piątek, 30 stycznia 2009

Z pamiętnika: Mieszkamy!



28 października

"Przez kilka miesięcy jedliśmy prawie wyłącznie placki ziemniaczane z sosami warzywnymi na różne sposoby. W ogródku ziemniaki obrodziły. Jestem specjalistką od placków na światową skalę. Lubię placki ale bez przesady! Zrobię sobie dłuuugą przerwę.






Do domu wprowadziliśmy się miesiąc temu. Mam podgrzewaną podłogę w łazience, szczelne ściany. Bajka!
Na razie z grubsza wykończone jest nasze małe mieszkanko, reszta to jeszcze plac budowy. Bieszczadzkie realia dają nam w kość. Wczoraj kupowaliśmy rurki do łazienek. Jechaliśmy przed siebie i po drodze pytaliśmy we wszystkich sklepach budowlanych. Takie rurki, jakich potrzebowaliśmy pojawiły się po 146 kilometrach.



Koty z zaciekawieniem zwiedzają nowy dom. Postanowiły w nim zamieszkać natychmiast, gdy zorientowały się, że my w nim zostajemy. Teraz stąpają ostrożnie wyciągając pyszczki i wąchają każdy kąt. Niuniuś codziennie idzie na obchód naszej posesji (ponad hektar), robi inspekcję w chacie Paraskewii i wraca. Obowiązek przede wszystkim!




Dom jest duży - ok. 300 metrów kwadratowych powierzchni. Jest w nim nasze mieszkanie, kuchnia, salon dla gości (60 m2), na górze 4 pokoje gościnne i pralnia. Acha! Maciek wykopał piwniczkę do której mogę wchodzić z kuchni! Będę miała gdzie składać słoiki z dżemami, które produkuję z tego co wyrosło w ogródku. Są to zatem konfitury z cukinii, marchewki, dyni. W ciężkich chwilach wymyślałam przepisy aby się czymś zająć."



Zanim się wprowadziliśmy do "nowego" domu mieszkaliśmy w bojkowskiej chyży - chatce Paraskewii. Paraskewia dożyła w niej pięknego wieku 94 lat, do końca zachowując siły - mimo, że miała kran w domu, wodę nosiła wiadrami ze studni. Po jej śmierci dom stał 4 lata pusty aż do chwili kiedy go kupiliśmy. Przemieszkaliśmy w nim półtora roku, mimo braku wygód i niepewnego jutra - z pewnością był to najpiękniejszy czas w moim życiu! Żal było opuszczać chatkę.






Przenosząc się na wieś wiedzieliśmy, że musimy coś wymyślić by mieć z czego żyć. Mamy zatem Gospodarstwo Agroturystyczne. Nazwę: Chata Magoda wymyślili nasi przyjaciele Holendrzy od kilkunastu lat mieszkający w Bieszczadach. Magoda to Maciek i Jagoda razem. Po prostu.
Z "naszymi" Holendrami wiąże się pewna opowieść...
Byliśmy z Maćkiem w Holandii. Nieopodal Haarlemu siedzieliśmy na plaży i planowaliśmy wyjazd w Bieszczady. Przed nami huczało Morze Północne, za plecami mieliśmy jakieś domki. Zrobiliśmy kilka zdjęć. Przenieśliśmy się w Bieszczady, poznaliśmy "naszych" Holendrów. Kiedyś wspólnie oglądaliśmy zdjęcia... to jest nasz domek! tu właśnie mieszkamy w Holandii - zawołali. Bieszczadzkie życie wymyśliliśmy siedząc przed ich domem, aby ich poznać musieliśmy zrealizować te plany!
I jeszcze inna historia: pierwsi goście przyjechali do nas 14 lutego - w Walentynki. Przez pierwszy miesiąc odwiedziły naszą chatę 22 osoby.... wszyscy byli Holendrami!
Ja nie wierzę w przypadki.


Z pamiętnika c.d.




