poniedziałek, 25 stycznia 2010

Losowanie, wielbłąd i inni

*




Ogłaszam wyniki losowania upominków z okazji rocznicy bloga!

Chętnych było tylu (tym razem byli również panowie), że dołożyłam jeszcze jednego ptaszka i z braku drugiego przewodnika - mapę z przyrodniczymi atrakcjami Karpat Północnych.

Sierotka tradycyjnie odpracował Maciek.

Przewodnik i krzywy ptaszek wędrują do Elle!

Samotny ptaszek wędruje do Joanny z Trójmiejskich Lasów.

Mapę otrzymuje Julia (bojulia)

Gratuluję i proszę o kontakt.

Posta planowałam wpisać dziś nieco wcześniej, jednak fizjologia naszego Burego zmieniła plany.
Musieliśmy rano pojechać do Sanoka. Burego ze względu na siarczyste mrozy zostawiliśmy w domu. Po powrocie stwierdziliśmy brak prądu. Śledztwo wykazało, że kot Bury zasikał nam skrzynkę elektryczną! Rozebranie jej, wysuszenie i ponowne złożenie zabrało nieco czasu.
Ma kotek fantazję!
Siłą rzeczy bez prądu nie mogłam siąść do komputera.
Wszystko się jednak udało tylko zapach mamy upajający.

Z powodu mrozu ( tej nocy było - 30 C ), Maciek dogrzewa kozy farelką. Kilka razy dziennie sprawdza w koziarni temperaturę. Za niecałe dwa miesiące powinny urodzić się kózki. Zapowiedziałam, że będę je sama wychowywać ponieważ wierzę, że każdego można przystosować do harmonijnego współżycia byle w porę się za to zabrać.
Mam jednak kolejną wiadomość na temat. Od przyjazdu w Bieszczady Maciek marzył o wielbłądzie.
Tak. Wiem. Duże zwierzę.
Odniosłam mały sukces, wytłumaczyłam, że wielbłąd nie zmieści się do koziarni. Mój spokój trwał tylko kilka dni. Wczoraj dowiedziałam się, że lamy są mniejsze i na pewno się zmieszczą!
Nie powiem, zmęczył mnie. Się zgodziłam.
Jeśli ktoś wie jak chałpniczo można gremplować wełnę z lamy - będę wdzięczna za informację. Postanowiłam z tego też mieć jakąś przyjemność. Już widzę te dywaniki z lamiej wełny!!!

Powklejam trochę ostatnio zrobionych zdjęć.







Śniegowe poduchy na ogrodowych mebelkach.


Zima to nie tylko czerń i biel:







Z powodu mrozu chętniej fotografuję w domu.


Kolejny ptaszek do bojkowskiej chaty:




Ostatnio dostaliśmy taki prezent:





Dziękujemy!


Bury na ukochanych schodach:


Buba przed kominkiem









Do 9 lutego trwa głosowanie na Bloga Roku. Wszystkim, którzy zagłosowali na mnie pięknie dziękuję!
Jeśli ktoś jeszcze chciałby to zrobić podaję namiary, numer sms: 7144 treść: A00207.
Pozdrawiam serdecznie!


*

czwartek, 21 stycznia 2010

Romantyzm i koronki

*




Oczom nie wierzę!!!
Mój blog przeszedł do kolejnego etapu konkursu Blog Roku!
Dziękuję Wam za głosy, poparcie, ciepłe słowa. Mam wrażenie, że to nie dzieje się naprawdę!
Chata Magoda znalazła się w setce blogów, a było ich prawie sześć tysięcy!
I teraz to jest tak: ponownie można głosować na mój blog. Tak samo jak poprzednio. Głosy internautów zadecydują, który blog zdobędzie nagrodę Blog Blogerów.
Jednocześnie, blogi z każdej kategorii czytane są teraz przez jurorów. I oni właśnie zadecydują o dalszych ewentualnych nagrodach.
Trzymajcie kciuki proszę.

