wtorek, 30 marca 2010

Na zamówienie

*



Dzisiejszego posta piszę na zamówienie. Tak! A ponieważ lubimy Alinkę i szanujemy to odmówić nie mogłam.

W nerwach jestem i panice wielkiej. CZEKAMY NA KOZIE PORODY!
Do tej pory nabyłam dużej wprawy przy kocich rozwiązaniach, Kicia, mama Niuniusia rodziła często i chętnie, zawsze w jakiejś szafie.. Asystowałam przy tym (raz, kiedy rodziła w pokoju syna - pół nocy z synem mym, przeleżeliśmy na brzuchach przed szafą). Ale kozy to duży kaliber! Oglądam je, macam po brzuchach, na moje oko to lada moment! Myśli skupić nie mogę! Tylko kozy jakieś takie nie przejęte. Jakby im to wisiało. Żują i mają w nosie resztę świata.





W ostatnich dniach dostały nawet profesjonalną ochronę: wraz z gościem przyjechała do nas Fisia rasy border collie, która pasterstwo ma w genach. W zgodzie ze swym genetycznym materiałem stróżuje przy kozach wytrwale i zawodowo.




A do tego wszystkiego kilka dni temu Maciek mimochodem wspomniał: jak już będziemy mieli te kury..
- Jakie kury??!!!!!!!
- No kury - mówi, przecież możemy mieć kilka?

Trzymajcie kciuki proszę, także za mnie, bo się nerwowo wykończę!







Kiedyś święta traktowałam jak czas oddechu, wyciszenia. Jak czegoś nie zdążyłam zrobić - to tego nie było, wszak święta nie po to są by się stresować. Teraz święta to dla nas czas pracy i zrobione wszystko być musi.
W wolnych chwilach medytuję nad słowami:

Co jest najśmieszniejsze w ludziach? Zawsze myślą na odwrót. Spieszy im się do dorosłości, a potem wzdychają za utraconym dzieciństwem. Tracą zdrowie, by zdobyć pieniądze, potem tracą pieniądze, by odzyskać zdrowie. Z troską myślą o przyszłości, zapominając o chwili obecnej i w ten sposób nie przeżywają ani teraźniejszości, ani przyszłości. Żyją, jakby nigdy nie mieli umrzeć, a umierają, jakby nigdy nie żyli.
Paulo Coelho

Z wyprzedzeniem wielkim, korzystam z okazji by życzyć wszystkim: spokojnych, pogodnych, radosnych świąt!



Poniższe zdjęcie specjalnie dla Aliny:




*

sobota, 20 marca 2010

Historycznie

*




Kiedy pierwszy raz oglądaliśmy ziemię, na której teraz mieszkamy, widzieliśmy bojkowską chatę nie opodal. Należała do innego właściciela i była w takim stanie (a przynajmniej tak nam się wtedy wydawało), że nie przyszło nam do głowy zainteresować się nią. Kiedy jednak stanęliśmy przed perspektywą mieszkania do końca budowy domu - w samochodzie (taki był plan!), Maciek usłyszał, że bojkowska jest do kupienia. Byłam wtedy jeszcze w Szczecinie, sprzedawałam szczeciński dom. Zadzwoniłam do właściciela chaty i po minucie, dogadaliśmy się.
Dopiero potem dowiedzieliśmy się, że to był cud jakiś, ponieważ chata do sprzedaży wystawiona, stała cztery lata, chętnych do jej kupna było wielu, do dziś ciągle spotykamy kogoś, kto z żalem w głosie mówi nam, że ją próbował kupić. Jednak z wielu powodów do transakcji nie dochodziło. Jakby czekała na nas!
Dzięki chacie przeżyliśmy najtrudniejszy czas. Już widzę jak w trzaskające mrozy w tym aucie sobie mieszkam... Głupi ma szczęście i tyle!
Część mieszkalna chaty była maleńka. Ściany były mocno nieszczelne, podłoga spróchniała, rury dziurawe. Przez cztery lata zamieszkiwały ją myszy, popielice i pająki. Spokój miały, czuły się dobrze. Musieliśmy się z nimi jakoś dogadać, bo dobrowolnie nie chciały oddać nam swego terytorium. Zaczęłam od pająków. Z sufitu zwisały firany pajęczyn, ich twórcy odpasieni byli i dorodni. Szmatą na kiju ściągałam te frąfle, pająki spadały mi na twarz. Stadami. Na szczęście nie boję się pająków co nie znaczy, że za nimi przepadam. Jakoś wytrzymałam.
Z myszami było łatwo, bo Niuniuś okazał się mistrzem świata w ich łapaniu. Jednak przez pierwsze noce i tak biegały po nas. Maciek trzymał przy łóżku drewnianego chodaka, którym rzucał na oślep i przez chwilę mieliśmy spokój. Popielice wyprowadziły się dopiero po roku.
Całości dopełniała niebieściutka i łuszcząca się płatami farba, którą pokryte były ściany i sufit. Z sufitu odpadała zawsze do talerzy. W kuchni do garnków - oczywiście.
Kiedy przyszły mrozy i wiatr, chata stała się schronieniem w sensie tylko symbolicznym. Piec działał jak chciał, dymił, nie lubił się rozpalać a w dodatku był bardziej krzywy niż wieża w Pizie. Przez szpary w belkach wiatr rozwiewał nam włosy. Kiedy padał deszcz to poruszanie po domu przypominało slalom pomiędzy porozstawianymi garnkami na deszczówkę. Historię łazienki ( bo w chatach przecież łazienek nie było) już na blogu opisywałam. W kuchni nie miałam odpływu wody, naczynia myłam w misce wychlupując potem wodę przez okno...
Przypomniała mi się teraz pewna historia: mieszkaliśmy w Bieszczadach dopiero dwa tygodnie, jeszcze nie posprzątałam wszystkiego, nie poustawiałam, nie rozpakowałam. Nasze "mieszkanko" wyglądało jakbyśmy należeli do marginesu społecznego. Złożyła nam wizytę studentka socjologii Uniwersytetu Wrocławskiego, z ankietą. Pytania dotyczyły warunków bytowych w Bieszczadach. Pamiętam twarz tej miłej dziewczyny, patrzącej jak myję naczynia w tej misce i wychlupam, kiedy na pytanie jaki sprzęt AGD posiadamy wymieniłam zmywarkę. Inne pytanie brzmiało: "czy widział/a Pan/Pani tramwaj?"
Z czasem jednak zagospodarowaliśmy się i pomimo niedogodności, mieszkało się w chacie nadspodziewanie miło. Paraskewia mieszkająca w chacie przed nami, była dzielną i dobrą kobietą. Wszyscy we wsi wspominają ją z sentymentem. Wszędzie wisiały wianki z suszonych kwiatów - kwiaty kochała. Czuło się dobrą energię.
Dziś to już dla nas historia. Pokażę kilka takich "historycznych" zdjęć, z góry przepraszając za ich jakość - skanowałam je, a fotki są już mocno zdewastowane.


Tak wyglądała bojkowska kiedy widzieliśmy ją po raz pierwszy:



Już mieszkamy!



Pierwsze wspólne zdjęcie przed chatą:



Utykaliśmy szpary czym się dało, niestety nie wiele to pomogło, kot Bury na swym ulubionym miejscu - na drzwiach:



Niuniuś zadomowił się natychmiast:


Ta pokraczna postać na kupie kamieni to ja, tak próbowałam rozsypywać żwir na drodze do chaty. Obok auto, w którym chcieliśmy mieszkać:



Piec co miał charakter:



W jego miejscu stoi teraz kominek. To już druga wersja. Poprzedni Maciek musiał rozebrać - nie podobał się...












Zmagam się z kuchnią. Garnek w prawym rogu zdjęcia był koniecznością, z rury ciekło na potęgę.