8 września 2005

"Jest takie powiedzenie: Jeśli myślisz, że możesz to możesz. Jeśli myślisz, że nie możesz - masz rację.
Jest to moje życiowe credo. Nie chcę mieć racji - chcę móc!
Miesiąc temu skończyły nam się pieniądze, nie tylko na budowę. Skończyły się całkiem. Wydaliśmy wszystko co do złotówki. Miesiąc temu.
Tygodnie grzebania się w gliniastej ziemi, kopania, siania, pielenia, podlewania - odpłaciły się. Drętwiejące ręce i pękający z bólu kręgosłup stały się miłym wspomnieniem. Od miesiąca żyjemy dzięki plonom z ogródka! Mamy co jeść. Porobiłam zapasy, powkładałam co się da w słoiki. Nie dajemy się.
Od dwóch miesięcy szukam banku, który zechciałby dać nam kredyt. Zawsze słyszę tę samą odpowiedź: państwo nie mają żadnych dochodów, niestety nie możemy w niczym pomóc. Od miesiąca odwiedzam miłą Panią w pewnym banku, która dała nam niewielką nadzieję. Pojutrze mają wyłączyć nam komórki z powodu niezapłaconego rachunku.
Zbliża się nasza, druga już tu jesień. Jaka ona piękna w Bieszczadach! Od nas widać pasmo Otrytu porośnięte bukami. Wygląda jesienią jak gigantyczny gobelin.
Od miesiąca na budowie nie dzieje się nic.
Czekamy na cud...

9 września

Rano zadzwoniła pani z banku. Jest decyzja. POZYTYWNA. Dostaniemy kredyt.. mniejszy niż chcieliśmy, dużo mniejszy, ale już wiem, że damy radę! Czeka mnie jeszcze sporo załatwiania, ale znów możemy wziąć się do pracy."



Na razie tyle pamiętnika.
Na kolejnych od góry zdjęciach: 1. nasza chata kiedy stała jeszcze pod Rzeszowem, 2. łąka przed postawieniem domu, 3-5. kolejne etapy budowy. Całą pracę Maciek wykonał sam.


Gotowy dom kolejnej jesieni.


Dziękuję wszystkim za dobre słowa w komentarzach do bloga. Niestety nie mogę wysyłać odpowiedzi pod nimi. Próbowałam z innego komputera i wszystko jest w porządku, z mojego - nie da rady. Jeszcze się uczę, pewnie jest coś nie tak w ustawieniach.
Marjolijn thank you! If you add my link in your list it will be honour for me!

Z pamiętnika: "Kraina Wiecznej Niedzieli"

*



Czerwiec 2005
"Przeżyłam zimę, pilnując rozpadającego się i dymiącego pieca a i tak nad ranem bywało, w pokoju tylko 2 stopnie C. Przeżyłam, mimo konieczności przedzierania się z szuflą do śniegu, przez 200 m do gminnej drogi. Przeżyłam mimo braku umiejętności jazdy po zawsze białych zimą bieszczadzkich drogach.
Przyszła późna wiosna.
Kot Bury założył ze mną ogródek. Żadna z prac nie obeszła się bez jego czynnej obecności.
Wprawdzie pierwsza wiosenna burza z gradobiciem poczyniła ogromne spustoszenie, jednak coś tam rośnie, nawet Topinambur przywieziony z Belgii przyjął się. Będę miała własne !!!

Kot Bury zapalony ogrodnik.



Dom powstaje powoli. Nie spodziewaliśmy się, że w Bieszczadach nie znajdziemy pracowników do budowy i wykończenia. Z kimkolwiek się rozmawia - wszyscy narzekają na brak pieniędzy. Po propozycji pracy - znikają, dematerializują się. Zorientowałam się, że większość miejscowych żyje z różnego rodzaju zasiłków. Po co zatem pracować skoro można dostać pieniądze za nic? Spotkałam się z określeniem, że Bieszczady to kraina wiecznej niedzieli. Sama prawda.
Maciek miał już wszystkie możliwe urazy, nie zwraca uwagi na poranione ręce, kilka razy spadł z dachu. Mnie od kilku miesięcy drętwieją ręce. W nocy budzę się i nie czuję moich rąk. Maciek mówi, ze to z przepracowania - od nadmiernego wysiłku. I że jemu też drętwieją.
Przed przyjazdem w Bieszczady sprzedałam dom w Szczecinie, zamknęłam firmę. Od roku nie mamy żadnych dochodów. Budowa pożarła już prawie wszystkie oszczędności - okazało się, że tu jest wszystko droższe. Do najbliższej Castoramy mamy ponad 300 km w jedna stronę. Zanim nie postawimy domu nie zaczniemy zarabiać. Jeśli nie zaczniemy zarabiać nie postawimy domu.
Wieczorami siadamy na progu chaty Paraskewii i patrzymy na góry".