Gdyby mego bloga przepuścić przez komputerowy program to wyliczyłby pewnie, że najczęścej używanym tu słowem jest słowo DZIĘKUJĘ.
Dziękuję za wspaniałe, życzenia jakie dostałam od wszystkich. W komentarzach, mailach i pocztą polską.
Patrzę w monitor i wyobrażam sobie te wszystkie serdeczne twarze po drugiej stronie. Dziękuję z całego serca!


O romantyzmie pisać miałam. No to jazda.
Na szczęście dla mnie romantyczna nie jestem. Nie potrzebuję świec i kwiatów ciętych by poczuć się dobrze. Zresztą gdyby Maciek przyszedł do mnie z kwiatami to kurcgalopkiem udałabym się w poszukiwaniu komórki by dzwonić po odpowiednie służby medyczne. Mnie wystarczy, że każdego dnia, rączkami, buduje dom, który sobie wymyśliłam.
Tyle we mnie romantyzmu ile w księżniczce ze znanego dowcipu. Przytoczę:
Księżniczka przechadza się z zakochanym w niej księciem, po parku. Po stawie pływa para łabędzi. Popatrz moja miła, jakaż piękna para! woła książę. Nie chciałabyś tak samo?
Księżniczka ze zgrozą w głosie: całe życie dupę w zimnej wodzie moczyć???!!!

Słyszę każdego dnia jakie romantyczne życie wiodę. Przysięgam, że nie leżę godzinami na tarasie omiatając zamglonym wzrokiem po landszafcie. Nie snuję się w powłóczystym peniuarze i w klapkach z łabędzim puchem. Nie posiadam wymalowanych szponów z przyklejonymi cyrkoniami, nie trzymam w nich (szponach) tomiku poezji.

Romantyzm bieszczadzkiego życia to mit, który na dłuższą metę doskwiera. Niektórym robi krzywdę.

Bieszczady są wyjątkowe, jedyne. Piękne, do zaparcia tchu. Do pokory. Zapadają w serce, wchodzą w krwioobieg.

Jednak życie tutaj - chyba nie dla każdego jest. Można przyjechać na wakacje, pochodzić, ponapawać się. Ale widziałam już wielu takich, którzy tego bieszczadzkiego życia nie wytrzymali.
Nie wystarczą romantyczne uniesienia. Nie ma z nich chleba ani ciepła w domu. Wiele złamanych ludzkich losów wzięło się z tego. Na co dzień widuję, zgorzkniałych, nieprzystosowanych, nadużywających trunków - byłych romantyków. Romantycznie tu zwanych Zakapiorami co jest po prostu bieszczadzką nazwą menela*.

Bieszczady nie są gościnne. Szczęście trzeba dla siebie wydzierać. Walczyć każdego dnia z gliną, pogodą, wiatrem, brakiem podstawowych rzeczy, odległością i zaściankową mentalnością. To jest cena życia tutaj. Kto się z tym nie godzi, szczęścia nie znajdzie.

Romantycznie mogą brzmieć moje wspomnienia z bojkowskiej chaty o tym jak nabyłam biegłości w lokalizowaniu miejsc, w których zamarzły rury. Jakim jestem specem od ich rozmrażania suszarką do włosów.
Albo jak sprawnie i szybko ubrać się pod kołdrą bo w pokoju rano jest minusowa temperatura.
Romantycznie zapewne jest wybudować dom własnymi rękami ale tego lata gdy Maćkowi na kolanie wyrosła gula wielkości drugiego kolana bo przeciążył się przy pracy, to nie o romantyzmie myślałam.

Romantycznie mieszkać z dala od cywilizacji ale nie wtedy gdy boli ząb. Do najbliższego dentysty, który robi to co ja potrzebuję by zrobione zostało - jest 120 km w jedną stronę.

A już szczyt duchowych uniesień przeżyłam wpadając przez dziurę w podłodze budowanego domu - do pokoju poniżej. Gdyby mnie Maciek w locie nie złapał miałabym romantyczne zejście.

