




W sieni:


Bieszczadzki las wiosną i nieco z łąk uszarpanego kwiecia.











Na koniec piękne zdjęcia, które dostaliśmy od przemiłych gości z ich majowej wizyty w sanockim skansenie.





*

czwartek, 13 maja 2010

Humor ogródkowy

*




"Ludzie wierzą, że aby zdobyć sukces trzeba wcześnie wstawać. Otóż nie - trzeba wstawać w dobrym humorze".
Marcel Achard


Pierwszy dzień od długiego czasu bez gości. Miałam okropny stres, że ogródek mi zarasta, wzięłam się zatem rączo do roboty. Ponad hektar terenu wymaga pracy na pełen etat - nie z doskoku, postanowiłam nie dręczyć się tym dłużej i zrobić to, co niezbędnie konieczne a o reszcie nie myśleć.
We wszystkim pomaga Buba. Dzielny, pracowity piesek.






Mam głęboko zakorzenioną potrzebę pięknego "zewnętrza". Cóż jednak począć gdy czasu brak, w bieszczadzkim klimacie nie chce rosnąć to co mi się marzy, a jak nawet wyrośnie to zwierzęta zadbają by zniknęło z powierzchni ziemi.
Sadzimy z syzyfowym zacięciem, dbamy gdy nam się uda wygospodarować chwilkę i nadzieję posiadamy, że nie pracowaliśmy na darmo. Na szczęście ogrody francuskie to nie moja bajka - wystarczy mi łąka z odrobiną ucywilizowanego kwiecia. No i moja od kilku lat idea ogródka ziołowego. Niby już nawet jest ale chciałabym by był ogrodzony, z ławeczką, z alejką wysypaną korą - no wiem, że kicz i tandeta ale tak mi się podoba.
Ogrodzenie w połowie zrobione, ławeczkę z wierzbowego pnia Maciek wyciął piłą, alejka wyłożona czarną włókniną czeka na korę - od dwóch lat! I coś mi się wydaje, że cud jakiś może sprawić bym w tym roku znalazła czas na dokończenie.
W Bieszczadach sieje się i sadzi dopiero po zimnej Zośce - boleśnie się przekonałam, że wcześniej nie ma sensu - marzło mi i marniało. Przygotowałam zatem grządkę na ukochane i zawsze się udające dynie i cukinie. Potem (o ile nie spadnie śnieg we wrześniu) robię z nich dżemy.
Tak sobie kopiąc ogródek i kozim nawozem glinę użyźniając, rozmyślałam o zabawnych zdarzeniach, które nam się ostatnio przytrafiały. Spokojnie mogłabym się podpisać pod słowami Mahatmy Gandhi: "Gdybym nie miał poczucia humoru dawno popełniłbym samobójstwo". Z całego serca współczuję tym, którzy owego humoru są pozbawieni. Ostatnio miałam okazję przebywać wśród takich osób i naprawdę nie wiem jak oni sobie w życiu radzą. My śmiejemy się dużo i często, Maciek przez przyjaciół znany jako Mistrz Celnej Puenty, jest nieocenionym źródłem radości. Dodatkowo nasze zwierzątka wyłażą wprost ze skóry, by dostarczyć nam do śmiechu okazji.
Małe kózki weszły w tajemny układ z Bubą - kiedy mają na coś ochotę ciocia Buba pomaga. Wczoraj rano kiedy otworzyłam oczy - zobaczyłam nasze Śmigacze stojące na łóżku i z wielkim zainteresowaniem wpatrujące się we mnie! Okazało się, że do domu wpuściła je Buba posiadająca umiejętność otwierania kuchennych drzwi. Wpuszcza je zresztą za każdym razem kiedy sobie tego zażyczą. Maluchy skończyły już dwa tygodnie i mam z nimi niezły bal. Chyba im się w łebkach poprzestawiało bo lgną do mnie (a powinny do matki - chyba?) pchają się na kolana i na tych kolanach zmaltretowanych (kopytka!) przysypiają słodko, wcinając mi fragmenty garderoby, liżąc po rękach i postękując jak małe pieski.
Miłe to owszem, ale będąc cały czas w ruchu mało mam czasu na takie chwile. Kózki nie biorą tego pod uwagę i plączą mi się pod nogami non stop.
Ich skoczność poprawia się z dnia na dzień i na tarasie przysypiają już nie pod ławką tylko na stole! Maciek obiecuje mi co dzień, że zrobi z tym porządek ale hmm.. nie robi.
Wpuszczane przez Bubę Śmigacze dbają o moją kondycję: wszelkie próby "wyproszenia" na dwór kończą się zawsze tak samo - radosnym bieganiem wokół kominka w salonie. Czynny i entuzjastyczny udział w owych biegach bierze oczywiście Buba, a na końcu biega klaskając w dłonie dla postrachu - niżej podpisana.
Dom jest szczytem marzeń nie tylko kózek, ostatnio para jaskółek próbowała uwić sobie gniazdko w salonie, a jakże. Znów były biegi i klaskania...