*

czwartek, 29 stycznia 2009

Szafa


Z zazdrością czytam w innych blogach o wyprawach do starociarni i pięknych zakupach. Według mojej orientacji w promieniu 200 km od mojego domu nie ma takiego sklepu. Pokochałam zatem allegro . Udało mi się wyszperać kilkanaście przedmiotów i mebli.
Ostatnim nabytkiem jest szafa. Malowana na froncie i po bokach. Jestem z niej bardzo dumna. W rzeczywistości prezentuje się jeszcze lepiej.
A niespodziewanym bonusem było znalezienie w mojej kolekcji klucza, który do niej pasuje! Przeznaczenie ot co!

środa, 28 stycznia 2009

Z pamiętnika c.d.

*




22 listopada
"Zima sprawiła, że wszystko co żyje - wali do domu, do ciepła. Z każdego prawie kąta słyszę charakterystyczne drapanie. Wczoraj w pewnej chwili, zobaczyłam siedzącą na środku kuchni mysz. Oczywiście oba koty spały słodko w tej samej kuchni, niczym się nie przejmując. Rzuciłam Niuniusiem w mysz. Trzeba przyznać, że zareagował błyskawicznie - złapał ją bez trudu.
Potem zaczęło się najlepsze: ja usiłowałam gotować obiad a na podłodze rozgrywała się nierówna walka myszy o życie. Bury siedział pod krzesłem i patrzył z nieziemskim zachwytem jak Niuniuś podrzuca mysz na wysokość metra po to aby złapawszy ją, zrobić jednocześnie półtora obrotu. Myślę, że te barbarzyńskie piruety należą do programu obowiązkowego i nic ich nie może przerwać lub skończyć przed czasem. Dziś sytuacja powtórzyła się.
Tak więc sobie żyję pomiędzy górami, potykając się o mysie trupy.
Mam wrażenie, że wszystko teraz dzieje się w moim życiu po raz pierwszy. Żadne z dotychczasowych doświadczeń nie przydaje się".

Poniżej Bury dziecięciem


*

wtorek, 27 stycznia 2009

Z pamiętnika - Pierwsza zima

*




16 listopada
"Za oknem biało. Chyba zaczęła się długa bieszczadzka zima. Widoki takie, że mogę godzinami siedzieć i patrzeć.
Kiedy marzyłam o domu w górach to moja wizja była właśnie taka: siedzę na werandzie, patrzę na góry i palę papierosa. No i na wstępie popsułam sobie marzenie bo razem z przyjazdem tutaj - rzuciłam palenie. Zatem mam przechlapane bo patrząc na górskie szczyty myślę wyłącznie o tym, że chce mi się palić.
Teraz kiedy śnieg przykrył wszystko grubą bielusieńką warstwą, kiedy świeci słońce i rozjaśnia to jeszcze - czuję się jak w Boże Narodzenie. W Szczecinie taką pogodę miałam tylko kilka dni w roku, czasem nawet nie tyle. Wszystko zmieniało się błyskawicznie w czarną breję i spływało brudnymi potoczkami do kanałów. Wszędzie, gdzie teraz popatrzę, widzę bajkę z ośnieżonymi drzewami, dachami, polami a to układając się miękko po pagórkach i wzniesieniach, widoczne jest hen daleko, po białe szczyty.
Obok mnie, na stole śpią dwa koty - kiedy zrobiło się zimno, mój Niuniuś spuścił z tonu i po prostu stara się nie patrzeć w stronę Burego. Zachowuje w ten sposób kocią godność bo przecież nie widząc, nie musi reagować".
Na zdjęciu powyżej mój pierwszy bieszczadzki dom, chata Paraskewii.

*

poniedziałek, 26 stycznia 2009

Z pamiętnika c.d.

