sobota, 29 sierpnia 2009

Rozczarowania, zachwyty i kozy wredne!

*



Wiele rzeczy na tym świecie jest przereklamowanych.
Pamiętam jak stałam we Florencji przed posągiem Dawida. Ściśnięta w tłumie, trwałam w miejscu a w myślach kołatało mi się jedno pytanie: i to już wszystko??!!
Nie wiem, czego się spodziewałam, widziałam wcześniej dziesiątki zdjęć rzeźby, czytałam na jej temat. Podświadomie oczekiwałam, że mnie porazi, grom spadnie z nieba, oślepnę, oniemieję. Żadna z tych rzeczy się nie wydarzyła. Niestety.
A Mona Lisa? Biegłam do niej długimi korytarzami Luwru i kiedy Ją zobaczyłam - nie wiedziałam co począć ze sobą. Taka mała? Niepozorna. Nie czułam nic.
Na szczęście rozczarowanie zrekompensowały mi wazy greckie.
Tak!
Setki, może tysiące, w ogromnych salach, ustawione w wielu rzędach, od podłogi po sufit, jedna obok drugiej. Każda inna! Nie wyobrażałam sobie takiej różnorodności, kolorystyki, form, PIĘKNA! W kolejnej sali zapełnionej kolejnymi setkami waz, puściły mi nerwy, czułam, że więcej nie udźwignę - poryczałam się! Ze szczęścia, z zachwytu.
A propos Luwru - świetną historię opowiedział mi kiedyś Jan Banucha, wielki polski scenograf teatralny i malarz. Stojąc przed portretem Giocondy, usłyszał wesołe popiskiwanie, chichoty i głośny śmiech - zbliżające się do niego. Oto grupa kilkudziesięciu amerykańskich staruszek, wszystkie ponad siedemdziesiątkę - z siwiutkimi głowami całymi w loczkach, ślizgając się w muzealnych kapciach po gładkich posadzkach, przefrunęły jak stado hałaśliwych ptasząt obok, nie bacząc na obrazy mistrzów na ścianach.
Bawiły się jak rozbrykane dziewczynki, może lepiej niż reszta napuszonych koneserów sztuki.
O wizycie w muzeum Muncha w Oslo powiem tylko tyle, że do końca życia wystarczy mi w zupełności obywanie się reprodukcjami jego obrazów.
To tylko rozczarowania z dziedziny sztuki. A ile jest takich miejsc!
Jest jednak coś co z pewnością dla mnie, przereklamowane nie jest.
To jesień w górach!
Już czekam na to szaleństwo kolorów, barwne gobeliny lasów na stokach, złote drzewa chylące się wzdłóż dróg.
Wypatruję pierwszych oznak jesieni. Wciąż pełnia lata, ciepło, słonecznie.
Jednak ... znalazłam!

Winorośl przed wejściem do domu:







Sumak


Na naszej wierzbie nie rosną gruszki ale zaplęgła się na niej jarzębina.













Stara, zdziczała jabłonka przed chatą bojkowską:




W oczekiwaniu na jesień uszyłam w rączkach ciepłe, pikowane siedzisko, pokrowce na poduszki i obrus na taras. W rączkach bo maszyna odmówiła mi współpracy i rozstałyśmy się ozięble. Może ktoś zna taką maszynę do szycia dla technicznych idiotów? Będę wdzięczna za podpowiedź.









Po słonecznym poranku i popołudniu, wieczorem ruszyła ulewa. Kozy - stworzenia złośliwe i wredne - właśnie ten moment wybrały na ucieczkę ze swego pastwiska. Ponieważ potrafią one ekspresowo poczyniać nieodwracalne szkody w ogródku i ozdobnej roślinności, musiałyśmy wraz ze Świętą Kobietą zagonić je z powrotem. Lało jak z wiadra, my tak jak stałyśmy wybiegłyśmy z domu. Ja boso, w przekrzywionym, łopoczącym na wietrze, czerwonym fartuszku z napisem"Dodaj serce do jedzenia", Święta Kobieta uczesana dziś w warkoczyki, wyglądająca jak przerośnięta Pippi Landstrum. Z kijaszkiem. W strugach deszczu, ślizgając się na błocie goniłyśmy za kozimi potworami po całej posiadłości ( ponad hektar) w te i nazad. Aktualnie nienawidzę kóz! I nie pokażę żadnego ich zdjęcia.