Wiele osób mówi mi i pisze, że chce się w Bieszczady przenieść i żyć tutaj. Cieszę się! Fajnych ludzi nigdy dosyć.
Tylko trzeba wziąć w swych planach pod uwagę także pracę, także to wszystko o czym powyżej.

* Nie każdy zakapior jest menelem. To temat drażliwy. Na www.forum.bieszczady.info.pl od kilku lat toczy się dyskusja o tym. Ponieważ nic z niej nie rozumiem, nie będę objaśniać - zainteresowanych odsyłam do źródła.

Koronkowo się zrobiło! Szadź sprawiła, że biegałam z aparatem wokół domu. Oto zdjęcia:














*

niedziela, 17 stycznia 2010

Czas i pamięć

*




Jest taki dzień styczniowy, kiedy staję się starsza. Wczoraj byłam jeszcze w miarę młoda, dziś mam o rok więcej. Zerwana kartka w kalendarzu skłania do wspomnień.
Nie bierzemy się znikąd (bardzo odkrywcze prawda?), swe istnienie zawdzięczamy naszym przodkom. Niestety nie znam dawnych ich losów. A żałuję, bo rodzinę mam nietuzinkową, by to oględnie nazwać,i z pewnością wiedza o nich, dostarczyłaby mi wielu rozrywkowych chwil.
O moich dziadkach (i pradziadkach) ze strony taty pisałam tutaj. Dla wygody czytających jednak wkleję fragment - wspomnienie. Tekst miał tytuł "Obietnica" stąd w trakcie - nawiązanie do niej:

"U schyłku dziewiętnastego wieku czyli bardzo dawno temu, w mazowieckiej wsi był sobie dwór. Właściwie: Dwór. Mieszkał tam dziedzic z rodziną składającą się z kilku pokoleń polskiej, ziemskiej arystokracji.
We dworze pokojówką była młoda, wiejska dziewczyna od dziecka do tego przyuczana, powiadają, że piękna. Dziedzic był wdowcem już niemłodym i obciążonym wieloma wykwintnymi chorobami, których na darmo by szukać we współczesnych podręcznikach medycznych. Jeździł często do wód, do lekarzy we Wiedniu, do Niemiec, na wyszukane i drogie kuracje. W przerwach między tymi kuracjami wywczasu zażywał we Dworze rodzinnym. Jak, kiedy zawiązała się nić uczucia pomiędzy nim a dziewczyną? Tego już dziś nikt nie wie.
Kiedy dziewczyna zaczęła tyć w bardzo charakterystyczny sposób, rozpętało się piekło! Wydalona została z pracy, a dziedzic przez rodzinę odesłany na kolejną kurację. Coś tam pisał, obiecywał, że się ożeni ale dziewczyna do czytania przyuczona nie była i zamiar dziedzica odkryto po wielu latach dopiero. Do kraju już nie wrócił. Wykwintne choroby lub wyszukane kuracje - zabiły go przedwcześnie.
W międzyczasie urodził się Zygmuś owoc grzechu dziewczyny (nikt nie potępiał dziedzica - takie czasy).
Rósł z bękarcim piętnem bo wieś wtedy nie wybaczała ani matce, ani dziecku. Dziwny był, milczący, delikatny. Inny.
Klepał biedę, ciężko pracował od dziecka. Był prześladowany przez mieszkańców wsi. Marzył o wyrwaniu się gdzieś daleko.
Kiedy miał osiemnaście lat zaciągnął się do Legionów Piłsudskiego. Tam poznano się na nim. Szybko awansował - był nawet osobistym ochroniarzem Naczelnego Wodza, wtedy to się oczywiście inaczej nazywało.
Jednak do wsi wracał nie tylko ze względu na matkę - zakochał się bez pamięci w Wiktorii - córce bogatego chłopa. Ona jedna była dla niego dobra. Kiedy skończyła osiemnaście lat - uciekli razem. Ksiądz w miasteczku powiedział, że bez rodzicielskiego błogosławieństwa ślubu nie da. Wiktoria odpowiedziała, że w takim razie z tym oto Zygmuntem żyć bez ślubu będzie - no to rady nie było. Ślub się odbył.
Po kolei, w równych odstępach czasu, na świat przyszło pięcioro dzieci. Chłopczyk był tylko jeden - Jan.
Zygmunt w miasteczku otworzył sklep kolonialny. Każdego dnia siadał na rower, jechał kilkadziesiąt kilometrów do Warszawy by na rano w sklepie był świeży towar. Każdego dnia przez wiele lat. Wiktoria rodziła dzieci i stała od rana do wieczora w sklepie. Nie było im łatwo.
Kiedy Jan skończył pięć lat wzięła go babcia - owa eks pokojówka, do lasu. Pokazała mu drzewo pod którym zakopała to, co dostała od swego dziedzica. Mówiła Jasiowi, że to jest majątek i jak dorośnie będzie należał do niego. Niedługo potem umarła.
Przez mazowiecką wieś przetoczyła się kolejna wojna, Zygmunt trafił do niewoli radzieckiej, z krórej uciekł idąc nocami, przez trzy miesiące. Kiedy dotarł do domu był wrakiem człowieka. Wiktoria ostrzeżona o planowanej pacyfikacji wsi, sama w lesie wykopała ziemiankę. Cała rodzina spędziła w niej ponad rok. Wszyscy przeżyli.
Kilka lat po wojnie nasz Jaś przypomniał sobie o wyprawie z babcią do lasu. Cóż, kiedy nie pamiętał w którą stronę wtedy szli, las urósł i zmienił się.
I teraz pora na tytułową obietnicę.
Tym Jasiem jest mój ojciec. Gdyby dziedzic spełnił swą obietnicę ożenku zupełnie inaczej potoczyłyby się rodzinne losy. Może Zygmunt chowany jako panicz nigdy nie spotkałby Wiktorii? A nawet jeśli, to fakt, że żyliby w dostatku zmieniłby, zmiękczył ich charaktery. Dla mnie - a miałam to szczęście ich poznać - są wzorem ludzi niezłomnych, nigdy się nie poddających. Ich miłość przetrwała wszystko. Pamiętam parę staruszków trzymających się za rece. To moje wiano jakie od nich dostałam. Nie chciałabym innego!
Ten ukryty pod drzewem skarb nikomu nie był potrzebny.
A Dwór i ziemie i tak by nam odebrano w czarnych czasach komunizmu.
Nie lubię obietnic!"

Ciotek mam sześć. Cztery siostry taty i dwie siostry mamy.
Ich losy mogłyby posłużyć jako tematy do wielu filmowych scenariuszy.
Tylko jeden przykład: spotkanie jednej z nich z własnym synem, o którym nie wiedziała, że istnieje!
Poważnie! Kiedy pięćdziesiąt lat wcześniej, pod koniec wojny urodziła dziecko, powiedziano jej, że było martwe. Po latach pojechała w rodzinne strony w taką podróż sentymentalną, wsiadła do autobusu i przed sobą zobaczyła twarz mężczyzny. Oboje nie mogli oderwać od siebie oczu. Starsza pani i niemłody mężczyzna gapili się na siebie zapomniawszy o całym świecie! Zaczęli rozmowę, i co się okazało? Dziecko żyło! I to był właśnie ten mężczyzna.
Jeszcze dziś, pisząc to, mam ciarki.