Zaczęliśmy już urządzać kuchnię:







Kilka zdjęć z ptasiego pokoju:











Zdjęcia wczorajsze. Mam nadzieję, że również historyczne. Dziś śniegu było trochę mniej.



Buba z Synusiem. Jest dla niego idolką. Synuś robi wszystko tak samo jak ona:




Dwa pieski pilnują bojkowskiej chaty.



Zimny przedmiot pożądania - sopelek:






Po poprzednim poście dostałam kilka listów z ofertami konkretnej pomocy przy kirkucie. Dziękuję z całego serca!


*

poniedziałek, 15 marca 2010

O wspólnym działaniu

*




W Lutowiskach mamy trzy cmentarze: katolicki, grecko-katolicki i kirkut czyli żydowski. Dwa pierwsze mają się dobrze, są zadbane, władze naszej gminy dokładają wszelkich starań. Kirkut zaś - niszczeje. Pisałam o tym latem, kiedy starałam się wyprosić u naszego wójta wykoszenie trawy, która zarosła wszystko. Dzwoniłam do wójta w tej sprawie, dzwonili też czytelnicy bloga, odwiedzali go, z interwencją, nasi goście. Pod koniec sierpnia (sic!) trawa częściowo została wykoszona. Macewy wykonane z lokalnego piaskowca wytrzymają najwyżej - jeszcze kilka takich sezonów i po żydowskim cmentarzu nie pozostanie zaden ślad.

Dzięki Leloop z bloga Bez tytułu dowiedziałam się o Stowarzyszeniu Magurycz, organizującym obozy dla wolontariuszy, których celem jest ratowanie, inwentaryzacja i dokumentacja cmentarzy bojkowskich, łemkowskich, żydowskich, polskich, niemieckich i innych, czyli wszystkich - bez względu na narodowość i wyznanie pochowanych na nich ludzi.
Mottem stowarzyszenia są słowa:
"Cmentarze pełne są ludzi, bez których świat nie mógłby istnieć".
Każde świadectwo przeszłości - a cmentarze właśnie są takim świadectwem, zwłaszcza w Bieszczadach, gdzie zrównano z ziemią wszystko - powinno być z pietyzmem pielęgnowane dla nas, naszych dzieci i przyszłych pokoleń. Ta troska jest dowodem szacunku dla historii, dla ziemi, która nas karmi i cierpliwie nosi. Brak troski to arogancja i niewypełnienie obowiązków wobec własnych wyborców.

Nawiązałam kontakt ze stowarzyszeniem i kilka dni temu dostałam wspaniałą wiadomość: po skończeniu renowacji cmentarza w Baligrodzie - następnym w kolejce do odnowy, będzie nasz kirkut w Lutowiskach!!! Czyli na przyszłą wiosnę, może, rozpoczną się prace na nim. Pod warunkiem, że władze gminy pomogą a nie będą tej akcji torpedować, że znajdą się wolontariusze chętni do pracy, że znajdą się pieniądze...
Wraz z Maćkiem będziemy robić wszystko co w naszej mocy. Wiem, że bloga czytają mieszkańcy Lutowisk, Bieszczadów, także ich miłośnicy (Bieszczadów), proszę Was wszystkich o pomoc w tej akcji. Swoją chęć pracy, wpłat finansowych i innych form pomocy - można zgłaszać do mnie (przekażę, pomogę nawiązać kontakt), lub bezpośrednio do Stowarzyszenia Magurycz: szymon@magurycz.org

Dotychczas odbyło się 31 takich obozów! Ludzie dla których "dziedzictwo" nie jest pustym słowem, pracują wspólnie, nie oczekując zapłaty, znajdując w tym sens i radość.

Na zdjęciu poniżej kirkut w Lutowiskach latem zeszłego roku. Na sfotografowanym kawałku jest ok. trzydziestu macew, latem widoczna była tylko ta jedna, najwyższa...