Z przyjemnością zaś, pokażę na koniec - kwitnący rozchodnik, uratowany przed kozimi bestiami:




*

poniedziałek, 24 sierpnia 2009

Koniec "sezonu" i japki

*



Od dwóch dni kiedy przyjeżdżam do sklepu zastaję kojącą ciszę. Nikt nie kłębi się przy półkach w poszukiwaniu fant, koli i czipsów. W Lutowiskach odtrąbiono koniec sezonu. Nie ma tłoku, kolejki do kasy, zakupy robię błyskawicznie w miłej, swojskiej atmosferze. Tak będzie przez kolejne dziesięć miesięcy. Turyści wrócili do domu. Oczywiście nasza Chata nadal pełna gości - na chwilę wytchnienia mogę liczyć dopiero w listopadzie. Planujemy wyjechać wtedy na kilka dni "urlopu" w ciche, odludne, ma się rozumieć, miejsce.
Tego lata Bieszczady przeżyły istne oblężenie. Takich tłumów jeszcze nie oglądały.
Pisałam już wiele razy, że Bieszczady nie dla każdego stanowić mogą "atrakcję". W tym roku wielu ludzi trafiło tu chyba przez pomyłkę. Kilka razy tego lata przypominała mi się opowieść, którą za Benedyktem Peczko zacytuję:
"Pewien gołąb nieustannie zmieniał gniazda. Silny odór, jaki wkrótce czuć było w całym gnieździe, stawał się dlań nie do zniesienia. Opowiedział o tym staremu, mądremu gołębiowi. Ptak pokiwał głową ze zrozumieniem i powiedział:
- Zmieniając ciągle gniazda, w istocie niczego nie zmieniasz. Ten przykry zapach, o którym mówisz, nie pochodzi od gniazda, lecz od ciebie."
A w temacie sklep i gołąb - to dziś po zakupy do sklepu wkroczył za mną, piękny gołąb właśnie i latał pod sufitem, przysiadając na półkach i regałach.



Remont bojkowskiej chaty w toku. Staramy się odtworzyć jej wygląd zgodnie z tradycją. Chaty na tym terenie miały zawsze pewien element ozdobny, który na własne potrzeby nazwaliśmy "lilijką" ponieważ nie znamy fachowej nazwy. Kiedy powstawały owe lilijki na naszej chacie, odwiedziła nas zaprzyjaźniona holenderka, o której ekscesach słowotwórczych spokojnie mogłabym napisać książkę. Jakie piękne japki! zawołała. Nowa nazwa przyjęła się.
Pokażę zatem japki na naszej chacie i nowe japki, które Maciek zaczął montować na bojkowskiej.











Japki na bojkowskiej:




Na koniec Bury pilnujący suszącego się prania.






Bury to kot dziwny. Jego historia godna jest opisania ale jak wiele innych spraw obecnie - odkładam to na potem, kiedy będę miała czas dla siebie.

*

środa, 19 sierpnia 2009

W góry!

*




" W mroźny zimowy dzień, stary pielgrzym szedł wolno w kierunku Himalajów, gdy zaczęło padać.
Właściciel gospody powiedział do niego: Jak tam kiedykolwiek dotrzesz w taką pogodę, dobry człowieku?
Ten odrzekł radośnie: Moje serce pierwsze tam dotarło, a więc reszcie łatwiej jest iść za nim".
Anthony de Mello

Moje serce jest w górach odkąd pamiętam. To, że tu zamieszkam to była tylko kwestia czasu.
No i mieszkam.
Codziennie z okien i progu domu widzę szczyty gór.
Niestety, jak przysłowiowy szewc bez butów - nie mam czasu by po górach chodzić. W codzienny grafik nie da się już wcisnąć wędrówek po połoninach tak często jak bym chciała.
Wczoraj się zbuntowałam. I poszłam!!!
Dzień był lekko mglisty ale słoneczny i ciepły.

Oto zdjęcia:

























Moje buty, w których schodziłam wiele gór świata:



Nie mam czasu na nic, od wielu miesięcy żyję w biegu, bez chwili odpoczynku, bez dnia przerwy. Ale wczoraj przez kilka godzin byłam absolutnie szczęśliwa.