Dziadkowie ze strony mamy to nieustająca radość. Byli tak barwni! Dziadek kiedy go poznałam był już na górniczej emeryturze i z nudów zajmował się szyciem. Szył wszystko! Płaszcze, garnitury, frak też umiał uszyć. Uwielbiałam patrzeć na jego drobną postać ( poruszał się szybko, nie chodził - biegał) przy pracy. Miał cudowne formy do prasowania a prasował takim zabytkiem, który rozgrzewał się na kuchni. Do końca życia nie potrzebował okularów. Jak mówił do mnie "pieronie sakramencki" to wiedziałam, że kocha.
A babcia! O matko, mogłabym o niej napisać książkę! Powiem krótko: zołzą jestem po niej. Ale nie dorastam jej do pięt, zołzą była najwspanialszą na świecie.
Uwielbiała pogrzeby. Miała na szafie walizkę, w której trzymała specjalne "pogrzebowe" ubranko. Dzień pogrzebu to było jej święto, naciągała na siebie nie bacząc na pogodę, czarne pończochy i całą resztę czarną, i biegła jak na skrzydłach... na cmentarz. Długo potem raczyła nas opowieściami: kto jakie kwiaty, kto płakał, w co był ubrany. Język miała cięty, oko dociekliwe. Umierałam ze śmiechu!
Wypróbowywała na sobie wszystkie kuracje świata, lekarzy uważała za głupków bo twierdzili, ze zdrowa jest. Mimo łykania jak cukierki wszystkiego co wyprodukować może farmacja, żyła długo.
Mam nadzieję, że jej własny pogrzeb usatysfakcjonował ją. Na bank patrzyła z góry i oceniała bukiety, podsłuchiwała co kto mówi...

A mężowie ciotek! Jeden popełnił bigamię - jak poznał ciotkę to zapomniał, że miał już żonę. Taka to miłość była!
Mogę o tym napisać bo oboje już nie żyją - przedawniło się chyba? Kochali się i szanowali do końca.

O każdym, mogłabym snuć długie, opowieści...

Patrzę dziś na tę galerię rodzinnych dziwadeł... nie zamieniłabym ich na innych! Cieszę się, że byli właśnie tacy.
Tylko mam trochę żalu, że dziedziczyłam po nich tak bez pojęcia: zamiast pięknych nóg i obfitego biustu jednej babci owe walory mam po dziadku.

Wracam w Bieszczady: pięknie jest, słonecznie, bajkowo!

Można trochę zdjęć?

Z okien domu:













Na spacerze:









Dom widziany z przeciwległego wzgórza, przy cmentarzu żydowskim. W tle Otryt:



Wejście na cmentarz żydowski w Lutowiskach:














I powrót do domu:


Czerwone badylki derenia pięknie wyglądają na śniegu







Dzisiaj napisałam setnego posta!
Obiecuję, że jak ten styczeń odpracuję, to długo nie będzie żadnych jubileuszy.
Internet mamy na modem komórkowy, prędkość przesyłu ma 236 Kb/s zatem bywa, że jedna strona wczytuje się kilkanaście minut. Zrobienie zdjęć, wrzucenie ich w laptopa, napisanie posta i wklejenie zdjęć to minimum trzy godziny - bywa, że dłużej. Przesiedziałam zatem nad blogiem ponad 300 godzin, co na dniówki daje prawie dwa miesiące! Dwa miesiące rocznie.
Samej mi się wierzyć nie chce!

Przypominam, że nadal można się zapisywać do losowania pod poprzednim postem.Wyniki 25 stycznia.

Dziękuję wszystkim, którzy oddali głos na Chatę Magoda w konkursie Blog Roku 2009! Głosowanie potrwa jeszcze kilka dni zatem jeśli ktoś chce wysłać sms a jeszcze tego nie zrobił - z góry dziękuję!


Na koniec przypomniały mi się słowa:

"...wieczność utkana jest pomiędzy dniami tygodnia jak mech w belkach drewnianego domu."
Adam Zagajewski