*




22 września
"Pierwszy dzień jesieni. Jeszcze jej nie widać za bardzo bo lato było deszczowe i zieleń nadal zielona ale już ją czuć: chłodem, wilgotną ziemią, przejrzałą przyrodą. Dni już za krótkie. Melancholia się czai.
Od kilku dni mamy nowego kota. To właściwie kocia dzidzia. Maleńka, krucha, ogromnooka z zawsze zatroskanym pręgowanym pyszczkiem. Mój 13-latek odmówił kategorycznie mieszkania z tym czymś pod jednym dachem: nie chce wejść do domu. Złapany i przyniesiony - natychmiast ucieka. Czuje się zdradzony. Woli spać na chłodzie i deszczu, cierpieć głód niż mieszkać w jednym domu z tą kocią sierotą.
Przyjechałam tu, załadowawszy na tira cały swój dobytek. Pół wsi do późnej i ciemnej nocy, rozładowywało kartony, worki, meble, kufry, sprzęt AGD i co tam jeszcze, ślizgając się na bieszczadzkim błocie, przewracając i niszcząc te resztki, które ocalały z transportu - Pan Kierowca nie wycelował na zakręcie i trzeba go było wyciągać z rowu.
Potem zaczęło się układanie, budowanie."

Dołączam zdjęcie Niuniusia. Dziś ma już 18 lat.

*

Z pamiętnika. Zimowo.

*




Mój dom zimą. Przeniesiony ze wsi Świlcza pod Rzeszowem - około 180 km stąd. To znaczy, że stał sobie przez 80 lat w jednym miejscu, potem go rozebraliśmy i przewieźliśmy w Bieszczady, a następnie złożyliśmy od nowa. Napiszę o tym jeszcze.

12 września 2004 r.
"W pewien letni bieszczadzki wieczór Paraskewia lat 90, wyszła na łąkę w białej, długiej koszuli i zaczęła kosić. W tym samym czasie nietrzeźwy gość sąsiadów zobaczył przez okno: białą postać z kosą... Do dzisiaj przetrwała pamięć o tym jak po Zenka śmierć przyszła.
Nie ma już Paraskewii. Dziś w jej drewnianej chacie z grubych, jodłowych bali, mieszkam ja.

Każdego ranka od ponad dwóch miesięcy wychodzę na próg starej bojkowskiej chaty a przed oczami mam - jeśli dzień nie jest mglisty - panoramę Bieszczadów ze szczytem Tarnicy. Mieszkam tu w chmurach bo na wysokości 700 m n.p.m. Ja - Dziecko Miasta. I to nie są wakacje ani jakiś żart. Sama tak zdecydowałam.
Tu nie ma telefonu, internetu, nie ma w sklepach produktów, do których jestem przyzwyczajona. Ba! Do wczoraj nie miałam wc! dwa miesiące przeżyłam bez wychodka! Niech ktoś spróbuje! Potem już nic nie jest takie jak przedtem.
Gotuję na starej kapryśnej kuchni. Nie liczę już oparzeń.
Mój kot jest szczęśliwy bo tu po raz pierwszy w swym 13-letnim zyciu, spotkał się z myszą. To co z nią i wieloma następnymi zrobił - jest zbyt okrutne bym chciała to rozpamiętywać. To przecież mój Niuniuś kochany, puchaty, śliczny, delikatny i subtelny. Tak przynajmniej o nim myślałam przez te wszystkie wspólne lata.
Siedzę i piszę o moim nowym życiu a za oknem mam widok do jakiego zawsze tęskniłam mieszkając w Szczecinie. Jest słoneczna i ciepła niedziela i ja zawieszona w chmurach, pomiędzy niebem a ziemią, daleko od ludzi, jeszcze dalej od przyjaciół, których zostawiłam 1000 km stąd. Poza czasem i wszelkimi ważnymi sprawami. Kiedy nie ma Maćka nie odzywam się wcale bo nikogo innego tu nie ma."
Na zdjęciu: w stajni pod sufitem wylęgły się jaskółki.



*

niedziela, 25 stycznia 2009

Konkurs w Czterech Kątach


Trwa konkurs na Miejsca Szczególne w miesięczniku Cztery Kąty. Moja Chata Magoda znalazła się wśród nominowanych miejsc. Można na nią głosować: http://dom.gazeta.pl/czterykaty/0,93165,6071631
Zapraszam do klikania!

No to zaczynam!

Z wielką nieśmiałością startuję.
Po pierwsze: mam niewielkie umiejętności komputerowe.
Po drugie: mam chyba najwolniejszy w Polsce internet.
Mieszkam w Bieszczadach od kilku lat. Jestem tu bardzo szczęśliwa. Chciałabym się tym szczęściem podzielić.
Dziękuję z góry za wyrozumiałość.

Filmowo:

Chata bojkowska

Chata bojkowska

Chata Magoda

Chata Magoda

Widoki z tarasu:

Widoki z tarasu:

Okolice domu

Okolice domu