Tradycyjnie trochę zdjęć i biegnę do przerabiania mleczy w syrop.




Zioła już rosną!






Pchamy się na stół...



... na kolana...


... do domu...




Jaskółki w poszukiwaniu miejsca na gniazdko:



Okolice domu:














Buba na łące i w kwieciu:






Mańka przez dzieci zlekceważona lecz pogodzona już z tym.





Wszystkim przesyłam wiele bieszczadzkiego słońca!

*

czwartek, 6 maja 2010

Kto mieszka na tarasie?

*



Kto mnie zna ten wie, że bardzo mocno przeżywam wszystko co dotyczy kraju w którym mieszkam - Polski. Chciałabym, jak pewnie większość rodaków aby było to najpiękniejsze miejsce na Ziemi. Kocham tu być, żyć, kocham mówić po Polsku, kocham polski humor, wytrwałość i spontaniczność.
Jednak my Polacy mamy - a rozwinęło się to przez wieki zawirowań historii - potrzebę walki, walki z wrogiem. Dopóki wróg był zewnętrzny, wszystko grało, jednoczyliśmy się we wspólnym działaniu, dokonując wspaniałych rzeczy. Dziś mój kraj się podzielił. Dla Polaka wrogiem jest inny Polak - za to tylko, że myśli inaczej.
Zamiast rozmawiać i szukać wspólnego, tego co nas łączy - emocjonalny szantaż i podziały. Nie odnajduję się w tej atmosferze. Emigruję wewnętrznie w kozie i kwietne tematy, w pierdoły, w małe radości, by nie myśleć o tym wszystkim. Ostatnio huczy mi w głowie pieśń Dezyderata i jej słowa: "unikaj głośnych i napastliwych, oni są udręką ducha."
Dla złapania pionu, by przetrwać medialny, pełen wylewającej się nienawiści i pomówień strumień, nie słucham wiadomości, czytam Jung Chang i jej przejmującą książkę "Dzikie łabędzie: Trzy córy Chin". Dzięki temu, paradoksalnie - nadal mam nadzieję. Nadzieję.



Nasze kózki odmówiły wszelkich kontaktów z matką. Podbiegają z rzadka na "szklankę" mleka po czym podbrykują tam gdzie ciekawiej czyli do domu, do ludzi, do Buby. Buba jest ich zastępczą matką, pilnuje, liże uszka i się zamartwia. Maluchy nie mają w sobie nawet odrobiny strachu, ich odwaga graniczy z szaleństwem. Pchają się wszędzie, do każdego. Świat jest piękny i zachłannie należy go poznawać.

Co chwilę wyganiam je z domu, co moment zbieram to co porozwalały, poroznosiły. Kuchenne drzwi to wrota do Raju!
Koziarnia? A któż by tam chciał mieszkać! Zamieszkać można na tarasie!
Przed drzwiami do kuchni i na tarasie kłębi się nasza dziatwa po całych dniach. Mańkę - ich matkę sytuacja przerosła. Meczy żałośnie nawołując swe kozie potworki, które nie zwracają na nią żadnej uwagi. Nie wiem czy taka niezależność jest normalna. Dotychczas widziałam, zwierzątka, które trzymały się matek, ucząc się od nich i przy nich właśnie znajdując poczucie bezpieczeństwa. Nasze kózki matkę mają w nosie. Lgną do nas, dopominając się pieszczot i skłamałabym, że czynimy to bez przyjemności. Są piękne, śmiałe i zabawne. Ale czarno widzę naukę dyscypliny i porządku.

Służę dokumentacja zdjęciową Śmigaczy. Poniżej, wspólna akcja "Gdzie są kózki?"










No dobrze, już wychodzimy!


I o co tyle zamieszania?






Brzozowe witki to wspaniała zabawka!


Za kuchennymi drzwiami kłębią mi się kozy:




Opuszczona przez dzieci, samotna, smutna Mańka:





Nieco wiosennego kwiecia:





Dzisiaj życzę wszystkim i sobie także - wzajemnej życzliwości i tolerancji. Miłego dnia!


*

Filmowo:

Chata bojkowska

Chata bojkowska

Chata Magoda

Chata Magoda

Widoki z tarasu:

Widoki z tarasu:

Okolice domu

Okolice domu