*

wtorek, 12 stycznia 2010

Przed rocznicą

*



Jest w Bieszczadach takie miejsce, które bardzo lubię odwiedzać. Kiedy Maciek chce zrobić mi przyjemność pyta: pojedziemy do Aleksa i Marianny? Nie dzieje się tak zbyt często, ostatnio z powodu zapracowania możemy sobie pozwolić na to - nie częściej niż raz na rok. Niedawno właśnie tam byliśmy. Aleks i Marianna prowadzą klimatyczną knajpkę Stare Sioło w Wetlinie.
Dla mnie tam jest wszystko! W dwóch ślicznych, starych chatach można zjeść, wypić, posłuchać świetnej muzyki i co najważniejsze - spotkać się z gospodarzami. To ludzie wyjątkowi.
Aleks powinien mieć w Bieszczadach pomnik. Poważnie!
Już wyjaśniam. Bieszczady potraktowane przez historię okrutnie - ograbione zostały z tego co tworzy ciągłość kulturową. Zniszczono, zrównano z ziemią, spalono wszystko co przypominało o dawnym dziedzictwie. Taka bieszczadzka rewolucja kulturalna, rolę Przewodniczącego Mao odegrały tu przeróżne "czynniki polityczne".
Nie ma zatem już większości wsi, o ich istnieniu przed laty, świadczą tylko zdziczałe sady owocowych drzew, nie ma już starych domów w tych nielicznych, istniejących wsiach - zostały zmiecione z powierzchni przez wichry tragicznej historii, to co mimo wszystko ocalało - spłonęło, lub porąbane trafiło do pieców - na jedno wychodzi. Nie ma synagog, które były w wielu miejscach, żydowskie cmentarze zarastają chwastem i znikają z powierzchni ziemi z akceptacją takiego stanu rzeczy przez lokalne władze. Do dziś tak jest. Te cerkwie, które nie stały się katolickimi kościołami, niszczeją.
Nie ma przede wszystkim ludzi, którzy są potomkami tamtych, dawnych mieszkańców Bieszczadów.
Mieszkają od dziesięcioleci pod Szczecinem, Zieloną Górą lub w nieznanych nikomu punktach dawnego Związku Radzieckiego. Wywieziono WSZYSTKICH!
Ci, których często bez ich woli przywieziono, by ponownie Bieszczady zaludnić, siłą rzeczy żadnej kulturowej więzi z tą krainą nie poczuli. Nie chcieli mieszkać w drewnianych chatach. Budowali a dziś ich dzieci i wnukowie budują, koszmarne domostwa z pustaków, szpecąc Bieszczady bezlitośnie.
Aleks jest człowiekiem, który ratuje stare, drewniane domy przed zagładą. Jeszcze ich trochę zostało - nie w samych Bieszczadach lecz nieco dalej. Ich właściciele budują sobie murowane belwederki a stare wysłużone chaty rąbią i "utylizują". Od lat Aleks znajduje przeznaczone na śmierć, drewniane chaty i pomaga takim jak my wariatom przenosić je w Bieszczady. Uratował w ten sposób już ponad sto chat! Nie przesadziłam z tym pomnikiem, prawda?
Jest Ojcem Chrzestnym także naszej chaty - to on nam ją znalazł w Świlczy pod Rzeszowem. Gdyby nie on - nie byłoby Chaty Magoda w obecnym kształcie.
Przeniesienie drewnianego domu to spore przedsięwzięcie. Należy go rozebrać, przewieźć i złożyć ponownie. Należy wykonać projekt architektoniczny i uzyskać pozwolenie na budowę.
Nam wstępny projekt wykonał mój były mąż - architekt, co jest dowodem, że ludzie rozstając się, nie muszą koniecznie stawać się wrogami. Mieliśmy nawet kłopot z rozwodem, ponieważ mając podobne poczucie humoru, wywołani na salę sądową wtoczyliśmy się uchachani jakimś dowcipem i Sędzia nie wierzył, że my ten rozwód na poważnie. Na następną sprawę umówiliśmy się, że będziemy rzucać sobie nienawistne spojrzenia, nic jednak z tego nie wyszło, bo przez cały czas starałam się nie patrzeć w stronę byłego, ponieważ jakbym to spojrzenie zobaczyła, to trzeba by mnie było chyba wynosić na noszach - o własnych siłach bym ze śmiechu nie dała rady.