Na koniec komunikat specjalny: W Bieszczadach mamy urodzaj na kurki!







Ponieważ do komputera zbliżam się sporadycznie, korzystam z okazji by pozdrowić wszystkich tu zaglądających!


*

czwartek, 13 sierpnia 2009

Bieszczadzki żywioł ludzki cz. 2

*



Posta dedykuję Kasi i Andrzejowi, Dorotce, Jadzi, Ani i Piotrkowi, Januszowi i Magdzie, Jano, Grzesiowi, Irence, Aleksowi i Mariannie, Janet i Raulowi - naszym bieszczadzkim przyjaciołom.

Kiedy jeszcze mieszkałam w mieście oprócz hałasu, pośpiechu i stylu życia, z którym coraz mniej się utożsamiałam, najbardziej doskwierał mi brak szczerości w relacjach z ludźmi. Każdy kontakt z innym człowiekiem był swoistą loterią. Nigdy nie wiedziałam czy mam do czynienia z "człowiekiem właściwym" czy tylko z jego maską. Uprzejme uśmiechy, miłe słowa nie znaczyły nic. Bo za plecami - bywało różnie. Nieszczerość. Ludzie o podwójnych ustach. Odnosiłam wrażenie, że nikt nie słucha - wszyscy mówią. O sobie. Wyłącznie.
Z wyjątkiem garstki przyjaciół - żyłam w ludzkiej dżungli gdzie każdy pilnował tylko swego podwórka. Resztę deptał.
Tęsknota do szczerych i prawdziwych kontaktów była jednym z powodów, że jestem tutaj.
Ludzi tu mało. Ciekawi aż do bólu - wszystkiego co nas dotyczy. Słuchają. Ich wzrok nie błądzi gdzieś ponad moim czołem gdy mówię do nich.
Inna rzecz - ile z tego rozumieją? Dla tubylców jesteśmy z innej bajki, długo musimy tłumaczyć, sprawy dla nas podstawowe. Często bezskutecznie. My nie rozumiemy ich. Maciek sobie z tym lepiej radzi. Często jest moim tłumaczem. Inne światy.
U większości wyczuwam jednak sporą dozę sympatii i życzliwości. Jestem szurnięta - to widać, gadam głupoty ale jestem niegroźna.
W Bieszczadach żyje sporo ludzi takich jak my - byłych miastowych, którzy świadomie przenieśli się na bieszczadzką wieś. To są nasi przyjaciele. Ludzie którym niczego tłumaczyć nie trzeba bo wiedzą. Oni nigdy nie zapytali nas o powód przeprowadzki tutaj - znają go!
To ludzie, w których życiu ważne są te same zasady. Szczerość do nich też należy. Jakaż to ulga i radość mieć ich obok! Pomagamy sobie nawzajem, wspieramy się, spotykamy kiedy czas pozwoli - ich czas płynie pracowicie, tak jak nasz. Cieszymy się z ich sukcesów - czasem jest to zakończona budowa domu, czasem wydana płyta czy książka. Łączy ich twórcze podejście do życia, wielka odporność na przeciwności losu, pracowitość, życzliwość i pogoda ducha.
Przywitali nas z otwartymi ramionami i sercami. Pomogli, pocieszali. Znamy się od kilku lat a mam wrażenie, że życie całe. Tu się każdemu mówi po imieniu bez względu na wiek. To też ułatwia.
Życie na wsi, ucieczka od miasta - to nie jest dla każdego ale my dzięki tym ludziom, z którymi stworzyliśmy małą, dobrowolną społeczność - czujemy się tutaj U SIEBIE.
I jeszcze jedno - najważniejsze: wszyscy kochamy Bieszczady!






Lato w pełni - zatem trochę zdjęć kwiecia, ziół i bukietów.

















Otrzymałam ostatnio kilka wyróżnień - widnieją na bocznym pasku bloga. Bardzo pięknie za nie dziękuję!



*

Filmowo:

Chata bojkowska

Chata bojkowska

Chata Magoda

Chata Magoda

Widoki z tarasu:

Widoki z tarasu:

Okolice domu

Okolice domu