Że można inaczej, niech świadczy zdjęcie innego cmentarza w Lutowiskach zrobione w tym samym czasie:




Tytułowe współdziałanie, przywołać pragnę teraz kolejnym przykładem: Czacz!
Bo znów tam byłam! Cza cza cza!
Nam do Czacza daleko - 700 kilometrów w jedną stronę, jedzie się cały dzień, wraca drugi. A pomiedzy podróżami przez Polskę zafundowaliśmy sobie dwudniowy czaczowy maraton. Znów biegałam po halach, starając się wyłuskać to co nam potrzebne, spośród milionów mebli, lamp, naczyń, urządzeń, skorup, bibelotów i regularnych durnostojek. Biegałam rączo jak jelonek rano - pod koniec dnia przemieszczaliśmy się jak zombie. Daliśmy sobie w kość tym szczęściem!
Mając w bliskiej perspektywie urządzanie bojkowskiej chaty, wybraliśmy Czacz ze względu na ceny (ok. 25% cen "sklepowych"), oraz obfitość i różnorodność "oferty". Jedyną przeszkodę stanowiła właśnie odległość i koszty transportu.
Dwa lata temu mieliśmy gości - małżeństwo z Warszawy. Dużo rozmawialiśmy z nimi, odpowiadaliśmy na setki pytań. Po roku odwiedzili nas ponownie, tym razem bez uprzedzenia, z prawdziwą niespodzianką: zainspirowani naszą historią i bieszczadzkim życiem, sprzedali dom w Warszawie, zakupili ziemię w Bieszczadach i właśnie rozpoczynają budować dom!
Dziś ich dom już jest prawie gotowy, namówiliśmy ich zatem na wyprawę po meble do Czacza - dzięki temu koszty transportu mogliśmy podzielić na dwa co uczyniło tę wyprawę opłacalną. Działając wspólnie - wszyscy skorzystaliśmy!

Bardzo podziwiam mieszkańców tej wielkopolskiej wsi. Mieli pomysł ale bez wspólnego działania nie dokonaliby tego. To jedyne w Polsce miejsce w którym wszyscy zajmują się tym samym. Z korzyścią dla wszystkich! A w dodatku są uprzejmi, chętni do pomocy, rozmowy czy żartu. Bardzo podoba mi się taka atmosfera, nawet jeśli nie dochodziliśmy z niektórymi do porozumienia w cenowych negocjacjach - rozstawaliśmy się sympatycznie, z życzeniami miłego dnia.

Zabraliśmy swoje autko z przyczepą:



Załadunek na tira trwał kilka godzin:





Wygrzebałam takie cudo. W tle hale Czacza:



Buba Czacz uwielbia! Biegała za nami wszędzie, napawając się wszystkimi zapachami świata. Witana z serdecznością w każdej hali szybko stała się Maskotką Czacza. Musieliśmy bardzo uważać ponieważ każdy chciał podzielić się z nią swym śniadaniem. A i tak wieczorami apetytu już nie miała. Sprzedawcy tłumaczyli nam , że nie dają rady nie częstować pieska który patrzy "tak słodko":




Kupiliśmy prawie całe wyposażenie do bojkowskiej. Resztę Maciek zrobi rączkami. Teraz czeka mnie czyszczenie, szlifowanie, malowanie i tak dalej. Zapchani sprzętami jesteśmy po gardło. Wolę nie myśleć o pracy, która jeszcze przed nami - po prostu się za nią biorę!

Po naszym powrocie Bury obrażony:



Tak wyglądało powitanie Buby z Synusiem:








Kiedy w październiku po raz pierwszy jechaliśmy do Czacza była zima, pięć miesięcy później - zima trwa! I potrwa jeszcze może miesiąc. Pół roku zimy szybko mija a potem już wiosna, lato, jesień...wloką się dłuuuugo!
Pozdrawiam serdecznie czytelników bloga!!!!


*

Filmowo:

Chata bojkowska

Chata bojkowska

Chata Magoda

Chata Magoda

Widoki z tarasu:

Widoki z tarasu:

Okolice domu

Okolice domu