Temu kto mnie rozbawi jestem gotowa wybaczyć wiele!
Tylko śmiech mnie ratował w bolesnych zawirowaniach losu i gdybym nie umiała obracać strasznego w śmieszne to dziś pisałabym bloga "Chata Bez Klamek".
Od lat jestem fanką poczucia humoru Aleksa (jakże zgrabnie udało mi się wrócić do głównego wątku!). Często goście, których do Starego Sioła wysyłamy, opowiadają nam przeróżne anegdoty na temat jego wypowiedzi.
Marianna jest malarką i jej piękne prace można zobaczyć oczywiście w Starym Siole.
Aleksy prowadzi stowarzyszenie na rzecz drewnianego budownictwa i jak tylko prześle mi linka do ich strony (obiecał mi to kilka dni temu ale nadal ni słychu ni widu) to go zamieszczę.

Stare Sioło - wejście:


A tu w środku, Aleksy i ja. Maciek zrobił to zdjęcie w dniu kiedy Aleksa poznaliśmy i zdecydowaliśmy się przenosić chatę. Przepraszam za jakość zdjęć - są już historyczne.




Kolejna sprawa to... o matko! zbliża się rok jak prowadzę bloga!
Dokładnie 25 stycznia zeszłego roku, popełniłam pierwszego posta.
Z tej okazji pragnę obdarować kogoś:

Wyjątkowo pięknym i ciekawym przewodnikiem Dzikie Bieszczady...



oraz ostatnio uszytym do bojkowskiej chaty ptaszkiem. Trochę krzywy, jak to u mnie, ale wybaczcie - to prototyp:




Jeśli ktoś chciałby otrzymać te drobiazgi - proszę zaznaczyć ową chęć w komentarzu pod postem. Wynik losowania podam 25 stycznia właśnie.


No i na koniec informacja. Pewnie już niektórzy zauważyli, że blog Chata Magoda jest zgłoszony do konkursu Blog Roku 2009. Zaglądam sobie na stronę konkursu i widzę, że bierze w nim udział prawie sześć tysięcy blogów. Wiele bardzo interesujących, kilkadziesiąt, może kilkaset rewelacyjnych! Nie mam zatem złudzeń, że skromne i niszowe zapiski wiejskiej kobiety, mogą mieć jakiekolwiek szanse. Jednak zawsze spontanicznie biorę udział w tym co mi przypadnie do gustu a konkurs podobać się może, bo wyłania naprawdę ciekawe blogi i ludzi je piszących. W zeszłorocznej edycji zwyciężyła wspaniała dziewczyna! Gdyby nie konkurs - nigdy pewnie nie usłyszałabym o niej.
Ponadto do kolejnego etapu konkursu przejdą te blogi, które uzyskają największą liczbę głosów. Głosowanie odbywa się za pomocą sms-ów a wpływy z nich - przeznaczone zostaną na cel szczytny: turnusy rehabilitacyjne dla dzieci.
Kto zatem chciałby zagłosować na mojego bloga wspomagając zdrowie dzieci, może to zrobić następująco:
Na numer 7144 należy wysłać wiadomość o treści A00207. Koszt jednego SMS to 1,22 zł brutto.
Nie ukrywam, że każdy głos będzie miłym prezentem. W styczniu oprócz pierwszych urodzin bloga - obchodzę też osobiste urodziny - nie powiem które!

Głosowanie potrwa do 21 stycznia do godziny 12.00.


Zima zasypała wszystkich! Nie będę zatem pokazywać śniegu po pas tylko to, czego może nie wszyscy mają: widoki.
Takie mamy przed domem:









Buba już zdrowa! Piesek zapomniał o operacji i bólu. Hasa wokół domu a w domu najchętniej bawi się w "kocham Burego". Bury nie mieści się już w kadrze i stracił zwinność. Tłuszcz zalewa mu oczy, to znak, ze zima potrzyma jeszcze w tym roku. Jak przyjdzie wiosna z kotka znów zrobi się sznurówka. I tak co roku...




*

Filmowo:

Chata bojkowska

Chata bojkowska

Chata Magoda

Chata Magoda

Widoki z tarasu:

Widoki z tarasu:

Okolice domu

Okolice domu